Się gra, się ma! (albo po prostu dobrze wyszłam za mąż).


Pisząc nie raz, nie dwa o moich vintage znaleziskach nie wspomniałam chyba nigdy o jednym małym, aczkolwiek dość istotnym, fakcie. Mianowicie, wyszukać w Internecie perełkę to nie jest wbrew pozorom taki problem, gorzej z jego transportem do domu. Jak coś znajdę przypadkiem na trawniku, tudzież w śmietniku- spoko, ale co, jeśli rzeczy są w Ustce, Kołobrzegu albo Ełku? Wtedy moi Kochani, wtedy do akcji wkracza ON. 

Szara eminencja tego bloga, mój przyjaciel, druga połówka i najlepszy 'współpracownik', jakiego tylko można sobie wymarzyć: niedużo je, robi za darmo, jak go ganiam do roboty (nawet w wolny weekend) to też nie narzeka. Za ładny uśmiech przypiłuje palety, za 'kocham Cię' pojedzie daleko za Trójmiasto po jakiś odpad, który mi się widzi mega industrialną perłą. Małżonek mój. Co ja tu będę ściemniać, bez niego nie odbyło by się wiele. 

Mieszkamy na nowym osiedlu, gdzie rzadko trafia się w ogóle cokolwiek, już nie mówiąc o rzeczach z okresu PRL itp. (jak już, to jest to Ikea). Co lepsze kąski pojawiają się dopiero od centrum Gdańska i dalej, gdzieś w kierunku Gdyni, lecz najczęściej są to po prostu małe miejscowości w całym naszym województwie i jeszcze w trzech okalających go. W dodatku mamy tylko jedno auto, które służy mojemu mężowi na co dzień w pracy (jest mobilnym handlowcem/ specjalistką ds. marketingu), a teren jego działań to praktycznie cała Polska północna. O tyle, o ile po coś blisko można by podjechać jakimś autobusem, to wyprawy do Chałup albo Władysławowa, w sezonie turystycznym, autobusem, po jedno stare krzesło jakoś nie widzę (a koszt podróży może być większy, niż sama rzecz, bo najczęściej szukam tych za darmo).

I dzięki Bogu mam Jego <3 Mój kochany zawsze wplecie gdzieś między swoje obowiązki jeszcze Słupsk albo Chojnice, bo ja, blogerka- wariatka wypatrzyłam na Olx jakiś duperel, który oczywiście MUSI znaleźć się w naszym domu, bo inaczej normalnie stracę okazję życia. Strasznie mu za to dziękuję, no i dobrze też, że ma akurat taką, a nie inną pracę, bo wiele z moich znalezisk na pewno nie trafiłoby w moje ręce. Jak choćby te dzisiejsze cudeńka. 

Sklejkowe krzesło szkolne, na które polowałam od jesieni zeszłego roku (pisałam o nim w TYM POŚCIE), w końcu trafiło się! I te oznaczenia z tyłu, idealne. Druga rzecz to słodka lampka retro, z abażurkiem z drutu, wygiętym w ładne wzory (miał materiałowy klosz, ale zerwałam go). Zauroczyła mnie jej pastelowa podstawa, nieco w stylu dzisiejszych skandynawskich dodatków. Obie rzeczy były za darmoszkę :-) Na zdjęciach możecie zobaczyć, gdzie ulokowałam je w mieszkaniu. Wokół stołu mam już niezłą kolekcję krzeseł- oprócz czerwonego stołka z Ikea to sam oryginalny vintage!

Pędziłam z rana żeby szybko napisać ten post i pokazać Wam te wczorajsze łupy, które znowu mogłyby wcale moje nie być (jak miałabym pojechać gdzieś na wioskę za Lęborkiem). Dzięki MĘŻU! (po raz nie wiem który :-)))

















Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

CONVERSATION

14 komentarze:

  1. Za taką lampkę to można rękę oddać. Boooska. Krzesełko moje marzenie. Gratuluję męża.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się bardzo podoba :-) Heheh, dzięki! :-)

      Usuń
  2. No tak... ja zawsze twierdzę, że każdy ma to na co zasłużył :) Na męża też!
    Naprawdę miło czyta się takie rzeczy o facetach.

    Znaleziska pierwsza klasa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, z tą liczbą mnogą to bym nie przesadzała :-) Na pewno są jeszcze na świecie tacy dobrzy faceci, niestety, z tych osobiście mi znanych to mogę wymienić tylko mojego męża (jak sobie przypomnę, jaką minę miał mój ojciec jak go o coś prosiłam, to odechciewało mi się wszystkiego od samego wyrazu jego twarzy).
      Sama nie wiem, czym sobie zasłużyłam! pozdrawiam ze słonecznego Trójmiasta :-)

      Usuń
  3. Lampka cudo wpasowała się idealnie,a krzesełko też niczego sobie. Mi też strasznie podobają się stare lampy, sama mam w domu kilka, które małżonek mi naprawił wymieniająć popsute elementy, chyba go zaraziłam pasją przywracania nowego życia starym przedmiotom, więc chyba jest takich facetów trochę. Pozdrawiam Inaros

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Jednym słowem szczęściary z nas! :-D

      Usuń
  4. Bardzo nieprzyzwoicie Ci zazdroszczę krzesła i lampki.Obie te rzeczy są obłędne.Podstawa lampki kojarzy mi się z obraną pomarańczką, jest naprawdę fantastyczna.Fantastyczni są też nasi męzowie.Jak sobię czasem pomyślę ile w ciągu roku znoszą naszych wizji i przemeblowań.Ile znoszenia do domu gratów, ile kolorów jednej komody to naprawdę ich podziwiam;)Każdy z nich nobla powinien dostać;)
    Ps.u mnie na blogu także vintage, taca, zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, poszczęściło się w łupach, bo długo posucha była. Mi się kojarzy z dynią ;-)
      To prawda, trzeba ich docenić! O, zaraz obejrzć Twoje zdobycze :-) pozdrawiam, miłego wieczorku :-)

      Usuń
  5. Lampka bajeczna! Mam w domu lampkę w podobnym stylu, upolowałam za grosze na targu staroci :-) No, powiem Ci, że dobrze się dobrałaś z tą szarą eminencją bloga ;-) U mnie takie polowanie by nie przeszło, zresztą znasz moje minimalistyczne ciągoty. Ostrożnie zapraszam nowe/stare przedmioty do swojego domu, ale kiedy się uprę i zakocham, to nie ma zmiłuj się :-) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też przekonuje ukochanego że jest to okazja życia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Krzesło z ZOZu ;) więc możesz sobie wyobrażać, że pacjenci na nim siadywali :)
    Pochwalę się swoim mężem i krzesłami: http://zoom.art.pl/renowacja-krzesel/

    fajnie piszesz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Zajrzę do Ciebie z chęcią, pozdrawiam!

      Usuń

Instagram