#wyprawkazpauliną, czyli etos pracy i szkolny oddech.


Jak się zbliża pierwszy września, to zawsze ogarnia mnie nostalgia i ulga zarazem. Lubiłam nawet wkuwać i byłam dobrą uczennicą, z natury jednak nie cierpię przymuszać się do czegokolwiek i najbardziej cieszę się, że okres szkół obowiązkowych mam za sobą. Przedmioty, które nie leżały w kręgu moich zdolności i zainteresowań były męką Pańską, katorgą i orką, czyli jak to matma dla każdego humanisty- zbędny balast (nie to co w USA, gdzie możesz choć kilka przedmiotów wybrać wedle siebie). Ale swoją ścieżkę trzeba przejść, czyli wytrwać chociażby do matury. Ale co dalej?

Najbardziej w polskim szkolnictwie brakuje mi możliwości wzięcia tego oddechu. Zbyt utarta jest u nas szkolna droga, zawsze polegająca na odbębnianiu jednych szkół za drugimi, składaniu papierów, ciągłych egzaminach, presji, że to już trzeba myśleć/decydować/wybierać: w lewo czy w prawo, szybko, już. Na własnym przykładzie wiem, że naprawdę niewielu jest osobników, którzy od podstawówki wiedzą, co chcą robić w tak zwanym dorosłym życiu i, kierowani odpowiednio przez rodziców, którzy wydobywają ze swoich dzieci potencjał i najlepsze cechy, mogą się na tejże ścieżce z powodzeniem realizować. Większość jednak to tak zwani miotacze- idziemy do liceum, bo tak idzie większość, idziemy na studia, ale jakie? Coś się wymyśli, zobaczymy, gdzie się dostaniemy. Nie bardzo wiedzą jeszcze, co chcą robić dalej i to jest uczucie paraliżujące, ale dla mnie zupełnie zrozumiałe- człowiek w podstawówce czy gimnazjum jest jeszcze na tyle niedojrzały, że trudno mu podjąć tak istotną decyzję, od której całkiem prawdopodobnie zależeć może jego dalsze życie. A tutaj zwala się na głowę ogrom pytań, nacisk ze strony rodziców, znajomi już wiedzą, tylko jeszcze nie ja. I tu, moim zdaniem, powinien pojawić się moment na oddech- zwyczajną chwilę zastanowienia się, zajrzenia wewnątrz własnych emocji, oczekiwań, zainteresowań. Może przerwa w edukacji? 

Cieszę się, że dziś już nie ma tego dawnego przepychania idei studiów. Że trzeba studiować, żeby mieć jakiś papier, wyższe wykształcenie. Pamiętam, jak wszyscy biegli na zarządzanie i marketing, administracje, socjologie, politologie. I ja pobiegłam też, choć nie wiem po co. Studiowałam, jak wszyscy, ale gdybym na studiach odkryła, co chcę robić, rzuciłabym je w cholerę. Nie odkryłam tego, bo nie miałam czasu dobrze się zastanowić. Wybrałam jakąś uczelnię, jakiś humanistyczny kierunek, tyle. Wiecie, co dziś bym zrobiła? Poszłabym zwyczajnie do pracy. Bo jeśli nie wiesz, co chcesz w życiu robić, idź do pracy, zamiast na byle jakie, płatne uczelnie (którą i ja skończyłam, tfu). Doświadczenie zawodowe, praktyka, poznawanie różnych środowisk, ludzi. Ale przede wszystkim, poznawanie siebie. Coś, na co praktycznie nie ma czasu, bo trzeba szybko decydować, ale coś, co jest kluczowe, najważniejsze. Wielu z nas poszło na studia za namową kogoś tam. Sama mam dziś magistra i skończone dwa humanistyczne kierunki. Co mi to dało? Pięć lat uczenia się czegoś tam, czytania książek, których wcale nie pamiętam, bo mnie wcale nie interesowały. Reguła 3xZ- zakuć, zdać, zapomnieć- o tak, potwierdziło ją 70% moich znajomych. Jest świstek na regale, w pudle, a ja i tak robię coś zupełnie innego. 

