Zielony Rynek, czyli punkt obowiązkowy.


Gdybym miała polecić jakieś miejsce na mapie Trójmiasta, które byłoby idealne dla wszelkiej maści poławiaczy, z pewnością poleciłabym Wam to. Ale byłoby to polecenie okraszone wieloma 'ale', polecenie z gatunku tych z uśmieszkiem. Bo gdański Zielony Rynek to stylistyczna biegunka i estetyczny gulasz w jednym, a wisienką na tym wątpliwej słodyczy torcie jest jeszcze procentowy swądek, który towarzyszy Ci od samej bramy, niczym na popijawie w Cancun.

Sprawność w sudoku nie kwalifikuje do ogarnięcia tematu tutejszych cen, przez osmozę przyswoisz panujące tu zasady kupna/sprzedaży. Zielony Rynek to esencja Trójmiasta- jest i Calvin Klein, i bursztyn, i stare klapki, i złote kolczyki, i dywany z wełny. Jest jak kiosk w powiększonej wersji, jak konfrontacja Paryża z Irkuckiem. Po prostu jest tu wszystko. WSZYSTKO. Sprzedawca, którego jedynie monochromatyczny stój trzyma w pionie, a także obwieszone metkami panie, które po towar jeżdżą do Berlina. Wprawdzie na tym uroczym pobojowisku kiczu, tandety i podróbek coraz mniej jest antyków i staroci, ale wciąż jednak można coś godnego upolować.

Zielony Rynek na pierwszy rzut oka odstrasza, trzeba się z nim dobrze zapoznać, wypić karniaka i grzebać. Dużo grzebać. Wśród starych urządzeń rtv, które po podłączeniu do komputera zaktualizują Ci Windowsa, naprawdę można znaleźć rzeczy wartościowe, ciekawe, cudaczne i oryginalne. Bo Zielony Rynek to jest głównie zwyczajny rynek- z pelargoniami, jabłkami, mięsem i nabiałem, ale jest też ogromna targowa hala (teraz jeszcze powiększona i zadaszona, z dużym parkingiem), na której nie tylko możesz coś kupić, ale i sprzedać. Taaa, niegdyś sama tu stałam ze swoimi rzeczami, nawet co drugi weekend, kiedy możliwe były jednorazowe 'wejścia' i można było opróżnić całą swoją szafę w trzy godziny, spokojnie zarabiając przy tym ze trzy stówki (obecnie żeby móc sprzedawać, trzeba bodajże wykupić miesięczny abonament). Teraz pojawiam się tam dość sporadycznie, głównie po próbki perfum i ciuchy. Bo to jest ciuchowy RAJ dla wszystkich fanów secondhandów.

Kiedyś zwykłam wychodzić stamtąd z całą siatą, teraz staram się ograniczać i polować na rzeczy bardziej oryginalne- lekko nie jest, tym bardziej, kiedy leży przed tobą fura skórzanych torebek po dwa złote sztuka:-). Rozczulające babuszki z pęczkiem koperku z własnego ogródka, niegroźne żulki z galerią domowych pilotów, eleganckie damy z pobliskiego falowca, głodne metek nastolatki- chcesz poczuć to miasto, wpadnij na Zielony, czynne od poniedziałku do niedzieli. 

Moje świeże, rynkowe łupy- spódnica vintage z rozprutych jeansów i kolczyki, z których zrobiłam sobie nową wersję, z pomponami. Ale wrócę tam, wrócę po więcej, niech no tylko mocniej zagrzeje słońce. 

Zielony Rynek to weekendowy punkt obowiązkowy, gdzie twardo negocjować należy, a być może znajdziesz tu coś, czego świat jeszcze nie widział. Jak dać tu sobie radę? Zjedz dużo błonnika, trzymaj portfel w staniku. I przygotuj się na wszystko :-) 








Do następnego :-)

CONVERSATION

12 komentarze:

  1. Ale fajny post, ryneczek ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, kwintesencja Trójmiasta, też zdarzyło mi się tam "wystawiać" :) było jeszcze Sopotello, ale tam organizatorzy troszeczkę chyba przekombinowali i pomysł upadł, a szkoda bo był dobry.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, miało być swojskie Portobello :-D

      Usuń
  3. Uśmiałam się :D A dywany też takie tanie jak torebki? < pyta z nadzieją w głosie >

    OdpowiedzUsuń
  4. Całe życie mieszkam w Gdańsku, a na tym targu byłam może kilka razy. Ryneczek z warzywami miałam bliżej, bo mieszkałam w Starej Oliwie. Bo ja chciałabym oczywiście złowić jakieś unikatowe skarby, ale nie umiem się w takich miejscach odnaleźć. Nie umiem się też targować, ale kusisz kobieto, zwłaszcza tym gdyńskim adresem:)

    OdpowiedzUsuń

Instagram