Nie baw się jedzeniem.


Pomówmy o jedzeniu. To znaczy Wy mówcie, czy lubicie jeść, jak gotować, co pożerać, ja to zamknę się w jednym zdaniu: lepiej mnie ubierać, niż karmić. Znajdę sukienkę za pięć złotych, ochoczo wezmę mebel ze śmietnika, mogę chodzić nieumalowana i myć włosy raz na tydzień, ale sardynki wybiorę te za czterdzieści złotych za kilogram. 

Moją rewolucję żywieniową spowodowały rozliczne pokarmowe alergie (głównie na laktozę) oraz me wybredne gusta. Nie zjem czegoś, co źle pachnie, źle wygląda i nie jest bio-eko-zagrodowo-świeże. Kocham żarcie, jednocześnie nienawidząc gotować (to jak z nieopisanym uczuciem byciem gładkim, przy całej nienawiści do mozolnego procesu golenia). Najczęściej wymawianym zdaniem w naszym domu jest: 'co na obiad?'. Bo my tego nie wiemy NIGDY. Ze względu na chęć ograniczenia marnowania żywności, zakupy robimy codziennie lub co drugi dzień, za to mniejsze i bierzemy tylko to, na co akurat mamy chęć i co jest świeże. Ten system sprawdza się u nas bardzo dobrze, choć niektórych może dziwić nasza wciąż pusta lodówka- po prostu wszystko wcinamy na bieżąco i nic nie dogorywa na domowych półkach. Ograniczamy spożywanie drobiowego mięsa do minimum ze względu na nie najlepszy chów klatkowy, ale jak się trafi takie ekologiczne, to bardzo chętnie. Niestety, ale nie dajemy rady być wegetarianami. 

Jako nosicielka grupy krwi A należę do osób, którym warzywa, owoce i ziarna są niemal pisane, by cieszyć się zdrowiem i dobrym samopoczuciem, kupuję ich więc mnóstwo. Wiosna i lato to ten czas, kiedy wreszcie wszystko jest w sklepach i można dać wegetariańskiego czadu (z małymi przerwami na burgera). Wiosna i lato to także czas, kiedy wiele może wylądować nie tylko na talerzu, ale i w domowym wazonie- wszak jeść i mieszkać należy z fantazją.

'Nie baw się jedzeniem'- słyszeliśmy od naszych matek za młodu. No to ja dziś się jedzeniem pobawię, bo nie lubię niczego marnować. Botwina, rzepa, rabarbar, rzodkiewka- to warzywa, których liści osobiście nie używam, ale czemuż nie miałyby wylądować w formie wiosennego bukietu. Wielki szklany słój przy łóżku, a w nim amarantowe łodygi botwiny i sztywne liście rzodkiewki, urozmaicone świeżą miętą i jednym goździkiem (pasowałby tu jeszcze rabarbar, ale nie było). Z kolei na stole kawowym, w moich wazonikach z żarówek, te same liście, tylko w mniejszej ilości. Wszyscy zachwycamy się bujnym kwieciem, a jadalne bukiety prezentują się myślę równie zacnie. 









Dobrego wiosennego poniedziałku Wam życzę i do następnego :-)

10 komentarzy:

  1. Fajny pomysł :) chociaż dla mnie liście botwiny najlepiej wyglądają na talerzu, cały maj gotuję z nich litry zupy, piekę tarty,a mój chłop robi z nimi najlepsze ravioli <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mmmmmm, ravioli- to brzmi dobrze!
      pozdrowienia :-)

      Usuń
  2. Chłodnik z botwinki robię, ale nie za często, bo ciężko mnie od gara oderwać. Z zieleniny, to szczawiu nie lubię i zupy szczawiowej, choć nie jest to jakiś wstręt, tylko zwykła niechęć. Ciekawostką jest fakt, że mój jamnik Fado lubi brokuły, surową marchew, kalarepę i rzodkiewki i muszę się z włochatym dzielić:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fado i Frania muszą iść chyba razem na randkę, bo moja to też taki warzywny głodomór :-D

      Usuń
  3. Bardzo fajny pomysl!

    OdpowiedzUsuń
  4. ja tam takie bukiety to ustawiam w kuchni, na chwilę, bo potem zeżrę :D (też jestem grupy krwi A i do tego -) do pokoju to one nie dotrą, bo nie zdążą :D

    OdpowiedzUsuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com