Bułki, maki, warzywniaki, czyli dlaczego tak bardzo nam się nie chce.


I pomyśleć, że moja osiedlowa kwiaciarnia mogłaby tak wyglądać. Albo piekarnia. Taki warzywniak na przykład: apetycznie poukładane papryki, banany w postarzanych koszach. Ale właściwie po co, u licha, miałaby tak wyglądać. Chcesz, Pani, sałatę, masz sałatę, czy potrzebne są Ci do tego industrialne skrzynki? Czy do kupienia chleba niezbędne są modne szyldy, a do walentynkowej wiązanki francuskie wiaderka? Ano są, przynajmniej dla mnie.

Trójmiasto. Miasto, wydawałoby się, światłe, nowoczesne, płynące z prądem niedalekiej Skandynawii, sąsiadujących Niemiec. Nieee, skąd. Światłość tu tylko od latarni bije. Ulicznej w dodatku. Tu jest rzeczywistość płyty pilśniowej i pani walącej tipsem w kasę. W dodatku naburmuszonej, żem w ogóle przylazła, jej ciszę porannej kawy zakłóciła. Jeszcze się o razowca na zakwasie pytam. Haha, dobre sobie, oliwski to jest, owszem. Wczorajszy. Tuż obok kasy tablica z ogłoszeniami dla hydraulików, nad witryną powiewa naderwana plandeka. Wychodzę i jeść mi się śniadania odechciewa, ale po drodze mam jeszcze kwiaciarnię i warzywniak. Jaskry, astry, anemony- tylko na pintereście. Ileks? Eukaliptus? Piwonie może? Pani patrzy na mnie, jakbym miała maskę Voldemorta na twarzy. 'RÓŻE SĄ'- odpowiada mi 'uprzejmie'. W warzywniaku, jak zawsze, tylko ogórki, pomidory i kiszone. Przed warzywniakiem kilka starych, zgniłych skrzynek plus gratis właściciel na pecie. Wracam więc do domu i zamiast zjeść apetyczne śniadanie w towarzystwie pachnących, świeżych kwiatów, siadam do laptopa, żeby jeszcze na ciepłym wkurwie spisać to, czego tak strasznie u nas nie cierpię: że tak bardzo nikomu się nie chce. 

Jesteśmy społeczeństwem pogrążonym w sieci, podróżującym. Widzimy, jak to wygląda w Amsterdamie, Los Angeles, w Sztokholmie. Że wizualna oprawa lokalnych biznesów ma KOLOSALNE znaczenie. Widząc takie urocze kwiaciarnie mam ochotę zostawić tam całą wypłatę. Czuję świeży bochen pod nosem, widzę wiele rodzajów pieczywa- wezmę dziesięć i nawet zamrożę. Ładny, estetyczny, prosty wystrój, który skusi mnie nawet do kupna znienawidzonych mandarynek. To są naprawdę niskobudżetowe rozwiązania, ale głównie oparte na wkładzie pracy. Że komuś się chciało ładnie to poukładać, że komuś się chciało odmalować wejście. Że się oferuje jakiś wybór, że się stara, że się orientuje w trendach i modach. Nie musisz być, polski prywaciarzu, pasjonatem młyna albo hodowli sałat, nie musisz być, jak to Ci się pewnie wydaje, milionerem i hazardzistą. Wystarczy, że jeśli chcesz dobrze zarobić, to się choć trochę postarasz i przestaniesz ludziom wciskać podły, najgorszy kit.

I nie jestem zawiedziona tylko swoim, młodym osiedlem, nieco poza Gdańskiem, bo to trwa. Trwa już wiele lat, nic się nie zmienia, poza tym, że jeden lokal pada po drugim. Pojechałam raz, latem, o szóstej rano do hurtowni kwiatów. Było tego dużo i fajne, owszem, ale nikt z właścicieli nie był tym specjalnie zainteresowany. Sto razy pytam w dziesięciu kwiaciarniach o jakąś roślinę, to choćbym skisła, nawet nie zamówią jednej, especially for me, choć wcale nie byłam klientem awanturującym się. W Trójmieście praktycznie nie uświadczysz (poza drobnymi wyjątkami oczywiście, bez generalizowania) miejsc takich, jak Ministerstwo Dobrego Mydła czy Kwiaty&Miut, gdzie biorę wszystko oczami. Tak jest ładnie, tak się im chciało, tak się starają. I zarabiają, nawet, gdy wokół mnóstwo chińszczyzny. Wiedzą, co ma być, co nie, co jest świeże, jak to przechowywać. W moim mieście świeża jest hybryda u Pani z piekarni. 

