Nie katować się, nie dręczyć.


Zapomniałam, jaki mam rozmiar głównego zdjęcia w poście, czyli urlop był za długi- o, i to właśnie powinien być tytuł tego wpisu. Nowy rok, nowa ja, chciałoby się powiedzieć, ale ja jestem ta sama- nienawidzę siłowni, kocham dobrze zjeść, rozwalić trochę kasy na niepotrzebne gadżety, spędzić trzy godziny w szmateksie i kupić żółte dzwony z frotte. Za niski wzrost w stosunku do wagi, twarz jak budyń o smaku zbyt bujnej wyobraźni. I nawet pierwszy stycznia nie zmienił mnie, bo gdyby mnie nagle odmienił, no to przecież nie byłabym już ja, nie?

Nie robię noworocznych postanowień, bo jeszcze nic w życiu nie udało mi się postanowić co roku tego samego dnia. Pierwszy stycznia jest jak przymus dobrej zabawy w Sylwestra, jak personal trainer na siłowni- stoi nad Tobą to widmo wzięcia się w garść, ruszenia zmurszałego dupska, zrobienia proteinowego koktajlu albo chociaż przeczytania z jednej książki o rozwoju osobistym. Budzisz się z bólem głowy i nagle pragniesz odmienić siebie, swoje życie, lodówkę nawet umyć. Podnieść w górę pośladki, by zachwycić cały instagram, calusieńki. Multisporty idą w ruch, ścierki, mopy i ewiedencje działalności gospodarczych. Pierwszy tydzień stycznia jest jak naturalny dopalacz, jak zimowa kraina szczęśliwości, jak wakacje na San Escobar. I wyprzedaże roczników do tego. A potem emocje opadają wraz z pośladkami- noł łej & faken szyt, to jednak nadal jesteśmy my. 

Gdybym nie wierzyła w żadne postanowienia, nie wierzyłabym też, że ludzie potrafią się zmienić. Bo potrafią, ale robią to rzadko i nie tak drastycznie. Zmienią kilka nawyków, ale to też jest dłuższy proces. Za to od stycznia tak strasznie chcemy być kimś innym- o innym wyglądzie i innym życiu. Pierwsze zapisane postanowienie brzmi jak widok oddalonej o dwieście kilometrów od Mrągowa Ikei- mgliście bardzo. Wierzę trochę w tą mglistą magię postanowień, bo Ci, którzy nie wierzą w magię, nigdy jej nie doświadczą. Ale ja swoje postanowienia chciałabym przekłuwać w konkrety- małe, realne i z dedlajnem na następny tydzień, miesiąc. Nie katować się i nie dręczyć czymś, czego moja psycha i ciało nienawidzi. "I got big fat ass', jak śpiewa Nicki Minaj, i niech tak zostanie. Zaakceptować własną osobowość, mieć prawo do własnych ułomności i dobrze korzystać z tych lepszych zasobów. Jak coś jest okej, to nie zmieniać siłowo. Być własną wersją siebie. Nie że zrobię coś dużego w tym roku, tylko postawię mały krok w tym miesiącu. I dlatego właśnie, drugiego stycznia 2017 roku zainwestowałam w NOTES. 

Notes, to brzmi dumnie. Nie chcę za bardzo kłapać, co ja tam nie będę wyczyniać w tym roku, kokietować, że takie rzeczy się szykują, że wszyscy skiśniecie, ale nie powiem jeszcze jakie. Będę sobie skrobać i chować. Dla siebie. Każda czysta kartka w moim notesie jest jak noworoczny fresh start, ale pamiętam, że skoro nienawidzę stadnych spotkań towarzyskich, to sobie nie wpiszę nagle: 'więcej bywać'. Za to robić maskę raz w tygodniu i kończyć pisać teksty o siedemnastej jak najbardziej, radę dam. Małe kroczki, których suma daje dopiero jeden duży, milowy krok. Zamiast wielkich postanowień, małe, niebrutalne podsumowania. Bądźcie dla siebie dobrzy, bądźcie wyrozumiali. Witam w 2017, cieszę się, że spędzimy go razem.










Do następnego!

CONVERSATION

10 komentarze:

  1. cudowna Frida <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam dwa kalendarze - i działam z nimi :)
    Ps ja też chcę takie pianki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tajgerze są ;-)
      Ja bez kalendarza żyć nie potrafię :-)

      Usuń
  3. A ja kalendarza nie mam i pewnie mieć nie będę, choć nie mówię, że nigdy to nie nastapi;)Super ujęcia;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łoooo kobieto, jak Ty żyjesz?? :-D
      Bardzo dziękuję :-)

      Usuń
  4. Masz gadane, świetnie się czyta. Ja od tygodnia nie mam pomysłu na post. Foto piękne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ależ Ty fantastycznie piszesz o:O

    OdpowiedzUsuń

Instagram