Kłótnia z sąsiadem i koreańskie ścieranie naskórka, czyli sensacje czerwca.


Dzień dobry. Jest sobota, jest spiekota, a ja zupełnie zapomniałam o podsumowaniu czerwca w kwestiach moich małych sensacji, więc nie udaję się na ciała smażenie, lecz zasiadam do biurka i opowiadam. Czerwiec standardowo minął jakoś tak obok mnie, stąd też jakichś większych rewolucji czy odkryć nie zaznałam. Jak tak wysilam swe szare zwoje, to zupełnie nie pamiętam tego miesiąca- już od Dnia Dziecka nikt mnie cukierkami nie obsypał, co od razu mogło dać mi do myślenia.

Latem zawsze jakoś tak gorzej zbieram się w sobie, nie lubię, no nie lubię choćby nie wiem co tych wakacyjnych miesięcy. Czekam na wrzesień, czekam, aż Janusz Pol wróci do siebie, cała szarańcza pójdzie do szkół, a drzewa pokryją się złotem i czerwienią. Odkąd pamiętam, wakacje nie zwiastowały dla mnie niczego ekstra- kochałam łazić do budy, lubiłam zakuwać. Jakoś tak wolałam sobie poczytać 'Lalkę', niż patrzeć, jak Marcin z ósmej C skacze do wody na bombę i wypływa bez kąpielówek. Wakacje to zawsze była dla mnie nuda i mordęga, za gorąco na rower plus przymusowe creepy wakacje u ciotki na wsi. Do dziś lipiec i sierpień traktuję więc w kategorii obozu przetrwania, bo to jesień kocham miłością pierwszą i koniec. Wracając jednak do czerwca, zapraszam na subiektywny przegląd wydarzeń.

1. OPRAWIŁAM PLAKAT WŁASNEJ PRODUKCJI. 


'Too polish to be polite'- co po niedawnej kłótni z sąsiadem nabrało jakby nowego znaczenia. Napisałam, wydrukowałam i sobie oprawiłam, zupełnie nieświadoma, jakież to aktualne! Zaszła bowiem taka scena, że przyczepił się do mojego ulubionego męża jakiś krępy mikrus w wiacie śmietnikowej, że nie tak śmieci wyrzuca. No sklęsłam jak przebity balon. Ja, która nawet wyrywa plastikowe okienka z kopert i wrzuca je w plastik, nie tak wrzucam jak trzeba. Z balkonu słyszałam, jak ten pryszcz na ciele społeczeństwa serwuje memu lubemu wypowiedź po brzegi wypełnioną słowami szeroko omijanymi w słownikach. Na nieszczęście dla niego również wzięłam udział tej ożywionej dyskusji i, przyłączając się prosto z balkonu, dałam do zrozumienia, gdzie mam nauki naszego korpulentnego, zupełnie samozwańczego i znudzonego własnym życiem szeryfa osiedla. 



2. PRZECZYTAŁAM SUPER WYWIAD. 

fot. Monia Kucel

Znacie stronę Element Żeński? Ja uwielbiam! W czerwcu pojawił się na niej świetny wywiad z Basią Starecką, która opowiadała o swojej niedawnej podróży do Seulu i tamtejszych zwyczajach pielęgnacyjnych Koreanek (a także o swoich własnych rzecz jasna). W tym temacie Koreanki w ogóle stały się ostatnimi czasy niemal wzorem do naśladowania, europejski rynek zalała fala masek w płachtach i książek z przepisami na wiecznie młody wygląd rodem z Azji. W wywiadzie jest fajny wątek o koreańskiej paranoi ciągłego ścierania martwego naskórka takimi małymi ścierkami, a także niewinne wtrącenie o tym, że według nich Europejczycy to straszne brudasy, co do sauny nie chodzą, zarazki rozsiewają i nie ścierają tego naskórka. Zafascynowało mnie to, chyba zagłębię się w temat tych kosmicznych metod, bo sama robię peeling, jak mi się przypomni (mam nadzieję, że żadna Koreanka tego nie czyta). Basia wydaje się być bardzo fajną osobą, dzięki temu wywiadowi odkryłam jej kulinarnego bloga Nakarmiona Starecka. No i moim czterem oczom nie umknęło również zdjęcie jej mieszkania <3  

