Co warto zgarniać za darmo i betonowe przypominacze.


Lubię szperać. Niestety, zamiast macierzyńskiego, posiadam silny instynkt łowiecki, zwyczajne udanie się do sklepu mnie nie rajcuje (chyba że wyprzedaż). W poprzednim życiu z pewnością byłam jakimś oldskulowym szmuglerem kryształów z zachodu. Dziś, jako ta osoba zasadniczo licząca się z polskim prawem, nie pozostaje mi nic innego, jak urządzać nieszkodliwe polowania na mieście, polegające głównie na obserwowaniu, węszeniu i pilnowaniu. 

A i planeta przy tym mniej cierpi, wszak nie dokładam się do zagłady z kupnem nowego, ino zbieram to, co bezmyślni ludzie po prostu stawiają na środku trawnika, żyjąc zupełnie obok terminów wywozu rzeczy wielkogabarytowych. Niektórzy myślą więcej, dla przykładu dając ogłoszenie o swych rzeczach niechcianych, czekających na nowego właściciela pod ich domami. Ileż to przygód na tym tle mieliśmy, można by książkę wydać albo jaki podcast nagrać. Jak to raz o mały włos stary nie dostałby w oko za sam wygląd, kiedy to nieśmiało wtargnął na sąsiedzkie podwórko podczas najlepszej popijawy na Nowym Porcie. Albo jak odebrał mi raz wieszak z Dolnego Miasta, po czym Pani wypisywała do nas wiadomości, że 'nawet ładnie się nie ukłonił i nie podziękował, cham jeden!'. Takie przypadki należą jednak wyjątków, w znakomitej bowiem większości ludzie są nam niemiernie wdzięczni, że ich rzeczy, które przez lata obdarzyli jakimś tam sentymentem, nie pójdą na marnację, lecz dostaną drugie życie. Wilk więc syty i owca cała. 

'Mnie to bawi, mnie to rusza i gitara mnie gra', jak śpiewa radomski raper. Uwielbiam grzebać, ot taki mam fetysz i taką zajawkę. A powiem Wam, że teraz są ku temu bardzo dobre czasy. Moda na vintage nie dosięgnęła jeszcze wielu, ludzie, remontując stare mieszkania, chętnie opróżniają je ze starych rzeczy, zastępując Ikeą. Osoby starsze, ze starszych dzielni, to ju w ogóle nie czają, że mają w domu zacne Famegi, Bilee i innych Modzelewskich (true story). Nie jestem zawodowym kolekcjonerem, dlatego po vintage nie udaję się do popularnych sklepów, lecz właśnie tu, gdzie nie ma niepotrzebnej marży, jest za to miła wymiana potrzeb (tolix za czekoladki, też true story). 


Abstrahując jednak od mego hobby, nawet ja mam w tym swoje granice. Daleka jestem od stwierdzenia, żeby z rozwagą brać jakąś rzecz, bo z takim podejściem to już dawno jej nie będzie, ale nie wszystko z pewnością warte jest brania. Nigdy na przykład nie biorę mebli tapicerowanych, o ile nie planuję natychmiast oddać ich do tapicera/pralni chemicznej. Mam tu na myśli wszelkie materiałowe obicia, welurowe, aksamitne itp. Takie materiały są bowiem cudownym siedliskiem wielu niefajnych rzeczy (pluskiew na przykład). To samo dywany. Wiem, nie brzmi to przyjemnie, ale taka jest bolesna prawda i lepiej na to uważać. Zawsze skupiamy się na drewnie, na kornikach itp, które i tak już dano zdechły, ale to materiały się o wiele gorsze, uwierzcie. Mam osobistą fobię na tym punkcie i nieraz puściłam wolno jakiegoś Chierowskiego, bo nie miałam funduszy na natychmiastową zmianę obicia (gąbki to się aż tak nie tyczy). Za to wszelkie przedmioty skórzane (skóra jest materiałem, który można łatwo umyć i zdezynfekować), oczywiście drewno, szkło, porcelana, żeliwo, metal czy plastik, o tak. Na zdjęciu powyżej widzicie dębową sofę ze skórzanymi poduchami, którą odebrałam za darmo, żeliwny stołek znaleziony na wsi. Tak samo metalowy kosz od zamrażarki, który znalazłam przy sopockiej plaży, bębny i cała gromada innych rzeczy.

Lubię też śledzić zbiórki materiałów budowlanych. Stare cegły, żeliwne konstrukcje, wszystko może się przydać. Ostatnio na przykład dostałam woreczek betonowej zaprawy, z której wymyśliłam małe biurkowe 'przypominacze'. 


Wykonanie jest dość proste: wyrabiamy zaprawę, mieszając ją z wodą, następnie umieszczamy w plastikowej foremce do lodu. Moim 'klipsem' jest miedziany drut zawinięty na końcu w pętelkę, który trzeba umieścić w środku pojemniczka i nakryć kartonem (użyłam rolek po papierze toaletowym, bo to i tak się przecież wyrzuci), dla utrzymania go w pionie w jeszcze płynnej zaprawie. Tak pozostawiłam na noc, rano ostrożnie wyjęłam (jak kostkę lodu), ustawiłam jeszcze na słońcu do całkowitego wyschnięcia, po czym pomalowałam. Betonowe akcenty wciąż jeszcze są trendem gorącym, łatwo można sobie coś takiego wyprodukować samodzielnie (doniczkę, wazon, świecznik). 









 Jestem ciekawa, czy i Wy lubicie uskuteczniać takie darmowe polowania? 

Dajcie znać, co ostatnio udało Wam się złowić. 
Bo właśnie jak Wy czytacie ten post, to ja z Przymorza z taką szafeczką jadę :-D 
Ale o tym to już w kolejnym wpisie. 


Do następnego!

CONVERSATION

10 komentarze:

  1. alez Ty moja pokrewna dusza ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale fajne to!

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem cię doskonale, ja od niedawna znalazłam w sobie ten instynkt łowiecki. Rozglądam się po trawnikach, ale nazwałabym raczej wypatrywaniem i czajeniem, bo czekam aż się ściemni aby to zabrać, żeby sąsiedzi nie zobaczyli. I tak czasami przeleci mi coś koło nosa. A przypominacze betonowe bardzo fajne. Inaros

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, nie czaj się Kochana, niech sobie myślą, co chcą! Kit z nimi, bo będziesz żałować! Dzięki, pozdrowienia

      Usuń
  4. Dzięki Twojemu hobby jest na blogu ciekawie i oryginalnie. Imponujesz mi nieszablonowym podejściem do przedmiotów i odwagą wnętrzarską:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, a te przypominacze na pierwszy rzut oka wydawały się większe. Gratuluję pomysłowości. Naprawdę fajnie to wygląda :)

    OdpowiedzUsuń

Instagram