Życie domowe pełną parą (nie tylko od święta).


Jesteśmy zdecydowanie parą domową i prowadzimy domowe życie w pełnym tego słowa znaczeniu. Minął nam czas szalonych imprez do białego rana, łażenia po knajpach i degustacji wszystkiego, co w karcie. Minął nam czas latania po galeriach handlowych, ale też minął nam czas gapienia się w ciszy w ekran telewizora. Tak, zalegliśmy w domu na całego i jest nam z tym cudownie. 

Miękkie ciuchy, pyszne przekąski, dobra muza w tle (choć jeszcze nie z winyli, ale będą, będą). Przeglądanie albumów, czytanie książek, wielogodzinne prasówki i niekończące się rozmowy. Wyłazimy z tych pieleszy, gdy skończy się nam chleb, albo jak Franię ciśnie jedynka lub dwójka. A tak, to nie wyłazilibyśmy chyba wcale. Takie są nasze domowe weekendy.

Po jedenastu latach bycia razem i pięciu latach po ślubie, najlepsze, co mogłam zrobić, to wyrzucić z domu telewizor. Naprawdę, polecam to każdemu. Nie tylko nigdy nie miałam na niego odpowiedniego miejsca (i ustawienie wszystkich mebli musiałam podporządkowywać temu gratowi- najgorzej!), nie tylko nie słucham, że świat to tylko hejt, terroryzm, ból, cierpienie i polityka z podwójnym dnem, ale przede wszystkim, nie tracę czasu. Bo zyganie sześciuset programów, gdy na żadnym i tak nic nie ma, mogę w pełni poświęcić na pielęgnowanie naszego życia domowego. 

Oczywiście, że nie jest tak, że jak się ma tv, to już się świata poza nim nie widzi. Piszę tu tylko i wyłącznie o mojej perspektywie, ponieważ czas na tv zastąpiłam czasem na laptopa i telefon.

Pracuję i bloguję na komputerze, więc z Internetu korzystam kilkanaście razy dziennie (wiadomości mam aż nadto). Do tego wszelkie instagramy i snapy, które znów zabierają czas. Kiedy nadchodzi wspólny wieczór, kiedy już ogarnę wszystkie swoje social media, to co bym pewnie zrobiła? Włączyła tv, a jakże. No i wtedy właśnie tego czasu, czasu na takie zwyczajne bycie razem, jest już strasznie mało. Musiałam więc zdecydowanie z czegoś zrezygnować.
Kurczę, tak nam fajnie po tych kilkunastu latach razem, no nic więcej nam nie potrzeba do pełni radości. Uwielbiam to nasze gadanie do nocy przy dźwiękach starego rapu albo rocka. Uwielbiam!

Kiedy rozpoczął się grudzień, rozpoczęła się w Trójmieście prawdziwa, szaleńcza, przedświąteczna gonitwa (czego dowodem były kiermasze otwarte tego samego dnia- na Starówce ludzie się praktycznie tratowali). W galeriach tłumy, na ulicach niekończące się korki. Gotowanie, sprzątanie w pocie czoła, a podczas Wigilii przyklejony uśmiech numer cztery, bo to jedyne dwa dni, kiedy można odsapnąć. Dlatego też, my wyznajemy zasadę, że celebrujemy każdy dzień. Nie tylko grudniowy, ale grudniowy jeszcze bardziej. No właśnie, grudzień- miesiąc, kiedy sprzątam po trochę, na bieżąco, bo cały rok sprzątam codziennie (dlaczego ludzie sprzątają tylko na święta?). Gotuję sobie powoli, nie latam po sklepach jak durna, dużo rzeczy, które potrzebuję, kupuję w sieci i odbieram z paczkomatu na osiedlu. 
I tak się cieszę tymi ciemnymi, burymi i zimnymi dniami, i staram relaksować przez cały ten miesiąc, a nie tylko przez te dwa świąteczne dni. 
























Miłego weekendu! 

CONVERSATION

4 komentarze:

  1. Ale uczta!!! I malinówka - najlepsza!! :) hahahha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahha, o tak! Na zimowe wieczory niezbędna :-)

      Usuń
  2. jak dla mnie w grudniu tylko brakuje słońca :) a telewizora też nie posiadam... i popieram - tam niczego ciekawego nie ma! jak leci jakiś film warty obejrzenia, to też mega późno, kiedy już śpię... po co tv?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze prawisz- wszelkie dobre kino w godzinach spania!

      Usuń

Instagram