3. WYBRAŁAM WZÓR DRUGIEGO TATUAŻU. W KOŃCU. 


Nic takiego powiecie? Nie nie, o nieeee! Te trzyletnie poszukiwania okupione były bólami głowy i zawirusowaniem laptopa, bo napaliłam się na drugi tatuaż cholernie, ale tak ogólnie, wiecie, że chcę, ale jaki? No helooooł, nie wszystko naraz. Przebrnęłam przez wszystko i w czerwcu właśnie stanęło na tym pozytywnym haśle rodem z pinterestowego plakatu, ale co tam. Podoba mi się przesłanie, podoba mi się font, jest miejsce (też na ręku). Teraz tylko kolejne dwa lata aż umówię termin, zbiorę hajs i psychicznie nastawię się na ból, który jest miksem najstarszego typu depilatora z samobójczą żyletką. Najważniejsze jednak, że postawiłam krok naprzód! 

4. WCIĄGNĘŁAM SIĘ W 'LOVE ISLAND'. 


Nie osądzajcie pochopnie. Doceńcie szczerość. Ja nie wiem, czy moje życie jest aż tak przepełnione stresem, że wieczorami muszę uciekać się do hebanowych chłopców w białych rurkach i obłażących ich dziewcząt w stringach?? I tak lepsze to niż wódka, ale i tak nie jest najlepiej. Wiem, wolelibyście pewnie, żebym powiedziała, że przed snem czytam 'W malinowym chruśniaku', no niestety, muszę Was zawieść. Ja drżę, czy Camilla na pewno wybierze Johnny' ego przy cotygodniowym parowaniu. Guilty pleasure level hard! 

5. ZNOWU POKOCHAŁAM OWSIANKĘ I ZACZĘŁAM DIETĘ. 


Nie jadłam tego paskudztwa od studiów, a teraz nie mogę się doczekać poranka, aż wciągnę tą owsianą papkę na mleku migdałowym (to samo mam z czerwoną cebulą, trzydziestka to jednak nie przelewki). Najlepiej z brzoskwinią albo z tym wszystkim, na pierwszym zdjęciu. Dotąd preferowałam raczej jaglane specjały, a teraz nagle wszystko mi się odmieniło. Jakoś w ogóle ostatnio nie czuję się w najwyższej formie, więc zaczęłam własną osobistą dietę, która polega na całkowitym odstawieniu słodyczy i na niejedzeniu chleba na noc. Do tego trochę jogi, bo plecy mnie rypią i powinnam odżyć. Jak dotąd uzależniona byłam od gorzkiej czekolady Wedla, potrafiłam wciągnąć pół tabliczki dziennie (sic!). Koniec z tym Paulina, cukier to biała śmierć, a że żadna biała ścieżka zdrowiu nie sprzyja, to ta też nie będzie. 

***

Na koniec jeszcze info dla tych, co może planują przyjazd do Gdańska- jakiś czas temu udzieliłam wywiadu dla magazynu podróżniczego Accor Hotels, w którym opowiedziałam, gdzie według mnie można pokręcić się po Gdańsku. Zapraszam do przeczytania całego wywiadu tutaj.
Zdjęcia do tego materiału robiłam w styczniu, więc jest trochę łyso, a morze spowiła mgła, ale i tak można popatrzeć.

Do następnego :-) 

6 komentarzy:

  1. Owsianki to moja śmierć, pierwszy raz spróbowałam owsianki w liceum, doszłam do wniosku, że jedyne co lubię owsiane to ciastka, których już mi jeść nie dano. Co do tego ścierania naskórka - w jednym koreańskim sklepie dorwałam rękawicę złuszczającą - zdecydowanie mocniej zdziera niż peeling, chociaż peeling jest przyjemniejszy i lepiej pachnie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawa sprawa z tą rękawicą. W tym wywiadzie właśnie wyczytałam, że one wcale ne używają zwyczajnych peelingów, bo są za słabe, tylko właśnie tych szmatek. Też znalazłam jakiś koreański sklep z kosmetykami (polski), mam parę specyfików na oku, ceny trochę porażają, ale czego się nie robi w imię azjatyckiego piękna :)

      Usuń
  2. Fajny post, też ogladam love island :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff! Nieco czuję się rozgrzeszona ;-)

      Usuń
  3. Moja dziewczyna ogląda Love Island, więc może nie rozumiem samej zajawki, ale katorgę wynikającą z bycia świadkiem tego owszem. :D

    OdpowiedzUsuń

INSTAGRAM

@stylerecital_com