Nie atakują Cię? Kochana, to znaczy, że nic nie zrobiłaś.


Wiedziałam, że ten temat będę musiała kiedyś poruszyć. Jeszcze tylko nie wiedziałam kiedy, bo nie miałam pojęcia, jak potoczy się mój blogowo- freelancerski los, ale teraz wiem dobrze- zjawisko hejtu i braku wsparcia dotarło i do mnie, dotknęło mnie i musiałam przewałkować w swojej głowie kilka kwestii.

Kiedy pracujesz na tradycyjnym etacie, wiedziesz mniej więcej życie stateczne i powszechnie znane, wszystko jest w stabilnym porządku, przynajmniej pozornie. Należysz do takiej grupy "wszyscy-jedziemy-na-tym-samym-wózku". Razem nienawidzimy poniedziałków, nie cierpimy swojego upierdliwego szefa, wspólnie męczymy się na rubasznych integracjach i mamy zmarnowane niedziele od godziny piętnastej. Wspólnie plotkujemy przy porannej kawce, chcemy jak najszybciej odbębnić spotkanie służbowe i punkt siedemnasta wystrzelić z roboty jak z procy. Tak samo nie mamy pomysłu na życie albo lepiej- mamy, mamy bardzo wiele planów, pomysłów i niezrealizowanych marzeń, mamy ich tyle, że nikt tyle nie ma, tylko jakoś tak nigdy nie podjęliśmy ryzyka. Tylko jakoś tak samo wyszło, że utknęliśmy w niechcianej robocie na dziesięć lat. A potem wspólnie narzekamy, że przecież jest już za późno, bo już mamy dzieci, kredyt albo tak bardzo zastygliśmy w naszych betonowych butkach, że wydaje nam się, że i tak jest już strasznie po czasie. 


I tak sobie żyjemy tym wspólnym 'żyćkiem', mając głowę pełną planów i wciąż odkładanych na potem celów, które jakoś nigdy z nas nie wyszły. I nagle, bach! Wychodzisz z tej grupy, zwalniasz się i rozpoczynasz nowe życie, takie 'życie po życiu'. Oznajmiasz, że dość tego, że masz w sobie dość siły i wiary, żeby wreszcie pożyć tak, jak chcesz. Albo kurde chociaż sprawdzić. Chcesz postawić na plaży foodtrucka, chcesz zostać blogerem, chcesz mieć sklep albo knajpę. I wtedy dopiero zaczyna się akustyczny melanż. 


Najpierw dostajesz od tych tak zwanych 'znajomych z pracy', których lisi wzrok na Twoim pożegnaniu jest jak potwarz- mówi wszystko: 'taaa, skończy się mały zus to się zawinie, jeszcze będzie z powrotem szukać etatu,  taka stabilna i świetna praca, a ta się zwalnia, ciekawe, ile pociągnie, pewnie ktoś jej pomógł dostać dofinansowanie unijne, nieee, coś ty, na bank ma plecy albo brązowy nosek, wiadomka!'. Potem nadchodzi moment, kiedy musisz powiedzieć rodzinie, że już nie pracujesz tam, gdzie dotychczas, a mówienie matce i ojcu, że nagle w wieku trzydziestu lat postanawiasz być sobą i będziesz żyć, jak chcesz, choćby nie wiem co, to jak walenie dezodorantem w otwarty ogień. 'Przecież siedzenie w domu to nie jest 'normalna praca'! A z czego będziesz żyła? Dam radę mamo. Taaaaak???' Itede, itepe. Potem zaczynają kłapać tak zwani starzy znajomi, wszyscy ci, których znasz- od tych na fejsie, aż po tych, bez których nie istnieją spotkania w piątkowe wieczory. I nagle słyszysz: 'uuu, ja to bym nie mogła tak siedzieć w domu, a emerytura??, a jak Ci się skończą zlecenia?, to wszystko takie niepewne (jakby etat był), teraz to już wszyscy to robią i pewnie ciężko będzie się przebić'. Zamiast radości z otrzymanego wsparcia (kurde, wydawało mi się, że ich znam), robisz tylko wielkie oczy, bo Twoje zdumienie nagle osiąga rozmiary Pudziana i tym sposobem z biby wychodzisz o jedenastej, wk****a i ze szklistymi oczami. A i tak najlepsze jeszcze przed Tobą. 



