Kitchen Mouse Cafe.


Małe, urokliwe knajpki, pełne pysznego, zdrowego jedzenia. Przepełnione aromatem świeżo parzonej herbaty i kawy, pachnące wyjętym przed sekundą z pieca ciastem.

Prowadzone przez ludzi z pasją do gotowania- uśmiechniętych, zmęczonych nocnym smarowaniem bagietek na rano, ale szczęśliwych do granic możliwości. Wystrój małego bistro? Prostota, dużo naturalnych materiałów, ograniczenie do minimum niepotrzebnych pierdoletów na rzecz gastronomicznego niezbędnika. Wnętrze pozbawione typowo mieszczańskiej, nadętej stylistyki- bez białych obrusów, suszonych bukietów pełnych kurzu, sztywnych kelnerów i ciszy w eterze. Jest zupełnie inaczej- jest luz, jest gwar, jest śmiech i radość. Tu liczy się dobre jedzenie, domowy nastrój, nie najmodniejsze fotele. Ktoś wpadł na szybkie espresso, ktoś już drugą godzinę delektuje się jabłecznikiem z dzieckiem na kolanach. Ciastko podaje wesoła kelnerka utytłana mąką od lepienia w międzyczasie ciasta na bruschettę. Może liczy, że wejdzie tu za chwilę jakiś spragniony lunchu surfer? W niedzielę jest tyle gości, że na zmywaku pomaga mama i siostra. Można wejść z ulicy w japonkach pełnych piasku, wykrochmalona kościelna koszula nie jest wymagana. Nikt nie zmrozi mnie wzrokiem za dresowe spodnie, nikt nie uzna za niewychowaną wariatkę, bo odebrałam telefon. 
Tak, tutaj wolno. W mieście pełnym słońca, uśmiechniętych ludzi, beztroskiej swobody i mnóstwa możliwości. W Los Angeles, w kawiarni Kitchen Mouse.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

INSTAGRAM

@stylerecital_com