Dawaj na Tajwan, czyli 5 wieczornych guilty pleasures.


Chciałabym móc powiedzieć, że wieczór to dla mnie czas, kiedy karmelizuję marchewkę, kuję cerkiewno- słowiański, czytam Byrona albo Freuda, albo chociaż chodzę na crossfit. Niestety, muszę Was zmartwić- wieczorową porą wychodzi ze mnie ciemniejsza strona Pauliny, jakieś fifty shades darker. Zdarza mi się chwycić za zwykłą książkę, jakąś gazetę, ale to nikły procent. Nie upijam się jednak w zimnego trupa z przerwą w życiorysie, nie urządzamy z małżonkiem trójkątów z sąsiadami. Moje (nasze) guilty pleasures są znacznie.... inne. 

I wcale się po nich nie czuję guilty, wszak każdy lubi popełniać jakieś żenujące grzeszki, ma swoje dziwne nawyki, lubi się solidnie odmóżdżyć, obejrzeć jakiś Taniec z Gwiazdami czy coś. Nie mam telewizora (z wyboru), no to się odmóżdżyć muszę po swojemu, a ku temu pomysłów mi nie brakuje. Podzielę się nimi z Wami, znajcie moją ludzką stronę, a co. 

Nie wiem czemu upodobałam sobie do ich uprawiania akurat wieczorową porę, wampirem w sumie nie jestem (tylko finansowym i czasem energetycznym, ale to tylko przy pms), chyba te szarości i ciemności to powodują. A już jesień i szarugi nieustanne sprawiają, że zaczynam przybierać własną ciemniejszą postać coraz wcześniej. 

Nie będę Was dłużej zwodzić, przechodzę do konkretów, tylko błagam, don't judge me :-D Doceńcie mą szczerość! 


1. Jamie Oliver versus ja, czyli comfort food po 22. 

Chciałabym, żeby moje komfortowe jedzenie też przybierało postać podduszonego jarmużu z kukurydzą z własnego ogródka. Ogólnie to staram się odżywiać zdrowo, ale nie jestem żywieniowym ortodoksem. Kiedy mam zły dzień, jest zimno i jest deszczowo, a ja jestem głodna, to nie marzę wtedy o puddingu z chia, ja po prostu muszę zjeść wielką białą bułę, która aż śmierdzi glutenem na kilometr. Do tego sucha myśliwska i wiadro musztardy. Oto moja wersja comfort food, którą zabieram ze sobą do łóżka i to na dodatek najczęściej przed samym spaniem. Nie oglądam jednak potem Chodakowsko-Lewandowskiej, żeby się dobić i żałować, o nie! Uśmiecham się, zapijam i jestem szczęśliwa jak sam diabeł :-)

2. Codzienna dawka Pudelka- i to jeszcze dla komentarzy. 

Właściwie do czego mi jest potrzebne wiedzieć, czy Kasia Glinka właśnie rozebrała się dla Playboya, a Rozenek jest teraz na Mykonos, nie wiem, ale co tam, wiedzieć trzeba :-D Nie dość, że włażę tam codziennie, to jeszcze czytam te wszystkie komentarze. Poziom artykułów na tym portalu jest, jak zawsze, żenua, ale za to komenty mnie normalnie bawią do łez. Ileż tam wiedzy o naszym społeczeństwie! Polecam wszystkim socjologom. 

3. Wieczorne spacery.  

Nie że biegam albo coś, no co Wy. Ja łażę po zmroku, bo uwielbiam...zaglądać ludziom w okna. Nie że stoję i się po prostu gapię, nie rzucam też kamieniami w szyby, a potem chowam się w krzakach. Dzięki Ci Boże za te nowoczesne mieszkania na ziemi i te niby- ogródki, no co za reality show. Co my żeśmy już z małżonkiem widzieli, ułaaa! Dobre kino, dobre rozeznanie w obecnych upodobaniach, i to nie tylko tych wnętrzarskich. No beka na całego. Minus jest taki, że niektórych rzeczy nie da się już odzobaczyć. 



4. Ekipa jakich mało.

Co tam Kardashiany, obejrzyjcie Ekipę z Newcastle- to jest dopiero reset. Mówcie co chcecie, ale był czas, kiedy naprawdę się zastanawiałam, czy Charlotte jest jeszcze z Garym. I jeszcze nad tym, czy rzeczywiście można tyle wypić i nie umrzeć. Obejrzałam wszystkie sezony, w tym dwa pierwsze pod rząd, chciałabym mieć tak wywalone na wszystko, jak oni, naprawdę. Wprawdzie wielu uczestników obecnie już siebie w ogóle nie przypomina, to jednak nadal ubaw jest przedni. Nie wiem, czy to owoc mojego obłędu, kiedy stary wyjechał w tygodniową delegację, ale już mi tak zostało i jeszcze niedługo zacznę czekać na nowe edycje.

