Nowa lampka DIY.


Jestem szczęśliwą 'posiadaczką' nie tylko tego przystojnego brodacza ze zdjęcia u góry, ale również magicznej piwnicy o gumowych ścianach. 

Wszystko, czego nie mogę znaleźć w domu albo wszystko to, na co w domu właśnie nie mogę znaleźć miejsca- na pewno wyląduje tam, cztery piętra pode mną. Mini pomieszczenie o wymiarach dwa na dwa rozciąga się w niebywały sposób do granic możliwości i kryje w sobie skarbnicę przedmiotów wszelakich, począwszy od metalowych profili, przez podróżne torby, zimowe kurtki, mikrofalówkę, stare, niedziałające mini- wieże, aż po terakotę, wory z zasłonami i zardzewiałe karnisze. 

Jakoś mam tak, że ciuchów pozbywam się szybko- oddaję, wywalam, sprzedaję, totalnie bez żalu. 
Ale kiedy ściskam w ręku kawałek starej posadzki to... no nie mogę, po prostu nie mogę jej tak po prostu wyrzucić! Właściwie remontowych resztek i tym podobnych rzeczy nie wyrzucam wcale.
Z każdego śmiecia zrobiłabym jakiś przedmiot użytkowy, bo hołduję idei recyklingu i upcyklingu i mój wewnętrzny kodeks etyczny nie pozwala mi pozbywać się przedmiotów z gatunku szeroko pojętej budowlanki. 

Dziś dobry na to przykład- wczoraj zrobiłam sobie lampkę do czytania z resztek ikeowskich dodatków, a konkretnie z małej lampki stołowej i starego, drewnianego wspornika, o którym na śmierć zapomniałam. 
Lampka stała sobie na metalowym regale, ale do czytania się zbytnio nie nadawała. Ogólnie światło nie było takie złe, gorzej z samą lampką. 

Początkowo była to ta lampka za 11 zł, którą zapewne kojarzycie z Ikei.


Fajna, jak na tą cenę, daje ciepłe, delikatne światło i jest dość estetyczna w wyglądzie. 
Po kilku tygodniach jednak zadziała się magia i klosz od lampki wyglądał tak: 



Jednym słowem wypaliła się dziura. Nie wiem, czy nie dałam zbyt mocnej żarówki, ale wydaje mi się, że nie, że była ta rekomendowana. No nic, koszt lampki jest niewielki i nie ubolewałam aż tak bardzo, tym bardziej, że postanowiłam nie robić zachodu i nie reklamować jej, a za to sklecić sobie nową lampeczkę, która bardziej będzie jednak służyć nam do czytania na kanapie. 

Za pomocą wspomnianego wcześniej wspornika, jednej białej spinki do kabli oraz resztek owej lampki stołowej powstała nowa lampka ścienna na kształt latarenki, której światło zdecydowanie lepiej rozprasza się i jest mocniejsze, by móc bez szwanku dla oczu poczytać prasę. 
















Jak Wam się podoba efekt?

Miłej niedzieli!

6 komentarze

  1. No niezłe "cacko/a" proszę Pani! ;PP

    OdpowiedzUsuń
  2. Lampkę za 11 zł mam do dzisiaj, działa bez zarzutu z żarówką energooszczędną z tego samego sklepu. Pomysł fantastyczny , lampka prezentuje się świetnie. Uwielbiam takie cuda, które prawie nic nie kosztują. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale fajna! A moim rodzicom w identycznej lampce wypaliła się identyczna dziura.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! A jednak to nie ja jestem taka 'zdolna', tylko chyba rzeczywiście coś z tym kloszem nie tak (tudzież z rekomendowaniem żarówek do niego ;-)) Pozdrawiam :-)

      Usuń