Wielkie lustro, czyli zuchwalstwo się szerzy.


Oderwijmy się na moment od świątecznego rwetesu, olx czeka! A na nim perły jakieś przebrzydłe wylazły, teraz akurat! Teraz! Kiedy trza na karpia zbierać, na gacie i skarpety, zapasy kukurydzy i majonezu gromadzić, pierniki robić, one teraz są. Lustra, zatrzęsienie ich, olx stał się opasłym gabinetem luster.

Nie posiadałam na kwadracie takowego. Dużego, ogromnego nawet, mojego wzrostu i szerokiego akurat też jak na moją posturę. Najlepiej vintage, osadzonego w drewnie, ale bez barkowych zdobień, co by z patyczkiem do uszu nie spędzać całej wolnej soboty, grzebiąc w tych rokokowych zawijasach. Proste, zwyczajnie, po ludzku zwykłe, ino duże. Duuuuuże! Wzdychałam tak do tych po sześćset i wzwyż, wzdychałam, a wczoraj westchnęłam tak, że aż mi ze stołu sfrunęły wszystkie biedrowe gazetki. Jest, kurka wodna, jest?! Wymiary odpowiednie, okolica malownicza i pobliska, do tego stary wydałby tylko jeden banknot- jedyną stówkę, co, jak na lustro w drewnie, o gabarytach 160/80, jest ceną całkiem znośną. Szkopuł tkwił tylko w tym, że samochód po sufit mamy wypełniony jakimś stafem od starego z pracy, no i zero pomocnika do targania mojego wymarzonego przedmiotu. Jąkałam się więc całe popołudnie, rezerwowałam i podpytywałam, czy małżon nie reflektowałby niewielkiej podróży raptem kilka kilometrów dalej, płatnej sto złotych z naszej strony, ale za to potem żonę jaką widziałby szczęśliwą- no bezcenne przecież. Przerażona i oszołomiona własnym zuchwalstwem, zmusiłam go jeszcze na domiar wszystkiego do godzinnego opróżniania auta, wyjęcia kasy z bankomatu, do jechania w wieczornym korku do Pruszcza, podczas gdy ja swobodnie byczyłam się na kanapie, czekając na moje idealne lustro, na które oczami wyobraźni już patrzyłam jak ludożerca na misjonarza. Jak tracić kasę przed świętami, to do zera, z fantazją, a co! I tak leżałam pogrążona w słodkim lenistwie i promieniejąca blaskiem, gdy nagle na małżonka spadł niespodziewany mrok- lustro nie weszło do auta. Skończył się piątkowy wieczór tak, że drogę dziesięciu kilometrów małżonek pokonywał w czterdzieści minut, z lustrem wystającym z otwartego bagażnika (przywiązanym doń jutowym sznurkiem) i z pikającym świdrująco guzikiem, wściekle alarmującym o niedomkniętej klapie. 

Słodyczy moja, małżu ulubiony, dziękuję! Jest idealne <3 







Do następnego!

CONVERSATION

12 komentarze:

Instagram