Piękne witryny, świeżość i jakość, zadbany lokal- niby nic, ale jednak nie do przeskoczenia. A przecież to jest, kurde, Wasza kasa. Czy to kwestia wieku właściciela? Nie sądzę, są i osoby w moim wieku kompletnie niezorientowane w sprzedaży i marketingu, choć dumnie zwą siebie 'właścicielami'. Może jest to kwestia tej naszej zrzędliwej praktyczności i funkcjonalności- po co właściwie przekładać owoce do estetycznych koszyków, zostawmy je w kartonie i tak zaraz zejdą. Byle jak, byle zbić kasiorkę, w końcu ludzie i tak muszą kupić warzywa i pieczywo. Wieczorem widzę tego grubasa z petem w zębach jak zbiera utarg, popijając piweczko. A potem wszystkich tak bardzo boli, że nikt nie wspiera lokalnych przedsiębiorców, tylko ludzie pędzą do chińskich galerii handlowych. Niestety, ale dopóki nasi lokalni 'biznesmeni' będą mieć tak bardzo wywalone, również będę pędzić. I to z uśmiechem na ustach.






źródło zdjęć: TUTAJ.

Do następnego :-)

15 komentarzy:

  1. Ciekawy temat poruszyłaś. O ileż przyjemniej kupowałoby się w takich stylowych sklepikach. Nastawienie do klienta "kupuj co jest, albo idź w cholerę"- znam to. Na szczęście są wyjątki, raz lekarstwo do chaty mi przywieźli:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, dobrze to ujęłaś: bierz, co jest, ciesz się z tego, co jest, jak nie to wypad. Mój mąż pracuje w branży handlowej i na co dzień spotyka się z takimi typami, jest tego naprawdę mnóstwo, aż żal słuchać czasem, że w dzisiejszych czasach wciąż w Polsce jest tak słabe nastawienie na klienta i na jakość.

      Usuń
  2. Świetnie napisane

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z Tobą w 100%. Ludziom się teraz nic nie chce, budzą się zmęczeni...Pracę traktują jako zło konieczne, mają większość rzeczy w tyłku...Na szczęście nie wszyscy. Bo i są pozytywnie zakręceni. W Gdańsku wylądowałam pierwszy raz w ubiegłe wakacje i miasto bardzo mi się podobało, ale knajpy...Te w których byliśmy to jakaś porażka. Jak był jakiś klimat, to obsługa poniżej krytyki. Teraz wiem, że jak się wybiorę w tamte rejony, to będę je omijać szerokim łukiem;(Za to w Jastrzębiej Górze knajpa przy samej Promenadzie (akurat na złość zapomniałam teraz nazwy) to nie dość, że kopalnia staroci i cudowności, jedzenie przepyszne, obsługa super i gdyby mi ktoś powiedział, że jedziemy tylko na obiad, to ja już teraz wsiadam w auto i pędzę ponad 300 kilosów;-)Albo w Poznaniu mieliśmy ukochaną knajpkę Lawendę... Szarlotka i sernik pieczone przez jakąś babcię (niebo w gębie to mało powiedziane), klimat, w tle słychać stare winyle...Gdy przestaliśmy tam mieszkać wybraliśmy się na rocznicę po chyba 3 latach nieobecności. Jechaliśmy ponad 100 km tylko po to, żeby tam być choć przez chwilę...I co? Podsuwają nam jakieś punkty do zbierania, aplikacje na tel. zdrapki. Jedzenie to jakaś porażka, sporo zmienili w wystroju...Pytamy się co się tu stało? "Właściciel się zmienił, knajpa była mało opłacalna, nie to co teraz". Prawie się z moim mężem poryczeliśmy...Serio, nie ściemniam. No i już do lawendy nigdy nie poszliśmy. Cholernie to przykre, ale to chyba znak naszych czasów. Albo ja z mężem (rocznik 86) jesteśmy wycięci z innego świata czy jak?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, ja rocznik '85 i mam podobnie. Knajpy w Gdańsku są naprawdę średnie, w wielu jeszcze do niedawna pozwalali palić peta nad moim talerzem (dramat). W Gdyni chyba jest lepiej, choć za dużo po knajpach nie chodzę szczerze mówiąc- zraziłam się po tym, jak za każdym razem mówiąc, że np. chcę pizzę bez sera, kelnerka patrzy się na mnie jak na dekla. ALE JAK TO?? :-D Porażka :-)

