Antyseksi, czyli na co masz wywalone po trzydziestce.


Co ja tam Wam bredziłam w poprzednich modowych postach o miksowaniu, łączeniu i dobieraniu vintage'u do vintage'u, że szukam i tropię perełki, że oryginalność, że retro, bla, bla, bla. Od razu mogłam to powiedzieć i zamknąć się w jednym słowie- mój styl jest po prostu antyseksi. 

Ubieraniem się pod facetów zajęta byłam od podstawówki do studiów, czyli aż za długo. Płakałam, że w tym i w tym wyglądam grubo, że wszystkie dziewczyny noszą takie śliskie woskowane spodnie, a ja jeszcze ich nie mam (pamiętacie to??), że Kuba całą matmę gapił się na Ankę- to na pewno przez moje grube nogi, a jej nową obcisłą bluzkę. Jak na złość, dość szybko dojrzałam fizycznie i pierwsza w klasie miałam odstające cycki i zaokrąglone już biodra, podczas gdy reszta dziewczyn przypominała łodygi trawy. Płaskie jak deski mogły sobie nadal nosić wszystko, co chciały, a ja w szóstej klasie zaczęłam mieć ogromne problemy z zaakceptowaniem siebie i dobraniem sobie garderoby do zmieniającej się totalnie mej powierzchowności. Moja mama miała ze mną istną gehennę, w końcu zostawiła mnie z tym samą na pastwę losu, bezradnie rozkładając ręce. Na szczęście dojrzałam też nieco mentalnie i jakoś ogarnęłam się sama. 

Okres liceum obfitował tylko w dalsze damsko- męskie rozterki, a moje stylówki opierały się głównie na ubraniach rodem z Woodstocku- obowiązkowe dzwony (im szersze, tym lepsze), luźne koszule a'la komża ministranta i kwiaty we włosach (potargał nie wiatr, tylko jeden taki z 3B). To był najlepszy czas- nie tylko ubierałam się w stu procentach tak, jak chciałam, ale wszyscy się tak ubierali- chłopaki rzecz jasna. Moi idole ze starszych klas mieli tiszerty z The Doors i ja już byłam cała spocona ze szczęścia. 

Studia przyniosły mi morze imprez, wódki i przyszłego męża, więc znowu trzeba było myśleć, jak tu się ubrać, żeby nie prezentować się jak w worku, tylko opinać krągłości. Jako te młode panny z domu wyrwane, eksperymentowałyśmy z długościami miniówek i głębokościami dekoltów, sprawdzając tym samym wytrzymałość pryszczatych chłopaków, którzy pragnęli się ich pozbyć, a nic tak przecież nie działa na cerę jak dobry seks. No to se tak szaleliśmy trzy piękne lata (kolejne dwa spędziłam już zaocznie łażąc w tygodniu do roboty, więc laba definitywnie dobiegła końca). 

Pamiętnego 14 listopada 2015 roku obchodziłam swoje trzydzieste urodziny. Popiłam, pojadłam, a nawet poryczałam nieco. Następnie zreflektowałam się kilka dni później, przeglądając swoją niewielką szafę. Tak, po trzydziestce życie się zmienia- sądząc po zasobności i obfitości mojej garderoby mogę śmiało stwierdzić, że po 30- stce masz po prostu wywalone (tu możecie też wstawić inne, nasuwające się jakby automatycznie słowo). Wywalone na ubieranie się pod facetów (nie mylić z zaprzestaniem dbania o siebie i higienę, heh).

Dość tych męczarni, tych spętanych ołówkowych spódnic, tych szpilek i spuchniętych nóg. Oto nowa ja- spódnice za kolano, najlepiej w kwiaty i w dodatku na gumce (sic!), do tego retro bluzki i płaskie buty- coś, na widok czego młoda ja umarłaby, a dzisiaj to moje uwielbienie. Powiem Wam, że mam trochę w dupie, że w czymś wyglądam grubo albo staromodnie, że żaden facet się być może już za mną nie obejrzy (na przykład widząc moje kuloty w gumkę i zero make-upu), że zamiast układania misternych fal biorę włosy w kitkę na czubku głowy. Brzmi trochę feministyczne, ale naprawdę, dzisiaj mam na to tak wywalone, jak stąd do Wejherowa. Wreszcie czuję się wygodnie. Lubię być antyseksi, bo dziunia z długimi pazurami to nigdy nie będę ja. I nie jest tak dlatego, że mam już męża i się nie muszę starać. Jest tak, bo skończyłam trzydzieści lat i w końcu mam na to wywalone. 






zdjęcia mojego autorstwa.

14 komentarzy:

  1. Świetny tekst i podpisuje się pod nim w 100%, choć mnie to dopadło trochę później tak po 35 roku życia. Tylko co z twoim facetem, bo mój ciągle chciałby mnie oglądać w obcisłej spódnicy przed kolano :) Inaros

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Faceci to wiesz, mają mylne mniemanie, że będą decydować w czym mamy chodzić, podczas gdy sami łażą w rozlazłych tiszertach i trampkach. Chcesz oglądać minispódniczki idź se do sklepu, ale ode mnie wara! :-D

      Usuń
    2. Masz rację z naszymi facetami tak już jest. Mój już dawno nie decyduje co mam kupić i w czym chodzić, ale wciąż mnie śmieszy kiedy w sklepie pokazuje fason dla dwudziestolatki i o dwa rozmiary za małą rzecz i mówi, może byś sobie kupiła. Aha zapomniałam poprzednio napisać, świetna spódnica też mogłabym w takiej chodzić. Inaros