5. My to sobie z małżonkiem co tydzień zwiedzamy inny kraj. 

No i co na to powiecie biedaki? Jak chcę, to jestem dziś we Francji, a jak nie, to w LA. Dobra, żartowałam, my po prostu se łazimy... z Google Earth. Co to jest kurde za zabawa, mówię Wam. Stawiasz ludzika na dowolnej trasie i już, cyk pyk i jedziesz po śródmieściach Tokio. Kurczaki, ależ nas to swego czasu wciągnęło. Ja ogólnie do podróżowania nic nie mam, nawet lubię, tylko nie za daleko. Bardzo bym chciała wstawić zdjęcie na Instagram z waranem z Komodo albo z wodospadem Niagara za plecami, nie umiem się jednak przemóc do takiego, przykładowo 15- godzinnego, lotu, boję się, że zatkałyby mi się wszystkie żyły. Dlatego wybieramy sobie te najbardziej egzotyczne zakątki, na przykład totalną północ Finlandii i jedziemy. Jest tylko jeden myk- autko Google nie wszędzie się wcisnęło (np. do Chin- z wiadomych względów). Wtedy małżonek stawia ludzika i mówi: 'no patrz, nie było szmaciarza'. Za to nie ma jak spacerowanie po Wietnamie pod własną kołderką, gdy tam 47 stopni na plusie, o ta. Czekam, aż stary się wykąpie, wskoczy do mnie pod kołderkę i mu powiem: 'to co, dawaj na Tajwan'. I te nasze rozmowy: 'co myślisz, o jaaa, a tu jakbyś mieszkał, to co'. Brzmimy trochę jak niepełnosprytni umysłowo, dobrze, że nie mieszkamy na parterze! 


We własnym rodzonym kalendarzu wypisałam te pięć sztuk i cała w pląsach udałam się je dla Was publikować. Jeśli uznacie mnie za totalną wariatkę i publicznie zlinczujecie, obiecuję, że dobrowolnie sama włożę głowę w pętlę.

Tymczasem najbardziej jestem ciekawa tych Waszych przyjemnostek.
Przyznawać się, może być anonimowo i nie musi być cenzuralnie, nie ma się czego wstydzić- pokażcie mi swoją mroczną stronę :-))

Do następnego!

CONVERSATION

10 komentarze:

  1. 3, 4 i 5 punkt też mnie dotyczą! Ekipę z Newcastle kiedyś dawno na popijawie u znajomych grubo po północy znaleźliśmy i oglądaliśmy do rana. Potem szukaliśmy w necie :P
    A co do zaglądania w okna, to ja ubóstwiam. Ale raczej ze względu na inspiracje wnętrzarskie, choć fakt, czasem jakaś goła klata przy garach się trafi :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahah, dobre :-)) No takie zajawki to najczęściej na popijawach, choć u mnie to z nudów wyszło, ale wciągnęłam się na maksa :-D
      Goła klata przy garach :-D

      Usuń
  2. Haha, świetny tekst! Uśmiałam się :) Punkt z google wymiata :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Niestety, jest prawdziwy :-)))

      Usuń
  3. Jamie i jego comfort food należy się każdej z nas :) dla mnie to wszelkie makarony. Wieczorne romantyczne spacery z mężem (jak da się wyciągnąć) i trochę ogłupiającej telewizji również. Do tego dorzucę chrupki, czekoladę i solone paluszki, a na komputerze fajny film. Takie jesienne wieczory lubię najbardziej:) Bardzo fajny post, zresztą jak zawsze.
    Pozdrawiam J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ogóle czekolada z czymś słonym (z popcornem!) to jest to :-) Bardzo dziękuję i pozdrawiam :-)

      Usuń
  4. Ja codziennie od pn do pt o 12:00 oglądam Masterchef Australia na TLC - te emocje! Poza tym uwielbiam oglądać filmy i seriale o wampirach - Pamiętniki Wampirów rulez <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też oglądam Mastera, jeszcze ostatnio cisnę wszystkie sezony Kuchennych Rewolucji :-D Och te wampiry :-P

      Usuń
  5. Oglądam koreańskie dramy. To takie seriale o młodych ludziach, przeważnie trójkącik i którego chłopaka ona wybierze? Polecam Flower boy ramen shop. Urocze, wszystkie dramy robione na jedno kopyto - trochę smutku (ktoś zawsze na początku umiera, albo jest chory), główna bohaterka zostaje sama, obok niej pojawia się jak spod ziemi kilku przystojniaków i się zaczyna :)

    OdpowiedzUsuń

Instagram