Uważaj o czym marzysz.


To stwierdzenie wypełniło ostatnio moją głowę i moje mieszkanie. Jak śpiewały seksowne panny z Pussycat Dolls: 'Be careful what you wish for, cause you just might get it', jak przestrzega nas Biblia: 'Dostałeś to, czegoś się lękał'. Generalnie, ostrożnie dzieci z marzeniami, nie przeginajcie pały z wizualizacjami, bo nie zawsze celem jest Ellen DeGeneres. Czasami jest to po prostu kaktus. 

Nie wiem, jak ja to robię, ale wciąż więcej zgarniam za free, niż kupuję. Wpadłam w straceńcze sidła kategorii 'oddam', co czasem powoduje w domu realne spustoszenie. Dla przykładu, jeszcze wczoraj gotowa byłam jechać do Rotmanki po drewniane niemowlęce łóżeczko, co do którego miałam dziką wizję zrobienia ławki na balkon (swoją drogą, wciąż o tym myślę). Powstrzymał mnie stary, który za młodu naoglądał się śmiesznych produkcji o egzorcyzmach, co to zawsze w nich jakieś japońskie dzieci umieszczają w roli głównej albo cała akcja dzieje się w starym sierocińcu. Na nic zdały się moje pinterestowe tablice, na nic plany wyłamania szczebli i pomalowania na biało- stary się wystraszył monideł z własnej wyobraźni i koniec. Pomijając jednak tego typu niesmaczne wątki, trafiają się też i sytuacje zgoła wspaniałe. 

Marzyła mi się Euphorbia, marzyła jak sam diabeł. Generalnie, jakbym się uparła, to bym ją kupiła za te dwie ciężkie stówy w sklepie. Ale się jakoś uprzeć nie chciałam, zajęta wpatrywaniem się w olx'a w telefonie (nie instalujcie tego, ja niedługo na bank dostanę nadzór rodzicielski). Moja urojona wizja w głowie była tak jebitna, że jak zobaczyłam, że jedna babka oddaje metrowego wilczomlecza, to nie wiedziałam, czy to prawda, czy może jakiś zielony omam. Dopiero oldskulowy chlast w policzek mnie orzeźwił- faktycznie, oddaje. I potem wszystko potoczyło się w sumie pięknie i gładko, poza jednym małym zgrzytem- miastem rodzinnym kaktusa okazał się bowiem Człuchów, ulokowany na mapie jedyne dwie godzinki drogi od Gdańska. Pff! Pamiętajcie laski, jak będziecie mówić swoim mężom, że mają po coś jechać, używajcie istotnych słów kluczowych, pomniejszających odległość, zaś podwyższających wartość przedmiotu: 'To tylko 150 km! A taki kaktus kosztuje w sklepie 250 zł! Zobacz, jak się opłaca'. Nie żebym była aż tak zepsutą kobietą, małżon i tak planował być w Kościerzynie, a stamtąd to już tylko godzinka do Człuchowa. Bajeczka! 

Myślałam, co by tu pani sprezentować za ten dar od losu, ale była tak uradowana, że ktoś to w ogóle od niej bierze, że nie tylko nic nie chciała, ale i wcisnęła staremu jeszcze cztery inne egzemplarze. Egzemplarze roślin w stanie doskonałym, ba, lepszym, niż moje własne. Piękny wilczomlecz, za przeproszeniem, stanął pod ścianą, gdzie ulokuję swe przyszłe biurko, dwa wielkie sukulenty wypełniły akwarium, jeden rozłożysty kwiat (skrzydłokwiat??) znalazł się obok wieszaka z ciuchami, a jeszcze jeden, taki mały kwitnący, jest teraz obok łóżka. Wszystko to upchnęłam, biorąc pod uwagę potrzeby tych roślin co do światła i miejsca- znowu poszło zaskakująco gładko. Domowa dżungla cudnie się powiększyła, a ja się wystraszyłam- gdzieś tam bowiem, z tyłu głowy, marzy się stara rosyjska lodówka...
















Do następnego!

CONVERSATION

10 komentarze:

  1. Szalona z ciebie "ogrodniczka" ;)
    I tak, to skrzydłokwiat :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny pomysł na wykorzystanie akwarium!
    Przynajmniej agresywne kaktusy są teraz zabezpieczone! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniałe okazy, podkręciły klimat boho. Zachwycające zdjęcia. Wilczomlecza zazdraszczam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widzę, że się rozkręcasz i coraz łatwiej idzie Ci wkomponowanie jakiegokolwiek elementu :) Pozdrawiam, Rafał.

    OdpowiedzUsuń

Instagram