Anonimowy hejt z sieci. Osoby, które podpisują się wykrzyknikiem albo wielokropkiem, feministki, polonistki, specjalistki. Znawczynie dobrego żywienia, zasad uprawiania sportu i budowy domów, a może nawet i okrętów. Każdy Ci powie, że coś robisz źle, że piszesz za często/za rzadko, że robisz złe zdjęcia/za bardzo jaskrawe zdjęcia, że nie masz już pomysłów, sprzedałaś się sponsorom, że w kółko to samo, że tamto, sramto i owamto. I nagle, po półtorej roku życia, które w Twojej ocenie miało być skrzydlate i różowe, nie masz przy sobie prawie nikogo, a każdy nowy dzień jest jak brodzenie w śniegu.


Jeśli na dodatek masz słabszy okres i nie zarabiasz tyle, ile być chciała, to kaplica. Najpierw przychodzi moment, kiedy chcesz wszystko odkręcać. A może oni mieli rację? Rzucam to w cholerę! Może to debilizm, a nie spełnianie się? Chcesz wrócić do tego nudnego bezpiecznego ciepełka, zaczynasz tęsknić za czasami, kiedy wspólnie obrabialiście tyłek szefowej, kiedy zamykało się za sobą drzwi i to był koniec pracy, a nie koniec wtedy, kiedy już zaczyna świtać. Potem przychodzi ogromny żal- dlaczego nikt mnie nie wspiera, nie pomaga? Dlaczego wszystko muszę sama? Może gdybym miała znajomości.... A potem (na całe szczęście) przychodzi odpowiednia chwila, kiedy stwierdzasz, że masz ich wszystkich w dupie. 

Wtedy już wiesz, że masz jednak twardszy tyłek, niż myślałaś, że opinia tak zwanych znajomych, pseudo- przyjaciół albo anonimowych trzykropków obchodzi Cię tyle, co zeszłoroczny śnieg. Wtedy to dopiero nabierasz rozpędu i pary, jeszcze im wszystkim pokażesz na co Cię stać. Wiara wraca i jest lepiej, ba, wiara od teraz jest Twoim orężem na tej wojnie. Wiara, konsekwencja i upór. 

Ten tytuł to słowa Margaret Thatcher. Iron Lady była twardą babką, kiedy mówiła, że nie zna takiego słowa, jak porażka. Albo, że jeżeli jesteś nastawiona na to, żeby wszyscy cię lubili, będziesz gotowa poświęcić wszystko i dalej tego nie osiągniesz. Ale najlepsze było to, kiedy powiedziała, że zatrzymywanie się w połowie drogi jest najbardziej niebezpieczne, bo można oberwać od samochodów jadących z każdej ze stron. Potrzebowałam kilku dobrych miesięcy, żeby przejść z jednej strony na drugą, żeby odłączyć się od 'starego życia', olać nieprzychylnych i przejść na dobrą stronę, kiedy naprawdę niewiele może mnie już złamać, obrazić albo gorzej- skłonić do zejścia z mojej własnej drogi. O nie, ja się nie zatrzymuję w połowie. Bo dzisiaj wszyscy uwielbiają krytykować, a już szczególnie tych, którzy mają odwagę i jakieś pragnienie w sobie, żeby żyć po swojemu, tych, którzy chcą dla siebie nie stabilnej i cichutkiej przyszłości, ale przyszłości szczęśliwej. Nawet, jak będę szła po moście nad Motławą, to jeszcze powiedzą, że to dlatego, że nie umiem pływać. Jak nie przystajesz z większością, nagle stajesz się dziwolągiem bez rozumu. Może i tak, ale chociaż mam na tyle szacunku do siebie samej, że no kurde chociaż spróbuję!