      Usuń
    3. Haha, faceci wciąż widzieliby nas w kusych mini i dekoltach- niech się sami w tym kiszą! Kiedyś może bym posłuchała, ale teraz to on musi zaakceptować moje wybory :-)
      Dzięki:-*

      Usuń
  2. Kurde nie wiem czy tak jest po 30 stce.Ja odkąd pamiętam gardziłam laskami chodzącymi na szczudłoobcasach i wykręcających se przy tym kostki.Za rok bedę mieć 40 stkę i nigdy przenigdy nie miałam tipsów czy doczepianych pasemek.Nie powiem czasem malnę sę czerwonym lakierem ala Dita Von Teese moje krótkie pazurki i to by było na tyle jeśli chodzi o moje bycie seksi;) Chodze w płaskich balerinach lub trampkach.Sukienek czy spódnic nie lubię.Bardziej mi po drodze do męskich fatałaszków niż do damskich:)Taki dziwak ze mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, każdy ma swoje dziwactwa :-)
      Może im jestem starsza tym mniej przejmuję się wszystkim, a najmniej to już opiniami innych na mój temat, stąd te wynurzenia 'potrzydziestkowe' :-D Ale znam takie, co dopiero teraz chcą pokazać, na co je stać- i też spoko, każdy z nas ma swoje momenty w życiu na różne rzeczy. Ja nie generalizuję, że tak po trzydziestce jest, ale tak przyuważyłam u siebie :-) pozdrawiam!

      Usuń
  3. Ależ świetnie napisane! Tak już jest, że jak jesteśmy młode to chcemy się podobać, a potem już ważniejszy jest dla nas nasz własny komfort :-) pozdrawiam Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! No dokładnie, jako nastolatka siliłam się na te dekolty, a teraz nie to, że mi się nie chce, ale nie czuję się w takich ubraniach dobrze :-) buźka :-)

      Usuń
  4. Fajny post, jednakże po trzydziestce to dla mnie przedszkole. Jam po czterdziestce i małą traumę mam, żeby nie wyglądać babciowato. Nie znaczy to, że ciuchy młodzieżowe- o nie, ale uważać trzeba. Bo jest tak, że to odmładza młodą np. taka spódniczka jaką masz na sobie, to postarza starszą. Mam słabość do ciuchów w łączkę, ale do noszenia raczej po domu, albo z czymś odjechanym. Pozdrawiam cię Paulinko:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-) Ja się za bardzo nie zastanawiam, tylko noszę co lubię, nawet jak wyglądam babciowato :-)

      Usuń
  5. Najważniejsze, to czuć się dobrze we własnej skórze. U mnie też w okolicach trzydziestki w jakiś magiczny sposób zwiększyła się świadomość, i chociaż poszła w innym niż u Ciebie kierunku, to sprawiła, że jest mi dobrze z samą sobą, coraz mniej przejmuję się opiniami innych oraz sprawami, na które nie mam najmniejszego wpływu. Za szczyla strasznie dużo czasu straciłam na rozważania, jak oceniają mnie i mój wygląd inni ludzie. Teraz już nie popełniam tego błędu :-)
    Równa z Ciebie babka! Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja tak samo- młoda i głupia tylko przeglądałam się w oczach innych. Myślę, że odczuwam też przesyt tą obsesją wyglądu, jaka teraz panuje i mało widzę ludzi, którzy są naprawdę sobą- pokażą się bez makijażu, przestaną się przeglądać w każdej witrynie sklepowej albo szukać na siłę uwielbienia.
      Dzięki i pozdrawiam :-*

      Usuń
  6. Kurde, właśnie docieram do Twoich starszych postów, które jakoś mi wcześniej umknęły :) ten tekst o stylu po trzydziestce jest świetny! Ja od września mam 3 z przodu i też się spłakałam z tego powodu w ten dzień :D Chyba najgorszy jest moment przekraczania "granicy", bo teraz jest git i czuję nawet w pewnym sensie ulgę. I też zeszło mi ciśnienie na ciuchy i wyprzedaże i must have sezonu. Od wieków ubieram się w lumpeksach i zawsze przeginałam z ilością worów, które taszczyłam na chatę. Potem co miesiąc robiłam selekcje w szafie i wywoziłam tony szmat do matki, która rozdawała całej dzielnicy :D teraz potrafię już wyjść z lumpa z pustymi rękami! Bardzo fajne uczucie :) ale zdarza się, że biorę coś pod wpływem emocji wiadomo, ale już nie w takim stopniu jak kiedyś... Mój stary nigdy się nie wtrąca w czym chodzę, ale potrafi zarąbać takim komentarzem między oczy, że można się popłakać :D Czasem wyglądam komicznie, bo ubiorę się na babcię, a bez make up'u wyglądam jak dziecko... Chociaż nawet z makijażem nie chcą mi sprzedać piwa bez dowodu. Brakuje mi trochę odwagi, żeby ubrać te wszystkie rzeczy, które mam w szafie i wyjść w nich pewnie na ulice :D Kwestia wielkości miasta zapewne. Jak mieszkałam we Wrocławiu to miałam większy luz. Pozdrawiam i nadrabiam zaległości postowe! (akurat pod Twoją nieobecność zdążę) :) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) Nie bój się tylko noś to wszystko! Ja miałam takie perły z lumpów, gdzie to jest wszystko?? Nie nosiłam to i wywaliłam pewnie, a żałuję jak diabeł. Ja z kolei mieszkając w małym mieście miałam lumpeksowy raj, a teraz, w Gdańsku, taka padaka, aż płakać się chce :-D
      To dobrze, że się nie wtrąca, jeszcze by mi brakowało, żebym się miała pod starego ubierać, oh no! :-***

      Usuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com