Siedem lat na gdańskim blokowisku, czyli podróż lekko sentymentalna.


Lubię wracać tam, gdzie byłam, parafrazując tekst Zbyszka Wodeckiego. Naturę mam bowiem mocno słowiańską, sentymentalną, jak się upiję, to płaczę i wspominam mojego zajebistego wytatuowanego dziadka. W związku z tym nie lubię zdjęć i nie trzymam ich na widoku, żeby się nie dołować czy nadto wzruszać. Wczoraj jednak naszła mnie taka chwila- kiedy nowy właściciel przyjechał po fioletową kanapę, stwierdziliśmy zadumani, że w czerwcu mija dokładnie siedem lat odkąd mieszkamy w tym mieszkaniu. 

Mieszkaniu własnym, pierwszym, zakupionym w 2010 roku. Dokładnie w czerwcu stawialiśmy w nim pierwsze kroki, remont trwał trzy tygodnie (hah, bo bez pinteresta). Wtedy wcale mieszkania kupować nie pragnęłam, ale stary się zaparł i dziś jestem mu niesamowicie za to wdzięczna. Wtedy kredyty hipoteczne były bowiem udzielane zdecydowanie łatwiej, nie potrzebny był wkład własny (możliwy, acz nieobowiązkowy), nie było tak wymagających procedur. Przez ten czas mężowski zmieniał pracę jakieś szesnaście razy, do tego moje nieregularne dochody, no i dziś, ze sporym wymaganym wkładem własnym, mogłoby się nie udać. A tak mamy je i jestem z tego cholernie dumna. 

Nie jest to mieszkanie po babciach, nie mam bogatych rodziców, którzy wyposażyli mnie po uszy. Na wszystko zapracowaliśmy sami i jestem wdzięczna, że wtedy nam się z tym kredytem udało (i że nie ulegliśmy modzie przewalutowań na franki, kierując się złotą zasadą: 'płać w tym, w czym zarabiasz'). Nie zawsze z tym kredytem mieliśmy lekko, były nawet sytuacje mocno stresujące, ale udało nam się je utrzymać w naszych rękach i zrobimy wszystko, by tak zostało. 

PRZEPROWADZKI RAZY STO

No, było tego. Jestem z Mazur, dorastałam i w blokach, i w kamienicach, lata spędzałam na wsiach i w miastach, wychowywałam się w domach i w kawalerkach. Te wszystkie nieruchomościowe doświadczenia dały mi mega wiele, bo wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Z rodzicami (jestem jedynaczką) zawsze mieliśmy własne mieszkania, więc będąc już w Gdańsku, z moim przyszłym mężowskim, przez kilka lat wynajmowaliśmy je w różnych częściach miasta, by poznać jego możliwości. Kiedy w końcu zadecydowaliśmy o kupnie, dokładnie wiedziałam, co odrzucę i dlaczego. 


TEGO NA PEWNO NIE! 

1. Od razu odrzuciłam wszelkie stare kamienice, choć dziś są tak modne. Okej, jest chłodek, jest wysoki sufit, są też architektoniczne smaczki. Ale minusów było dla mnie zbyt wiele, począwszy od remontu wartego więcej niż samo mieszkanie, przez różnych sąsiadów, brak balkonu, aż po piecyki gazowe. Tak, piecyk, moja trauma z dzieciństwa. Zażywając kąpieli, zawsze się w niego wpatrywałam i wyobrażałam sobie, jak wylatujemy w powietrze. Przeżyłam zatrucie czadem oraz kilkukrotne zalanie mieszkania przez pijaczyny, jakie mieszkały nad nami. Wspólny ogródek jest fajny, dopóki nie chcesz się opalać w momencie urządzania akurat czyjejś komunii. Jest też dla mnie coś innego, równie ważnego: energia. Nasza kamienica była z lat trzydziestych, w czasie wojny mieścił się w niej tymczasowy areszt (jeszcze sami piłowaliśmy kraty, nigdy nie zapomnę zapachu tego rozgrzanego żeliwa). Możecie mi wierzyć lub nie, ale czułam tą złą energię bardzo wyraźnie. W ciągu dwunastu lat mieszkania zmarli w niej moi dziadkowie, zdechł mój pies i rozwiedli się moi rodzice. Naprawdę współczuję tym ludziom, którzy zdecydowali się ją od nas odkupić. Decydując się na kupno tak starego mieszkania, naprawdę warto sprawdzić, co tam się kiedyś działo. 