      Usuń
  4. oj Kochana... wszystko swieta prawda, ja mieszkam od 15 lat w malym miescie niedaleko Kolonii i tu, u nas jest mnostwo malych sklepikow i innych cudakow- urzadzonych raczej w stylu miasta (czyli deczko rustykalnym) - bo tu mur pruski i plytki lupkowe na scianach domow kroluja, ale i nowoczesnosc dobrze sie wpasowala...piekne dekoracje- wiekszosc dekoracji witryn w zaleznosci od pory roku, czy okazji robia profesjonalisci- jezdza swoimi autkami po dach wypchanymi gadzetami, co wazne jest tez czysciutko i naprawde ok. 8:00 kazdy biega z miotla przed sklepem...WIDAC, ZE TYM LUDZIOM SIE CHCE I ZE KLIENT JUZ OD CHODNIKA JEST TRAKTOWANY JAK KTOS WYJATKOWY! mozna???? Mozna :O) Pozdrawiam Cie :O) Ania z Burscheidu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weź nie dobijaj.... Byłam u naszych zachodnich sąsiadów przez około 1,5 miesiąca i nawet nie ma co porównywać, jak tylko przekroczyłam granicę od razu poczułam, że jestem znów u nas. U nas Klient jest jak zło konieczne, a właściciel jak wielki pan, który tylko narzeka, jak mu jest źle. Niby tak niewiele nas dzieli, a jakby całe lata świetlne. Pozdrawiam, dzięki, że wpadłaś :-)

      Usuń
    2. Kochana, ja wpadam nieustannie- jestes moja najukochansza Bloggerka!!!! uwielbiam Twoj styl pisania i mega dystans do swiata i dowcip i powiem Ci jeszcze , ze Wasze M- jest bardzo (jak dla mnie ) HOLENDERSKIE- BARWNE I CUDOWNE♥

      Usuń
    3. ...a i jeszcze np. w moim rodzinnym Poznaniu przy glownych ulicach lumpeksy i parabanki- nie mam nic przeciwko takiej dzialalnosci (zwlaszcza lumpy kocham bardzo), ale glowne ulice jak np. Swiety Marcin widze wlasnie dla galerii sztuki, cukierni, kawiarni i fajnych malych sklepikow- nie dla badziewia, nie i koniec!!!

      Usuń
    4. Ale mi miło <3 Bardzo bardzo dziękuję!
      Parabanki i banki bardzo psują widok, zawsze mnie zastanawia, kto wpuszcza taki rodzaj działalności np. na Stare Miasto (jak w przypadku Gdańska)- ani to wygląda, ani pasuje. Podoba mi się taka opcja jak mówisz, jak jest np. w Anglii- mnóstwo uroczych sklepików, usług różnego rodzaju, kawiarni. Miasta odeszły od ulic i poszły w stronę galerii handlowych, a szkoda! Takie właśnie fajne, lokalne usługi mogłyby je znów ożywić. pozdrawiam :-)

      Usuń
  5. Poczucie humoru i trafne spostrzeżenia tu znalazłam. Wydaje mi się, że te warzywniaki i budki z różnymi produktami to prowadzą osoby, u których poczucie estetyki jest nic nie znaczącym luksusem przeznaczonym tylko dla damulek :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :-) O taaak! Damulka przyszła po jarmuż, phi! Bierz pomidora i nie wydziwiaj!

      Usuń
  6. Wow! Masz rację. Ja też zostawiałabym całą wypłatę w takich sklepach. Ze dwa lata temu w Madrycie, codziennie chodziłam do sklepu z pierdołkami by nasycić oko. Tak pięknie były wystawione, świece, kuchenne przybory czy kosze. Marzę by sama mieć taki sklep, ale to chyba jeszcze poczeka :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie by nie pojechać w Europie to jest jak niebo a ziemia. Skoro każdy kupuje oczami, to czemu u nas tak bardzo się to olewa? Nie chcą tej naszej kasy czy jak? Też bardzo chciałam mieć sklepik, ale zupełnie sobie nie wyobrażam, że miałabym mieć w nim syf, bajzel albo pustki. pozdrowienia :-*

      Usuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com