Autorka czarnych scenariuszy.


Posłanka złych wiadomości, kapłanka diabła. Najczęściej zamiast seksu uprawia hardkorowe czarnowidztwo. Pisarka myślowych zdań o najgorszej treści, zwykle w ciągu dnia uparcie flirtująca z katastrofą. Siejąca panikę, podsycająca zamęt, autorka wybujałych horror stories i wizualizacji z kosą w roli głównej. Oto ja, oto moje prawdziwe oblicze. Pozytywne myślenie? Bulszit. Wierzę w nie, dopóki nic mi się nie dzieje.

Za to kiedy się dzieje, nie jestem dla siebie dobra. Przechodzę przez wszystkie etapy nierównowagi emocjonalnej- od balangi po rozstrój żołądka. Jak za dotknięciem apokaliptycznej, czarnej różdżki, odzywają się we mnie najgorsze z najgorszych- moje czarne myśli napływają do mnie niczym dym voldemorta. Nie widzę żadnego światła w tunelu, zasnę już tylko po tabletce gwałtu. Stresuję się do granic absurdu, telepię się, płaczę, znowu telepię, a na końcu jeszcze się wydzieram. I potem znowu płaczę. Żal mam do losu i całego świata, nienawidzę sąsiadów, parzę hektolitry melisy. Dla mnie szklanka nie jest w połowie pusta, ona JEST PUSTA. Robię dobrą minę do złej gry, a w środku myślę o najgorszym- widzę siebie nad trumnami i w szpitalach, pogrążoną w depresji po stracie. Dopóki wszystko jest git, to wydaje mi się, że nawet jestem pozytywna, kurczę, dobrze mi wtedy idzie, potrafię nawet innym powiedzieć dobre słowo i dodać otuchy. Uczę się, jak skutecznie odganiać te myśli, co są jak natrętne, żarłoczne muchy, zdaje się jednak do dupy mi idzie- wystarczy jakaś rodzinna katastrofa i koniec, czarna woda zalewa mi oczy, a resztki myślącego mózgu spowija siwy dym. 'Wszystko będzie dobrze'- blah, blah, blah, pierdolenie. Czara goryczy została przelana, lawina nieszczęść spływa akurat na mnie. A jak już jest po wszystkim, mięśnie bolą mnie jak po cross-ficie, wyglądam co najmniej jak po inwentaryzacji. Jestem spłukaną dętką i pozostają mi już tylko czarne okulary. I litr wódki.

Tak w skrócie wyglądały moje ostatnie trzy dni. Frania i jej natychmiastowa, ratująca życie operacja wybiły mnie z jakichkolwiek pozytywnych torów, a rachunek za to wszystko już tylko dobił jak Jezusa do krzyża. Najważniejsze, że jest cała i zdrowa, przed nami weekend, który nie wiem komu z nas jest bardziej potrzebny- jej na nabranie sił, czy też mi, na sprzedanie nerki. Rozważam jeszcze ustanie przy drodze krajowej nr 7. 

A tak w ogóle to chciałam Wam życzyć dobrego piątku, dziękujemy z Franią za dobre słowa na instagramie- chciałabym powiedzieć, że mam nadzieję, że wszystko już będzie dobrze, ale wiecie, jak to u mnie jest z tą nadzieją. Wolę widzieć efekty i dopiero pałać radością. 



Do następnego :-)
(oby już w lepszym nastroju!).

6 komentarze

  1. Dobrze napisane, mam tak samo :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedna Frania...Wszystkiego dobrego dla Was i dla niej, niech szybko odzyska siły...Kurcze, przyznam się bez bicia, że też jestem optymistką jak jest dobrze;)Choć nie wiem...mam tez coś takiego w sobie, że jak jest masakrycznie źle i wpadam ja lub ktoś, kto jest bliski memu sercu w tarapaty, to jak już gorzej być nie może myślę sobie: Nigdy w życiu się nie poddam, póki jeszcze dycham;)Jeszcze raz wszystkiego dobrego dla Was!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy bardzo :-*
      Też mam generalnie siłę do walki, ale tak naprawdę na krótko i zaraz mam ochotę się poddać :-/ pozdrowienia, dziękujemy za dobre słowo :-)

      Usuń
  3. O kochana! Moja wyobraźnia w tej materii nie ma granic. W wymyślaniu tragicznych, przyszłych wydarzeń jestem mistrzem. Szkoda , że nie da się na tym jakoś zarobić. Małżonek na szczęście już nie reaguje. Dobrze to sobie wymyśliłaś, masz bloga i odciągacz myśli! 🙂 Pozdrawiam z łóżka i mam nadzieję, że psina już zdrowa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, już lepiej z Franciutą, ale co nam stracha napędziła to nasze :-/ Dzięki i pozdrawiam również :-*

      Usuń