Koniec czarnej ery.


Znasz dobrze to uczucie: po skończonej robocie z radością zrzuciłaś z siebie stanik, właśnie wyżarłaś połowę nutelli łyżką prosto ze słoika albo powiedziałaś w końcu wszystkie, starannie dobrane pod prysznicem, epitety swojemu byłemu. Tak, jest to uczucie wyzwolenia. Ja też to poczułam- po trzydziestce wyzwoliłam się od kompulsywnych zakupów, wtłaczania w siebie wszelkich mast hewów i innych hitów z wyprzedaży. I jak jeszcze raz dziś usłyszę black friday, to rzygnę.

Gdańsk, godzina 8 rano- wszystkie trasy wyjazdowe zatkane. Gdańsk, godzina 14- the same. Gdańsk, godzina 18- nawet nie chcę tego widzieć. Centra handlowe przygotowane jak siatki na atak uchodźców. Taaak, zaczęło się. Konsumpcjonistyczna szara masa ruszyła na podbój sklepów- wszak dotąd wszyscy na golasa biegali, a dzieci bawiły się swoją kupą. Wszak nabyć kolejną kurteczkę o trzy dyszki taniej, to jak na nowo w życiu znaleźć Chrystusa. Naręcza, stosy swetrów, mydełek i klocków, trzykilometrowa kolejka do kasy. Wszystko jest dla ludzi, ale no dżizas! A lepiej nie będzie- w tym roku powitaliśmy w Trójmieście kolejne trzy (albo cztery?) wielkie centra handlowe. Centra rodzinnych spacerów, obiadów i znudzonej gimbazy. Znaleźć kaletnika albo szewca w Trójmieście? Ooo, Pani, szybciej znajdziesz sens życia. Nadszedł czarny piątek, nadeszła czarna era- ciemność przed oczami, ciemność w portfelu, ciemność w mózgach. 

Raduję się niezmiernie, że wciąż udaje mi się trzymać od tego z daleka, choć daleko mi do racjonalistki i minimalistki. Nie rozważam pięć lat kupienia wazonu, jak mi zabije do czegoś serce, to biorę. Nie spaceruję po sklepach dla zabawy i zabicia nudy, sieciówki omijam szerokim łukiem, a w okresie listopad- styczeń to już wybitnie. Paradoksalnie, im mniej łażę po sklepach, tym lepiej wykrystalizował mi się mój własny styl. Nie zbudowały go jednak witryny z zary, lecz w większości muzyka i własna, estetyczna jazda. W 90% moje ubrania pochodzą z secondhandów, nie wstydzę się tego. Poluję na ciuchy rzadko, lecz zależy mi, by były jakieś. By się wyróżnić, by mieć coś extra. Dodatki do domu wybieram tą samą zasadą, choć daleko mi do suchej racjonalistki. I wcale nie chcę mieć mało, ale dużo też nie mam. Nienawidzę złotych środków i tego pieprzenia o rozważnym dokonywaniu zakupów, ale płynącej masy do centrów handlowych nie trawię równie mocno. Chcę, by mój styl był jakiś, choć ciuchy to dla mnie równie drugorzędna sprawa, co rzeźbienie tyłka trzy razy w tygodniu. Biedne dzieciaki, kierowane przez zakupoholiczki i inne dżesiki- musisz mieć to, wyglądać teraz tak. I wszyscy nagle wyglądają tak samo, są tacy sami. Uciekam od tego. 

Blogerski świat czasem aż kipi od konsumpcjonizmu, co mnie przeraża. Wzorcem jest posiadanie- wszak wszystko musi być takie nowe, takie ładne, takie śliczne, takie kupione. Nie da się żyć z samych śmieci, oczywiście, ja też jestem babą, lubię torebki i kubeczki. Sama kupuję jednak nowe rzeczy w sklepach rzadko- wolę zrobić coś własnoręcznie, choćby było brzydsze od tego z witryny. Ratuję śmieci, odkupuję używki. Psa też mam używanego. W Gdańsku giną fajne miejsca, ciucholandy pełne fantastycznych perełek z drugiej ręki nie wytrzymują konkurencji. Ale popyt napędza podaż- sama ich nie utrzymam. Warhol powiedział, że artyści powinni być brzydcy, ale kto powiedział, że źle ubrani. 

Mam portal wnętrzarsko- lifestyle'owy, ale selekcjonuję polecane firmy. Chcę, by były naprawdę ciekawe, godne uwagi. Kupuję nowe, by odmieniać stare. I mam gdzieś, że ktoś mi pisze, że przestawię kanapę i już robię nowy post. Rajcuje mnie to bardziej niż kolejna bezsensowna wycieczka do sklepu. 