Własne niespełnione życie rodzi olbrzymią chęć do bezkarnego objeżdżania innych. I nieważne, czy przybiera to postać anonimowego internetowego chamstwa, czy przygłupich uśmieszków koleżanki prosto w twarz. Przecież nic nikogo tak nie wk***a, jak uśmiechnięty, zadowolony z życia człowiek, nie? Przecież lepiej jest siedzieć i wspólnie narzekać na swój los, o tak, wtedy jesteśmy taką cudowną wspólnotą. A spróbujesz się wyłamać, zostajesz sam. Mój ojciec zawsze mnie uczył, że z ludźmi trzeba umieć dobrze żyć, nie kłócić się i cichutko siedzieć. To by tłumaczyło, dlaczego nasze dzisiejsze relacje są takie skomplikowane. Kto wie, może gdybym nie robiła tego, co lubię, dziś byłabym największym hejterem w sieci?

Nie mam wokół siebie wielu osób, jak cholera sprawdziło mi się w życiu powiedzenie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Tak niewielu z nas chce odważyć się żyć inaczej, choć mają czasami naprawdę piękne wizje i spokojnie mogliby je spełnić. Mimo to wolą pozostać w cieniu i cierpieć, a potem krytykować i obrażać, kiedy już nie dają rady z własnymi negatywnymi emocjami. I po co, pytam się, czy nie lepiej brać pozytywny przykład, pogadać jak człowiek i ruszyć własne cztery litery? 

I na koniec jeszcze powiem Wam coś mądrego: 
"Jeśli chcesz uniknąć krytyki: nic nie mów, nic nie rób, bądź nikim" (Arystoteles). 
Amen!  

22 komentarze

  1. Walcz, planuj, spełniaj, realizuj �� Bez ryzyka nie ma zabawy, a ten kto hejtuję, ehhhh szkoda energii na takich ludków. Skup się na na sobie i swoich pomysłach �� Ja podziwiam i kibicuje ��
    Pozdrawiam i przesyłam buziaki - Kama - koleżanka ze studiów ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za wsparcie i miłe słowa! pozdrawiam :-)

      Usuń
  2. Trafiłaś we mnie. To ja mam marzenia, wiem, że jestem dobra w tym, co kocham, chociaż większość znajomych nigdy mi tego nie powie, bo zawsze znajdzie jakieś "ale". Wychodzi na to, że jestem miękką pipą, a nie twardą dupą, bo nadal jestem na tym pie*** etacie. Tak, boję się zaryzykować, chyba głównie dlatego, że ne potrafię się dobrze zareklamować, a wsparcia znikąd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Monika, dzięki za te słowa. Wiesz, że nie ma co szukać poklasku u innych, bo nie tędy droga- zawsze znajdą się ci 'dobrzy doradcy', którzy zatrzymają Cię tylko po to, żeby sami mieli z kim posiedzieć i ponarzekać. To samo jest z reklamą- dziś reklamuje się wielu, ale do wartościowych treści czy dobrej roboty ludzie sami przyjdą, na co pewnie trzeba poczekać, stąd tak ważna jest wytrwałość, upór, konsekwencja i ogromna wiara. Jeśli coś kochasz i wiesz, że jesteś w tym dobra- co może być lepszego? Nie zastanawiałabym się ani chwili. Cóż szkodzi chociaż spróbować. Pozdrawiam!

      Usuń
  3. Mój mąż nie ma prawka i nigdy nie miał samochodu. Wszyscy dziwili się, jak on może tak żyć i jeszcze się z tego cieszyć. A on mawiał, że zazdroszczą, bo sami muszą mieć wszystko, co mają inni i nie wiedzą, że są nieszczęśliwi. Teraz, to ja go wożę, hi, hi:) To, o czym piszesz jest mi obce, może nie zwracam na takich gupoli uwagi, albo podświadomie unikam.
    Dla mnie jesteś odjazdową osobą, imponują mi Twoje wybory, że cieszysz się życiem i jesteś sobą, a Twój blog uwielbiam. Może gdybym młodsza była, to byśmy się zakumplowały? Trzymam kciuki i życzę samych dobrych dni bez wahań. Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie ja się dopiero musiałam nauczyć tego niezwracania uwagi, bo zabolała mnie ta krytyka mojego wyboru, a krytykowało wielu. Musiałam o tym napisać :-) Dziękuję Gossiu, że mnie odwiedzasz! Każda osoba, która poświęca choć chwilę na moje wypociny to dla mnie złoto :-*

