Sprzedać szpulę, żeby znaleźć... szpulę.


Jaki los jest przewrotny- jeszcze kilka dni temu pisałam na moim fanpage, że sprzedałam duży perkusyjny bęben z blatem od szpuli, gdyż pomieścić się już z moim majdanem powoli nie mogę, a tu proszę, wróciła do mnie szpula w nowej wersji i rozmiarze. Bo ja, moi Drodzy, takich rzeczy nie mijam bezwolnie, nie zostawiam ich na pastwę losu. Ja zwyczajnie wiem, że spotykam je nie bez przyczyny, niczym Adaś Miauczyński czuję bez gadania, że one przeznaczone właśnie dla mnie. 

Wczoraj kilka wieczornych godzin walczyłam z okropną migreną (która, notabene, ciągnie się do dziś) i kiedy tak leżałam plackiem w ciemnościach, w czeluściach mej napompowanej dyńki usłyszałam jakby sygnał sms. Spojrzałam, ledwo widząc na oczy, a tu foto- jakiś drewniany stołek. Nie mając siły na nic więcej skumałam tylko tyle, że małżonek coś przytacha na kwadrat, a więc luz blues, idę spać dalej. No i przytaszczył kolejną szpulę, choć tym razem pomalowaną na jasnoszary kolor i mniejszą o dziesięć centymetrów w średnicy. No to i stało się, znowu mamy szpulę :-)

Z racji cudownego przejaśnienia się aury pogodowej (chwilowego, ale zawsze), postanowiłam przy okazji utrwalić obecny wygląd naszego livingu. Ciągle szukam nowej sofy, a tak poza tym to normalnie jakbym była zadowolona z teraźniejszej formy- aż dziwne! Większość zdjęć z Franką na kanapie- wybaczcie, jej też chyba doskwiera ta deszczowa śpiączka, bo nie dała się przegonić  :-) 









PS. Czy widzieliście już mini- wywiad ze mną na stronie magazynu Citydesign? Jeśli chcecie dowiedzieć się nieco więcej o mnie i moich inspiracjach, to odsyłam Was na strony magazynu TUTAJ.

Do następnego!

4 komentarze:

INSTAGRAM

@stylerecital_com