2. Tym samym naturalnie przeszłam do budownictwa nowego. Wiążąc się kredytem na wiele lat, od razu postanowiłam na osiedle nowe. Nie chciałam bawić się w remonty, chciałam mieszkanie nowe i świeże, które będę mogła wypełnić energią własną. Przez długi czas byłam bardzo napalona na ogródek, na szczęście wynajmowaliśmy mieszkanie na parterze, z ogromnym tarasem. Dzięki temu doświadczeniu wiedziałam, jak to jest mieć kilkanaście balkonów nad głową, a także: pety na posadzce, butelki po imprezce, kapiącą wodę z kwiatów wyżej, trawę spod kosiarki, mrówki i leżakujące koty. Ogródek w bloku to nie czarny mit, to czysta prawda. Do tego sto par radosnych oczu, kiedy postanawiasz się poopalać. Skończyło się więc na tym, że nie korzystaliśmy z tarasu wcale, choć na korzystanie z niego i tak masz tylko cztery miesiące w roku. Odpadał więc i parter, i ogródek. Nie chciałam też osiedla zbyt nowoczesnego, takiego zamkniętego, o snobistycznym rysie. W końcu wybraliśmy mieszkanie, reszta poszła zaskakująco gładko. 


Nasze mieszkanie ma niecałe 50 m2, znajduje się na samej górze, w budynku z windą, na trzecim piętrze, nie mamy nikogo nad sobą, co jest iście wspaniałe. Jest siedmiometrowy, do połowy zadaszony balkon, jest małe patio dla mieszkańców. Słońce mam od rana do godziny 15, co jest zbawienne latem, którego nie lubię. Mam własne miejsce parkingowe, piwnicę. Osiedle w większości zamieszkują ludzie młodzi, nie kręci się żulernia, nie ma studenckich imprez, bo jest sporo małych dzieci. Mieszkam trochę za miastem, dzięki czemu mamy ciszę, więcej zieleni i terenów do spacerów z psem, niskie opłaty i naprawdę spoko czynsz, za to bliskość dwóch obwodnic sprawia, że szybko się stąd wyjeżdża. Do tego zawsze chciałam mieszkać na morzem. I mieszkam! Zdaje się, że z mężowskim wybraliśmy dobrze i po tych siedmiu latach wcale nie mamy ochoty się stąd wyprowadzać. 



Wiadomo, że chciałabym mieć loft z antresolą albo widok z okna na zatokę. Przestałam jednak frustrować się tym, czego nie mam, zamartwiać, że na coś mnie nie stać i może nigdy stać nie będzie, a cieszyć się, że i tak mam wiele- mam własne mieszkanie. Ciasne, ale własne. Nie jestem zdana na łaskę i niełaskę właściciela, którzy może wypowiedzieć mi wynajem z dnia na dzień. Mam swoje zameldowanie, tutaj jest moja rodzina i mój dom. Oby tak było zawsze. 

Na koniec mam jeszcze dla Was kilka archiwalnych zdjęć, opatrzonych moim stosownym komentarzem, na które to natknęłam się przy okazji porządków w szufladzie od naszej świętej pamięci fioletowej kanapy. Tak było, moi Drodzy, teraz czas na kolejne siedem lat (i więcej!), na naszym fajnym, własnym kwadracie.









Dajcie znać w komentarzu, gdzie Wy mieszkacie- jesteście zadowoleni ze swojego miejsca? 
Może myślicie o przeprowadzce? 

Do następnego!

17 komentarzy:

  1. Ja mieszkam w bloku, i zawsze to był dla mnie dramat. Urodziłam się i wychowałam w domu, gdzie był luz i szaleństwo, własne owoce, cudowna woda ze studni i magiczny ogród pachnący latem pomidorami, wiosną konwaliami. Ogród zimą był strasznie ponury (wtedy nie było mody na rośliny zimozielone). Stąd uwielbiam rośliny zielone cały rok, letnie ogrodny, szklane werandy czy tarasy zabudowane na których cały rok jest cudownie, roślinnie i dżunglowato :)
    Mam też dom, który zamierzam rozbudować i cieszyć się wolnością, bo naprawdę mieszkanie w bloku do dla mnie straszna męka.
    10 lat mieszkałam w kamienicy i to był najdcudowniejszy czas w moim życiu, choć zdarzały się minusy typu chłodek i nazbyt głośni sąsiedzi z naprzeciwka. Ale moje mieszkanie było naprawdę szczęśliwe :)
    Raz nawet krótko co prawda mieszkałam w wynajmowanym apartamencie i szczerze mówiąc kompletnie nie mogłam się odnaleźć w cudzym wnętrzu, urządzonym jeszcze w takim stylu, że miałam ochotę wrzucić granat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja przerobiłam wszystko i tylko po kamienicy mam jeszcze do dziś koszmary. Teraz mamy fajną okolicę, jest spokój, jest miło. Wiadomo, fajny jest dom z ogrodem, fajna jest i willa z basenem, ale póki co stać mnie na mieszkanie w bloku i to dla mnie i tak bardzo dużo. Nie jest to żaden dramat, w końcu sama je sobie wybrałam ;-)