      Usuń
  4. Kochana,znawczyń budowy okrętów w sieci jest wiele a robić to nie ma komu.Ja nigdy nie przejmowałam się tym co ludzie powiedzą bo mnie to nie obchodzi.Nic im nie zawdzięczam i raczej od nich stronię.Wolę jednego psiaka niż gromadę ludzi.Wiem że to banalne ale bądz sobą.Ja uwielbiam Cię odwiedzać bo jesteś prawdziwa.Nic nie udajesz i nikogo nie naśladujesz i to się ceni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, bardziej nudzę się w tłumie niż siedząc sama :-) Dziękuję Ada, strasznie miłe, co piszesz :-*

      Usuń
  5. Oj, Pela, Pela...a wiesz gdzie masz to mieć? wiesz ;D
    zawsze znajdzie się ktoś, kto ma zwyczajnie ból dupy, kto nie ma na tyle odwagi by coś zmienić, bo etat, bo co powiedzą inni, rodzina, przykładów samych można mnożyć....Doskonale Cię rozumiem, nie jestem na tzw swoim jeszcze, ale gdzieś, to o czym piszesz jest mi bliskie. U mnie, tak podejrzewam, ba jestem pewna, chodzi o zwyczajny ból dupska, dlaczego? Bo potrafiłam zrezygnować z kariery (hahahah) na rzecz SIEDZENIA W DOMU Z DZIECKIEM I NIC NIE ROBIENIA, czytaj, zaczynam dzień od kawy, potem pazury, zakupy, treningi....dupna pani, jeszcze jakaś tam blogerka, co to blogerka, że co ?
    Mam fajne życie, szczęśliwe, nie mogę narzekać na cokolwiek, ok nie ociekam kasą, ale nie umieram z głodu, żyję spokojnie....a moje koleżanki niektóre nie. Mam fajnego chłopa, co chcę to mam....to mogę się rozpisać na dziesiątki stron....a one biedne muszę zap**** a ja siedzę w domu i G robię !!! Kij, że niebawem wracam do roboty, że to był tylko epizod, ale też moja świadoma decyzja, moja! Ilość zdziwionych oczy, podśmiechujek, komentarzy....no bezkres.
    Dlatego doskonale rozumiem, mimo, że nie do końca TO SAMO....ale chyba jednak tak.
    Buziaki i miej wszystko w D !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah, dobrze mówisz! Są tacy, co zawsze się do czegoś doczepią. Kurde, mamy XXI wiek, 2016 rok i dalej trzeba 'walczyć' z tym samym. Kiedy oni skumają, że jak też chcą mieć dobrze, to niech coś z tym zrobią? Obgadywanie wydawało mi się passe, a tu dupa. Dzięki, że wpadłaś, buziaki :-*

      Usuń
  6. /REFRESZING/
    Paulina, możnaby sztampowo podpisać, ze Cię rozumiem,bo rozumiem, i rozwodzić się na swoim przykładzie. Jako,że już dość mocno płynę przy tym drugim brzegu,i sporo kłód musiałam ominąć a y nie dać się zdołować,to kurde powiem Ci tak.. Na tej rzece się nie da zatrzymać! Ta rzeka,to najpiękniejsza mordęga na jaką się wpieprzyłaś, w chwilach zwątpienia w ogóle nie myśl o życiu "poza rzeką" tylko popatrz na inne Amazonki płynące obok Ciebie. Każdej z nas bywa/ło,bywać będzie trudno. Ale pies s. Tych,co wolą narzekać. Jedna peunta jest RÓB SWOJE. Jedna, jedyna słuszna. Reszta to tylko tło. Czołem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że rozumiesz te moje rozkminy :-) Miałam dużo chwil zwątpienia, a i tych kłód, o których piszesz też, wiele trzeba było przerobić w głowie, już teraz mam nadzieję, że będą tylko pozytywne wibracje :-) Będę robić swoje, aż padnę haha, czółko :-*

      Usuń
    2. Paula, jedna i druga, zgadzam się z Wami Kobitki w 100%! Nie ma co zawracać! Też widzę czasem ten drugi brzeg, i choć nie raz miewam wątpliwości, konsekwentnie robię swoje. Trzymam kciuki za pozytywne wibracje!