Do następnego!

12 komentarze

  1. To cieszę sie,że myślisz podobnie! Mieszkam w mieścince, więc tu raczej nikt aż tak nie szaleje, ale kilkanaście kilometrów dalej jest miasto, nie za duże- a tam masakra. Może w Stanach są mega przeceny, ale tutaj szczerze w to wątpie...Zresztą nawet gdyby były, to i tak wolę zrobić coś sama, kupic półprodukty, coś przerobić...To mnie kręci, a gotowce to już niekoniecznie. Dlatego cieszę się, że w mojej wsi są tylko dwa mini markeciki;-)Można choć spokojnie spożywkę kupić;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem tęsknię za tym rytmem małego miasta- jestem mieszczuchem, ale nienawidzę tych centrów handlowych, tego pędu ludzi do tych sklepów. Niestety, Gdańsk pod tym względem jest beznadziejny- totalnie nie dba o fajne, lokalne biznesy, tylko napędza ten szał sprzedając kolejne ziemie pod kolejne centra handlowe. To strasznie gówniane.

      Usuń
  2. Bardzo mi się podoba Twoje podejście, piszesz fajne wartościowe teksty, nie jakieś głupoty :) Pozdrawiam, Joanna

    OdpowiedzUsuń
  3. Będziesz się śmiała, ale mnie black friday kojarzy się wyłącznie z obniżką cen hostingu. Serio, serio :)
    No, aż tak bardzo z innej planety nie jestem, kojarzę o co chodzi z tymi obniżkami, ale w małym mieście szał mnie omija. Zresztą ceny chińszczyzny są tak skalkulowane, że sklep ma niezły zysk ze sprzedaży z 70% zniżką, a ile frajerzy przepłacają wcześniej i jakie są marże nie mówi się publicznie. Naprawdę szkoda.
    Mnie też irytuje nakręcanie konsumpcji, na parę blogów zajrzałam i wyszłam, bo nie lubię wyliczanek czego się pozbyć i co natychmiast kupić w zamian. Na same słowa "must have" reaguję alergicznie - nikt mi nie będzie mówił co muszę robić a już zwłaszcza co kupować. Zresztą jestem pod tym względem przypadkiem beznadziejnym - tę samą czapkę noszę od -dziestu(!) lat. Serio, zrobiłam ją sobie na drutach w czasach studenckich, a że jest biała, to systematycznie ja piorę. Kiedyś nawet w pralce. Wełna jest tak dobra, że mimo noszenia i kilkudziesięciu (paruset?) prań wygląda równie dobrze jak na początku, jest ciepła, lekka, luźna, nie gniecie włosów ani ich nie elektryzuje. Chcąc "odświeżyć image" kupiłam mnóstwo czapek, żadnej nie nosiłam dłużej niż parę dni. Nawet się nie umywały do staruszki, a niektóre jeszcze przed pierwszym praniem wyglądały jak szmaty - porozciągane i zmechacone. Dopiero niedawno wyleczyłam się ze skrępowania, że cały czas noszę to samo. Po co na siłę wyrzucać coś, co jest dobre?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dobrze, że ten szał Cię omija, w Trójmieście cały weekend wariacki. A to, że sklepy wyciągają stary towar na czas obniżek, obniżają ceny o 20 zł- wiadomka!
      Wiesz, ja to lubię wiedzieć, co tam w trawie piszczy a propos nowości, ale nie mam ciśnienia, że już muszę mieć. Twoja historia z czapką hahah, niezły z Ciebie herbatnik :-D

      Usuń
  4. P.S. Kota też mam z odzysku - była najsmutniejszym kotem w schronisku a teraz - jest pewna siebie, miła i inteligentna.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobrze powiedziane!

    OdpowiedzUsuń
  6. Po galeriach nie łażę, a Bałtycką to już omijam z daleka i wcale mnie nie ciągnie. Jak muszę kupić rzecz konieczną, to przygotowuję się psychicznie. Może to smutne, ale zakupy dla mnie, to udręka. Promocje dla mnie mogą nie istnieć, bo to ściema. Jeśli coś kupuję, to dlatego, że potrzebuję i cena mi odpowiada, a nie ze względu na "zniżkę". Ilość centrów handlowym w Gdańsku przytłacza także i mnie:)Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Bałtyckiej nie byłam już wieki, a teraz będzie jeszcze Forum Radunia przy Głównym- masakra! :-D Lubię robić zakupy tylko online :-)

      Usuń