      Usuń
    2. Tam od razu willa z basenem.... nawet nie marzę o czymś takim, bo mi to zupełnie niepotrzebne. Za to kawę w ogrodzie mogę pić nawet zimą ;-)

      Usuń
  2. Fajnie, że potrafisz się cieszyć z tego co masz, ja też przerabiałam różne miejsca. W dzieciństwie mieszkałam w bloku blisko parku (osiedle 3 bloków zakładowych w okolicy domków jednorodzinnych)Było wspaniale dużo zieleni chodzenie na szaber po zielone jabłka, pełna wolność,dzieciaków sporo, trzepakowe zmagania, podchody itd., ale niestety rodzice zapragnęli większe lokum, wybrali kamienicę dla mnie to też trauma szczególnie w sprzątaniu, w okolicy trzy piekarnie pełno sadzy i mycie okien co trzy tygodnie - matula nas goniła, podwórko betonowe w oficynie, gdzie nie było dzieci tylko żule, nie było i kim i gdzie chodzić. Potem jako świeża mężatka wybraliśmy 36 metrowe mieszkanko w zielonej okolicy, a jak pojawiły się dzieci zmieniliśmy na większe na starym zielonym osiedlu. Teraz dzieci odchodzą powoli z domu a my planujemy kolejną przeprowadzkę też mieszkanko w bloku, ale takie super wymarzone, już się strasznie cieszę, że tym razem urządzę się tak jak tylko zapragnę,bo wcześniej trochę funduszy brakowało. Wcale nie marzę o domku, to dbanie o ogród nie dla mnie, ja wybieram balkon i odpowiednią okolicę, ważna też kwestia jak napisałaś słońca ile go mamy w domu. Pozdrawiam Inaros

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dla mnie wolnostojący dom to chyba nie miejsce docelowe, póki co o przeprowadzce nie marzę, ale kiedyś kto wie, jak coś to prędzej będę szukać czegoś na dachach :-D
      Super, że znalazłaś swoje wymarzone miejsce, teraz najlepszy czas przed Tobą <3

      Usuń
  3. Po raz pierwszy nie mogę się z Tobą zgodzić i to zupełnie, a już myślałam ,że znalazłam bratnią duszę, która we wszystkim myśli dokładnie tak, jak ja. Uwielbiam stare kamienice, w takiej też mieszkam i żaden z moich sąsiadów nie jest patolem. Nie wiem skąd wzięła się moda na właśnie nowe mieszkania. Twoja sugestia, że jest moda na stare kamienice nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Z kim nie rozmawiam każdy tylko nowe, nowe. A stare kamienice nie dość, że maja duszę to jeszcze mają zazwyczaj coś, czego prawie żadne nowe budownictwo nie ma. Tylko te dla najbogatszych, czyli lokalizację. Dla mnie te nowe osiedla na obrzeżach miast to jedynie sypialnie i nic nie zastąpi faktu, że w każdej chwili z buta można się dostać do centrum i nad morze. A nowe mieszkania zazwyczaj od początku trzeba również remontować, bo wszystko pęka, a poza tym nie ma nic na wyposażeniu zazwyczaj. W starej kamienicy można zamieszkać od razu i powolutku robić sobie remont. Mogłabym o tym dyskutować godzinami, także najlepiej będzie, jak od razu skończę. pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to chyba normalne, że ludzie się ze sobą nie zgadzają w różnych kwestiach, nie sądzisz? ;-) To raczej niemożliwe, żeby na każdy temat myśleć tak samo.
      Nigdzie nie napisałam, że stara kamienica= patologia, po prostu ja mam takie doświadczenia, a wiążąc się hipoteką na wiele lat wolałam jednak uniknąć powtórki z tej rozrywki.
      Moje mieszkanie było nowe i świeże, stało rok puste po wybudowaniu bloku, więc nic nie pękało, wszystko ładnie się dopracowało, a remont zajął nam trzy tygodnie.
      Co do sypialni miast- okej, obrzeżne osiedla są poza centrum, ale nie sądzisz, że w dużych miastach życie uliczne nieco zamarło, bo wszystko i tak toczy się centrach handlowych, do których i tak dojeżdża się głównie autem? :-)
      W starej kamienicy można mieszkać od razu- serio? To jej stan musi być naprawdę (co najmniej) solidnie odświeżony, inaczej, tak jak pisałam, musisz mieć nieograniczony budżet na ten 'powolutki remont'.
      Widzisz, skoro tyle osób wybiera jednak nowe budownictwo, to znaczy , że coś w tym starym jednak im nie odpowiada. Ty uwielbiasz, inni nienawidzą, proste.
      Też mogłabym o tym pisać i pisać- dlaczego po prostu nie mogę nie lubić sobie starych kamienic? To jakiś obowiązek, wszyscy mamy je kochać? Ja po swojej mam tylko koszmary i cieszę się, że mieszkam tu, gdzie mieszkam.
      pozdrawiam