Wyższe wykształcenie wcale nie świadczy o człowieku. Wolę inteligencję emocjonalną, niż tą głupio- mądrą. Znam świetnych ludzi bez matury, znam też niezłych skurczysynów po prawie. Żadne zdobyte papiery nie robią z nas dobrych ludzi, może tylko nieco bardziej wykształconych. No jasne, że jak chcesz być lekarzem, musisz iść na studia, żeby zdobyć wiedzę, ale to późniejsze praktyki zadecydują, jakim lekarzem będziesz. Jeśli jednak nie chcesz i nawet nie wiesz, czego chcesz, daruj sobie, idź do pracy, szukaj, czytaj, rozwijaj własne talenty. Nie patrz na nikogo, bo inni idą do szkół. Jednych, drugich, trzecich. Znam osoby, które same nauczyły się programowania i są w tym naprawdę świetne. I to one mają zlecenia, bo poświęciły czas na realizowanie siebie, nie na studiowanie głupa. Pracowały, uczyły się tego, czego może nauczyć się każdy, jeśli tylko chce. Mnóstwo jest ludzi, którzy doszli do wielkich rzeczy, a kiblowali non stop. Bo szkoła, oceny i to, gdzie idą inni o niczym nie świadczy.

Inwestowanie w rozwój osobisty, we własne pasje i w doświadczenie zawodowe- oto moja recepta na dorosłe, szczęśliwe życie w zgodzie ze sobą. Jeśli potrzeba do tego studiów- idź, jeśli nie, nie idź bezcelowo. Znam kilka osób, których wybitny talent plastyczny zabiły uczelnie typu asp- zatraciły na nich swój styl na rzecz wymagań do egzaminów. Otrzymały na koniec świstek, ale straciły coś, czego nie dało się tak łatwo odzyskać- oryginalność. A to od niej zależy, czy w Twoim pociągnięciu pędzla przyszły kupiec czy właściciel galerii odkryje to 'coś'.

Trudno jest znaleźć własną drogę i patent na siebie, ale jeszcze trudniej to robić, gdy siedzisz osiem godzin na bezsensownych wykładach. Nie chcę tu propagować ignorancji, są ze studiowania jakieś plusy, ale na swoim przykładzie wiem, że wiedza wbijana na uczelniach niewiele ma wspólnego z tak zwanym prawdziwym życiem. Najczęściej wychodzimy z tych szkół jako nieporadne życiowo pokraki, które nie wiedzą, gdzie skierować swoje pierwsze kroki, jak rozwinąć biznes, jak zarobić pieniądze, gdzie szukać dobrego pracodawcy i jeszcze wielu innych rzeczy. Bo gdy my tkwiliśmy na filozoficznych wykładach, kilku już siedziało w swojej pierwszej pracy. Potem scenariusz jest zawsze ten sam- my mamy papierek, a oni pięcioletnie doświadczenie zawodowe, lepszą znajomość siebie i rynku pracy. My zaczynamy pierwszą pracę, oni są w trzeciej. Potem, po trzydziestce, czterdziestce, zaczynamy żałować straconych lat.

Ja dopiero w swoje trzydzieste urodziny zakumałam, co chcę robić w życiu. I to nie dzięki jakiejś tam szkole, której już nawet nie pamiętam, ale dzięki temu, że ostatnie dziesięć lat przepracowałam na wielu etatach. One spowodowały, że odkryłam, co chcę, a czego nie chcę robić w życiu. Tymi swoimi dyplomami mogłabym sobie tyłek podetrzeć, bo teraz buduję swoje portfolio na nowo, po trzydziestce zaczynam od zera. Dużo czytam, robię kursy, szkolę się- ale robię to we własnym tempie i zakresie, idę tylko w tym kierunku, w którym chcę podążać. Bo na naukę nigdy nie jest za późno. 




 zdjęcia mojego autorstwa.

Do następnego!

2 komentarze:

  1. Dobrze mówisz... papierki nic nie dają, chyba że robimy je dla samego siebie. Ja też studiowałam kierunek, po którym zupełnie nie ma pracy, co zrobić ;-) pozdrawiam, Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja tak samo :-) Dzięki, że wpadłaś, pozdrawiam :-)

      Usuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com