      Usuń
    3. I ja trzymam kciuki za nas <3

      Usuń
  7. Temat stary jak świat blogowy... co rusz się pojawia. Raz jest cicho, spokojnie, radośnie a potem zbiera się taka chmura i ktoś musi kogoś uszczypnąć, dołożyć... bo jakże inaczej. W realu zresztą podobnie. Jakoś ciężko idzie nam zrozumienie, że każdy z nas jest inny i ma prawo do tej inności. Żyjesz tak czy siak.... twoja sprawa. Jeśli masz odwagę realizować swoje marzenia to super! Życie jest jedno, niepowtarzalne i warto je przeżyć z tym co się ma w głowie, a nie co ludzie gadają!!!!

    Trzymaj się kolorowo i z nutką szaleństwa :) fajnie, że jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, stary, a jaki wciąż aktualny (niestety). Jeszcze wczoraj wieczorem trafiłam na wątek, że niby jedna blogerka 'ukradła' pomysł drugiej... ech, a myślałam, że blogosfera powinna trzymać się razem i wspierać, a nie s****ć do własnego gniazda.
      Dobrze mówisz, trzeba żyć po swojemu i wolałabym, żeby Ci, co nie mają ku temu odwagi nie wypowiadali się na mój temat niepochlebnie, skoro nic nie wiedzą.
      Ja dziękuję, że mnie odwiedzasz :-****

      Usuń
  8. Oj, znam ten ból. Nie znam tylko pracy na etacie, bo od zawsze jestem "na swoim" - ale pogardliwe uwagi, hejt ze strony rodziny i "przyjaciół", oj tak... Ale dzisiaj jestem w miejscu, gdzie wszyscy mogą mi zazdrościć. Mimo, że było po drodze kilka porażek, okresów bardzo trudnych, również z powodów finansowych, mimo że nie wierzył we mnie (a właściwie w nas - bo prowadzimy firmę razem z partnerem) NIKT. I w przypadku kryzysowych sytuacji, zamiast pomocy tylko drwiny. Ale kryzys sobie poszedł, firma rozwinęła się ponad wszelkie oczekiwania, razem pracujemy nad tym, co daje nam niesamowite możliwości i frajdę. Nigdy nie zamieniłabym swojego stylu życia na inny - nigdy. Biorę urlop kiedy chcę, mogę pracować z każdego miejsca na świecie (potrzebny mi tylko internet), nie jęczę z powodu poniedziałku, ani innego dnia tygodnia. I powiem jeszcze jedno - odnieść sukces to jest jeszcze gorzej, niż odnieś porażkę - tego to dopiero ludzie nie mogą znieść. Mimo, że nie należymy do ludzi obnoszących się sukcesem, nie żyjemy na pokaz (podróżujemy sporo, ale starym, odnawianym zresztą własnymi siłami - kamperem. Żaden luksus).

    Ale jak mawia klasyk - jak nie wychodzi, to trzeba napierdalać, bo jak się napierdala, to wychodzi ;)

    I to prawda - najbardziej pogardliwie odnoszą się ci, którzy z własnego życia i własnych wyborów nie są zadowoleni. Bo jakby byli - to czemu tak gorliwie interesują się cudzymi wyborami? Mnie one nie interesują :) Niech każdy sobie żyje, jak chce.

    Ramen ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah, Twoje powiedzenie zostało moim ulubionym <3
      Taa, a i każdy widzi tylko efekt końcowy, ten niby 'sukces'.
      Wspaniale, że odżegnaliście kryzysy, no i zazdroszczę Wam tego kampera, też muszę se taki sprawić :-) Buźka!

      Usuń
  9. To co napisałaś to...święta racja....podoba mi się...trzymaj się dzielnie:) Fajnie piszesz.L.

    OdpowiedzUsuń
  10. Prawda... Każdy kto ma lepiej, jest gorszy. Nie ważne co by robił...

    OdpowiedzUsuń