      Usuń
    2. to nie miał być atak, a widzę, że tak został odebrany. a szkoda.

      Usuń
    3. Wiesz, przykro jest czytać, że ktoś uważał mnie za bratnią duszę, po czym przestał, bo mam inny pogląd na temat kamienic i skrytykował od góry do dołu mój wpis :-)
      Mam nadzieję, że pomimo różnic w zdaniu będziesz czasem do mnie zaglądać, miłego wieczoru :-)

      Usuń
  4. Mam prośbę, podajabys numer katalogowy tego swojego dywanu z komfortu bo nie mogę go namierzyć.... z gory dzięki 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne! Mogę Ci nawet dać cały link: http://bit.ly/2ru4HHk
      pozdrawiam :-)

      Usuń
    2. Dzięki. Dzis go znalazłam i zakupiłam tylko model new venus-czysto szary. dzieki za namiar.

      Usuń
    3. Nie ma sprawy, będziesz zadowolona :-)

      Usuń
    4. Juz jestem 😄Kupiłam dwa , duży i mały. Z meblami prl genialnie komponują.

      Usuń
    5. To super! Mi mega też do wszystkiego pasuje.

      Usuń
  5. Witam. Śledzę Twój blog od jakiegoś czasu i mimo, że styl mamy różny ( wiek także niestety ) - uwielbiam czytać i oglądać zmiany jakie wprowadzasz w mieszkaniu. Postanowiłam zabrać głos w sprawie kamienic :-)Mieszkam w niej od urodzenia ( z niewielką przerwą w trakcie studiów)więc mam niejako prawo do posumowań. Myślę, że masz dużo racji w negowaniu tego miejsca jako idealnego lokum do mieszkania. Owszem jest czym oddychać, z reguły to centrum miasta, ale...jestem właśnie na etapie nieustannego remontu, może bezpośrednich sąsiadów nie mam złych, nie mniej widuję ich mnóstwo wokół siebie. Na szczęście mam balkon i duży skwer przed domem od ulicy. Niestety podwórko to koszmar - garaże, szopki itp. itd. Ogrzewam mieszkanie i wodę gazem ( i też zawsze bałam się piecyka). Mam stare meble z tzw. duszą. U mnie także po wojnie była policja ale "zły duch" nie krąży. Reasumując mam do tego mieszkania duży sentyment, ale marzę o nowym z bardzo nowoczesnym designem jednorodzinnym domu na obrzeżach miasta. Czasami po dziurki w nosie mam staroci ( nie tylko mam tu na myśli domy ale także ich wyposażenie) a nad którymi tak bardzo pieją z zachwytu blogerzy wnętrzarscy. Trzymaj tak dalej i pisz tak pięknie. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za miłe słowa i za ten komentarz, bo już myślałam, że wszyscy kochają, a tylko ja nie :-) O, te baraczki i 'chlewiki', też miałam i to kilkanaście :-)) Nie dziwię Ci się, właśnie po takich doświadczeniach wręcz dziko pragnie się czegoś świeżego i nowego. Starocia plus stara kamienica to rzeczywiście może być too much, dlatego właśnie lubię swoje miejsce- nowe budownictwo plus vintage to dobry balans ;-)
      pozdrawiam serdecznie!

      Usuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com