Odpicuj sobie wiatrak.


Jeśli należysz do 10% społeczeństwa, które posiada najbardziej dizajnerski wentylator na świecie, czyli chromowany, lśniący i do tego za pięć stówek (i wzwyż), to winszuję dobrego smaku oraz bardzo rozsądnie wydanych pieniędzy. Jeśli zaś, razem ze mną, należysz do pozostałej części, to najprawdopodobniej Twój wiatrak to ten najzwyklejszy plastik z marketu. 

Że też ja wcześniej na to nie wpadłam i wachlowałam się tym okropnym niebieskim, biurkowym wiatraczkiem przez całe lato. Mieszkam na trzecim, ostatnim piętrze i mój kwadrat dość mocno nagrzewa się od dachu, ale na szczęście ten tropik równoważy usytuowanie mieszkania od wschodu, co nie zmienia faktu, że przez letnie miesiące wentylatory chodzą u nas dość często. Lepiej późno niż wcale, bo pewnie jeszcze włączę go nieraz do samego października, nazwijmy to zatem ostatnim diy w typowo letnim klimacie.

Cały motyw podpatrzyłam u Asi z bloga Style Digger. Kurka no, pozazdrościłam jej tego genialnego myku i wzięłam się za swój egzemplarz, który nabyłam za całe 35 zł z trzy lata temu, bodajże w obi albo jakiejś innej castoramie. Służył mi dzielnie w poprzedniej pracy, w której nie było tlenu, a i całkiem dobrze służy też odkąd pracuję z domu. Jedyny jego mankament to, no umówmy się, trochu szpetny dizajn, jeśli nie obrażam teraz całego świata dizajnu, ale trzeba było myśleć wcześniej, zanim to chińskie cacko trafiło na rynek. Ratuje mi życie w upały, ale kłuje w oczy w każdy inny dzień, chowam go więc po kątach ile mogę.

Dwa dni trwała metamorfoza, bo skubaniec ma przyspawane na amen skrzydełka do silnika, co mi mocno utrudniło sprawę- nie mogłam wiatraka całkiem rozebrać na części. Ostatecznie stwierdziłam, że ta gołębia szarość nie jest taka zła (nie, to nie jest biały wiatrak, choć może tak wygląda na zdjęciach), bo nie odcina się tak mocno od ściany za biurkiem; najbardziej zależało mi na zamalowaniu tego niebieskiego i tej kropy na środku. Wymyśliłam więc, że owinę mocno folią aluminiową środek i złotym sprejem pomaluję same skrzydła oraz podstawę, zaś wierzchnią obudowę z kropą wyrzucę całkiem, nawiązując tym samym do wiatraczków z lat 70- tych. Nogę mocującą pomalowałam czarną farbą tablicową, a obwódkę czerwoną farbą z lakierem. Czas schnięcia śliskiego plastiku to jakieś never ending story, ale w końcu wszystko wyschło i, co najważniejsze, działa! (mężu, możesz być dumny).


Wiatrak jest mały i od teraz trochę ładniejszy, więc może przezimować w domu. Mam jednak jeszcze jednego gagatka, duuużo większego, który z pewnością powędruje do piwnicy na zimę, bo za niego wezmę się dopiero na wiosnę. 

No jak Wam się podoba? Metamorfoza jest prosta, tylko dość pracochłonna, ale jak się chce eliminować szpetne widoki, no to trzeba cierpieć. Wariantów kolorystycznych można by wymyślić dużo więcej, ciekawi mnie widok takiego wiatraka z każdym skrzydłem w innym kolorze- to może być świetny, tęczowy widok podczas jego pracy. Może przetestuję to na tym dużym. Miłego dnia! 






zdjęcia mojego autorstwa. 

Do następnego!

CONVERSATION

8 komentarze:

  1. Wiatrak przed, nie grzeszył urodą, to fakt. Teraz jest odlotowy. I ten złoty kolor, fantastyczna przemiana:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ty to masz łeb! Super!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie koło mnie stoi taki jeden brzydki i wielki wiatrak, co potrzebuje metamorfozy :) Super wyszło. Naprawdę jest o wiele lepiej. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! No to nie ma na co czekać- maluj, sprejuj :-)

      Usuń
  4. Na szczęście już po upałach ;) Zdecydowanie fajnie wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na całe szczęście! Nie cierpię :-))) Dziękuję Ci bardzo :-)N

      Usuń

Instagram