Kalesony zamiast legginsów, czyli jestem mieszczuchem.


Zdecydowaną większość mojego dotychczasowego żywota spędziłam w małej mazurskiej mieścinie. Tak, ja wiem, turystom Mazury jawią się jako cud natury, ósmy cud świata, oaza spokoju i radości, no po prostu kraina miodem i mlekiem płynąca. Mała miejscowość otoczona kilkunastoma jeziorkami, owszem, jest malownicza, ale to zdecydowanie za mało, żeby ponad dwadzieścia spędzonych w niej lat uznać za tęczowo- cukierkowe.

Jest coś takiego, co się tyczy nie tylko mieścin mazurskich, ale w ogóle małych miasteczek i wiosek (choć mam wrażenie, że Mazury są zawsze jakoś tak w tyle). Są to, mi Drodzy, BRAKI. Przez tyle lat życia, nauki i pracy w miejscowości o mniejszej liczbie mieszkańców, niż moje dzisiejsze osiedle, to właśnie braki wszystkiego mi najbardziej doskwierały. Po pierwsze, był to totalny brak ludzi. Najgorzej było latem, w wakacje, kiedy na ulicach dosłownie nie było NIKOGO. To samo zimą, po godzinie 17 (kiedy wszystkie sklepy już mieliśmy zamknięte) i w weekendy. Spacer po zmroku po totalnie wyludnionym mieście, no spoko, idealnie dla nastolatki (szczególnie, gdy wokół walają się same foliowe worki). Brak ludzi równa się mała ilość towaru w sklepach (bo kto to kupi), mała ilość pracy etc. Jeździłam wiecznie sama na rowerze w tą i z powrotem, bo koleżanki siedziały gdzieś po babciach, i modliłam się, żeby te wiecznie puste ulice zaczęły żyć i w końcu się zaludniły. Jeden samochód na godzinę, jeden stragan z sałatą. Jedna poczta, jedna przychodnia i jedna Biedra (sic!) równały się kolejkom na dwie godziny stania. A żeby tak ktoś kiedyś postawił tam takie wynalazki, jak Paczkomat albo biletomat, łoo Pani. Dobrze, że wtedy nie szukałam jarmużu albo masła Ghee, bo uznaliby mnie za kosmitę, co świeci własnym światłem. Był spokój i cisza, wieczna cisza doprowadzała mnie do SZAŁU. Co innego jest wyjechać na weekend do głuszy, a co innego każdego dnia siedzieć w niej, kiedy rozpiera Cię życie, a tam jedyne, co rozpiera, to belka od pustego i uwalonego od ptasich kup pomostu. A, no i jeszcze wszyscy się znają. Jak się nie znają, to się kojarzą z widzenia. Brrr! Żadne wagary nie przejdą, bo jakaś znajoma matki zawsze Cię wypatrzy. Albo pani Krysia z kiosku. Czekałam więc tylko, żeby wystrzelić stamtąd, ale nie nadchodził moment kulminacyjny. I oto znienacka, zupełnie nieoczekiwanie, pewnej burej soboty udałam się do sklepu bieliźniarskiego. Zapytałam grzecznie panią sprzedawczynię, czy są czarne legginsy, na co ona wyjęła mi spod lady grube bawełniane kalesony. Delikatnie przymykając oczy i biorąc głęboki wdech, wyobraziłam już siebie w autobusie. 

Od ośmiu lat zasiedlamy z małżonkiem obrzeża Gdańska i jesteśmy oboje bardzo zadowoleni z naszej decyzji. Jest tu po prostu wszystko, wszystko razy cztery, do wyboru do koloru (i do godziny 22!). Już nie mówiąc, że jest tu po prostu praca i jakiekolwiek możliwości rozwoju. Bardzo chciałabym kiedyś przenieść się jeszcze bardziej w głąb miasta, żeby mieć pod nosem knajpki, sklepy, parki miejskie. Lubię gwar i szum ulicy, wieczorne światła miast, ludzi wokół siebie, lubię nawet korki. Lubię widzieć to toczące się życie i skisłabym jak ogórek, gdybym miała teraz siedzieć gdzieś na wiosce. Nie chciałabym z powrotem trafić do miejsca, gdzie znowu nie ma nic i nikogo. Chyba jestem totalnym mieszczuchem. 

Na dowód tego, na sklejkowej ścianie powiesiłam sobie mapę Gdańska firmy MAPTU (na tej stronie możecie stworzyć mapę dowolnego miasta w Polsce i na świecie). A, no i po lewej od mapy jest nowo zaaranżowany kącik jadalniany (kurczaki, znalazłam ustawienie, którego jeszcze nie było, sic!). Nogi od stołu małżonek pomalował mi na świnkowy kolor, zakochałam się w tym odcieniu. Dobrze się tu siedzi, dobrze się je i pracuje, no i oczywiście, dobre jest tu światło do postów ;-)












zdjęcia mojego autorstwa. 

Wpis powstał we współpracy z firmą MAPTU.  

Do następnego! 

8 komentarze

  1. A ja mam na odwrót, całe życie w wielkim mieście. Tylko brak pracy powstrzymuje mnie przed zaszyciem się w głuszy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, w małych miastach nie jest lekko :-)

      Usuń
  2. Świetna mapa! Miłego wieczoru Joanna

    OdpowiedzUsuń
  3. Też jestem totalnym mieszczuchem - piątka! ;) Nigdy nie ciągnęło mnie do wsi - mam fobię wręcz przed otwartymi przestrzeniami. Urodziłam się, wychowałam i całe życie mieszkałam w Gdańsku właśnie - z początku w ścisłym centrum, teraz niecałe 5 km dalej. Nno i całe życie marzę, żeby jeszcze kiedyś do tego centrum wrócić :) Ogólnie nie znałam wiejskiego czy też małomiasteczkowego życia, bo moi dziadkowie i większość rodziny mieszka w Trójmieście... Do czasu poznania mojego Ł., który pochodzi z dość małej miejscowości. Jeżdżąc w jego rodzinne strony wiem jedno - totalnie bym się tam nie odnalazła, każdy wyjazd to dla mnie katorga, a wizja, że miałabym się tam kiedyś przeprowadzić to... Ech ;) Także doskonale Ciebie rozumiem i fajnie wiedzieć, że na świecie nie brakuje mieszczuchów ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piątka Ola! Ja też jak czasem odwiedzam stare kąty to tylko ciarki mam, czas się totalnie zatrzymał... Buźka :-)

      Usuń
  4. Już przeskakuje w poszukiwaniu mapy! Dzięki za namiar. A krzesło - kojarzy mi się ze szkołą z okresu lat `90.

    OdpowiedzUsuń