Mieć filing i czuć vajba.


Nie jest łatwo w życiu takim ludziom jak ja, choć niektórzy uważają, że łatwiej. Marzenia, dążenia, cele- niewielu je osiąga, ale każdy, każdy bez wyjątku jakieś ma- te bliższe i dalsze. Kwestia tego, czy marzenia pozostają tylko wymyślonymi projekcjami naszego umysłu, czy zamienimy je w realny świat i doświadczymy ich spełnienia na własnej skórze, dostając przy tym gęsiej skórki, żeby nie powiedzieć orgazmu. 

Jestem takim typem, że choćby nie wiem co i jak mnie trzymało, nie zrobię czegoś, jak tego nie czuję, wbrew sobie. Mój ojciec zawsze powtarzał mi: "Paula, takie jest życie, musisz to, musisz tamto, sramto i owamto. Zagryźć zęby". Kurde, chyba dlatego nie możemy się porozumieć na żaden inny temat, niż ten o pogodzie i wyniku meczu Polska- Niemcy. No nie umiem, nie potrafię. Muszę wiedzieć, że tego właśnie chcę, że to spójne jest z moją duszą, charakterem i całą mną. Podziwiam i jednocześnie nie rozumiem ludzi, którzy nie potrafią walczyć o swoje marzenia, za to bardzo dobrze potrafią tkwić w jednym miejscu przez dziesięć lat i przez te okrągłe dziesięć lat właśnie powtarzać w kółko, że chcą coś zmienić- pracę, miasto, męża, wszystko. Ale są jak zombiaki w betonowych butach- ani kroku. Uporczywe myśli i kumulujące się wewnątrz uczucia odganiają niczym natrętne muchy, uśmiechając się przy tym sztucznie i przytakując, że w sumie to wszystko okej.

Muszę, muszę, bo inaczej się uduszę, jak śpiewał senior Stuhr. No muszę czuć tego vajba i mieć ten filing, że to co robię, to kierunek właściwy. Że tu, gdzie mieszkam, to właśnie tu chcę teraz być. Jak nie mam więzi z samą sobą choruję, zaczynam majaczyć, rzucać mięsem i gryźć.

Przepraszam za ten przydługi wywód, ale chyba zaczynam powoli przestawać odczuwać miłość do mojego obecnego miejsca zamieszkania i zameldowania (adres ten sam). Chyba chciałabym zmienić osiedle, otoczenie...miasto może? Najlepiej jakby wycięła to mieszkanie, podniosła dźwigiem i wstawiła gdzieś indziej. Lubię Gdańsk, ale do szału już doprowadzają mnie nowoczesne, zamknięte osiedla. Chyba lepiej się czuję w rejonach starszych architektonicznie (lata 50- 90- te), gdzie jakaś taka prawda bije z tych miejsc. Stare kasztanowce, trzepaki, ławki dla babuleniek. Nie przeszkadza nikomu spuszczanie wody w kiblu po 22. Są rośliny na klatkach schodowych, a sąsiedzi pożyczają sobie cukier. Nie jest tak chłodno i obco. Myślę nad jakąś zmianą, bo pięć lat w jednym miejscu to już dla mnie dużo. Mówcie co chcecie, ale bez tego filingu i vajba nie potrafię żyć.











źródło zdjęć: tutaj

Miłego dnia!

2 komentarze:

  1. ha!
    no i co ja mam Ci napisać....dzisiaj wystawiłam kwiatka przed drzwi, drugiego, w sumie trzeciego, bo jeden na parapet poszedł...mieszkam w bloku, który ma 60 lat...jest niewielki, fajny, może nie za duże mam M, ale lubię je....i nie wyobrażam sobie, żeby było taki jak to teraz wszędzie widać, choć ok, jest inspirowane scandi, ale są też inne, nasze rzeczy, kumpel nam kiedyś powiedział, że jest mainstreamowe, ale widać w nim nas....chyba się ucieszyłam ;) Aaa, jest trzepak, drzewa, zielono mam przed oknami, no ogólnie lubię TO miejsce, ale marzę o domu....ogrodzie, może kiedyś, jaka kasa się będzie zgadzać, taki jest plan.
    No i masz rację z tą zgdonością, ja jak czuję ferment, choruję, dosłownie, targają mną doły, jestem opryskliwa, zła, załamana, wyłabym i rzucała kur***** we wszystkich ;p No TU też się musi zgadzać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak! Zazdroszczę tego klimatu lat 60- tych i mam nadzieję, że uda mi się uciec z nowoczesnego osiedla i właśnie w taki trafić :-)

      Usuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com