Pięć dni unplugged, czyli relacje i tęsknoty.


Czyli gdzie byłam, kiedy mnie nie było. Chciałoby się rzucić: 'na spontanicznym tripie na Rodos!', prawda jednak jest bardziej bolesna, choć i zupełnie prozaiczna zarazem. Bo i życie me czasem bywa zgoła okrutne. Tak naprawdę, to dopiero dzisiaj dwa nieruchawe ciule z energii zrobiły mi prąd. Pięć dni w ciemności, jak w Paprotkach po burzy. Nie przypominam sobie żadnego haniebnego czynu w moim wykonaniu, a jednak znam posmak już chyba wszystkich plag egipskich. W razie wojny na przykład, moje survivalowe skille z pewnością uratowałyby całe osiedle. Póki co, jedyne me Rodos to mogą być co najwyżej Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką. A i tak by pewnie cały czas padało.

Wybaczcie mój wisielczy humor, ale pięć przymusowych dni totalnie unplugged plus kilka innych, zdecydowanie większych rangą kłopotów, to wiecie, 'za dużo jak na jednego człowieka na jeden dzień'. Mówi się, że życie nie polega na przeczekiwaniu burzy, tylko na tańcu w deszczu. W takim wypadku ja się jakimś sposobem ustawicznie pętam pod centralną rynną, bo się u mnie jeszcze nigdy nie zdarzyły grupowo same pomyślne przypadki. Zazwyczaj jest to obfita matematyka o ciemnym kolorycie, czyli 'nieszczęścia chodzą parami' razy trzy plus wiadro zimnej wody. Nie wdając się jednak w średnio przyjemne szczegóły, spocona i zmęczona komunikuję, że jestem już podłączona do sieci wszelakiej. 

Awaria prądu dla człowieka z neta jest jak głód u narkomana- anxious level hard. Praca, blog, social media i wiele innych rzeczy, za przeproszeniem, stanęło. Zdusiłam w sobie to dławiące uczucie, przełknęłam tą gulę, po czym wmówiłam sobie, że kilka dni z dala od wszelkich urządzeń wpłynie na nas przecież dobrze. Bo ja wszystko rozpatruję w kategoriach znaków. Znak więc to jest, byśmy na chwilę włączyli 'off', nie szukali w panice hot spotów, lecz nacieszyli się swobodnym i nieskrępowanym przez instagram weekendem. Tym sposobem przez moment doznałam nawet pewnej ulgi, posprzątałam mieszkanie, stołowałam się na Jarmarku i zwiedziłam kilka stoisk z rupieciami. Zweryfikowałam głęboko również relacje z różnymi osobami, wszak to właśnie to życiowe bagienko najlepiej przesiewa znajomości i rodzinne koneksje. Ale były i lepsze akcenty, spędziliśmy na przykład ze starym kilka bardzo romantycznych wieczorów przy świecach, które jednak co rusz ten nastrój mąciły, gdyż trzeba je było zabierać ze sobą również do wychodka. 


Pierwszego wieczoru jeszcze żyłam Internetem i, siedząc w mroku na łóżku, wymyślałam nazwy grup fejsbukowych, np. 'tealight to gówno'. Potem stwierdziłam, że mam w dupie te wszystkie internety, nie wracam, otworzę koniak i ubzdryngolę się z przerwą w życiorysie, wszak gdzieś teraz musi być happy hour. Po tym oszałamiającym stwierdzeniu, kiedy już porządnie i długo jak nigdy odsapnęłam od monitora, zaczęłam przychodzić do siebie i tęsknota za byciem online wygrała. Bo owszem, jest życie poza siecią, ale ja zdecydowanie wolę być online. Zaczęłam tęsknić za moim dzieckiem (blogiem w sensie), a także za innymi blogami, zastanawiałam się, czy są na nich już nowe posty. Bo ja nie tylko jestem miłośniczką życia w sieci, ale i słowa w nim pisanego. Taki You Tube na przykład zupełnie mnie nie przekonuje, pełen jest najprostszej, miałkiej i zupełnie bezsensownej treści ('What's in my bag?'. SRSLY??). Gdybym codziennie miała oglądać, jak każdemu minął dzień (co mnie średnio interesuje), to nie starczyłoby mi czasu, by jakoś przeżyć swój własny. Plus te reklamy, no kiszka, bo nie da się już zrobić 'skip' ('Tampony, dziewica i Julia Wieniawa?'). Po krótkim, acz solidnym rozeznaniu mogę sądzić, że większość filmików jest idealna na przerwę w gimnazjum. I w dodatku YT jest najbardziej nachalnym medium, które kojarzy mi się z weselnym wodzirejem (subscribe! thumbs up!). Generalnie więc rzecz ujmując, tęskniłam za siecią okrutnie, ale oczywiście nie za wszystkim w niej.


Moja awersja być może wynika z faktu, że telewizor w domu zawsze był dla mnie trudnym do zniesienia balastem, czas wolny w większości spędzałam w czytelni lub bibliotece, stroniąc uparcie od tłocznych placów zabaw (chyba inne dzieciory już wtedy działały mi na nerwy). Nie mam w domu tego pudła tudzież plazmy już od pięciu lat. Tak samo trochę rozczarował mnie instagram, przez co robię mały oldskulowy odwrót do poczciwego facebooka. Po co ja w ogóle o tym piszę? Bo te wolne dni tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że chcę blogować. Pisać. Wiecznie, foreva. Blog jest jak kawiarnia, a nowy post jak uczta przy bezie. I mówię tu o blogach innych, które czytam namiętnie i za którymi normalnie najzwyczajniej w świecie tęskniłam. Kocham czytać, kocham pisać, nie chcę być panią ze sklepu ani panią z banku. Plątałam się te pięć dni jak Franca między moimi nogami w nocy, żeby już mnie przywrócić tego prąda. 'Wali mnie tam herbata i ciemności w wannie, chcę do mojego bloga!'- kwiliłam staremu w rękaw. I oto dzisiaj, alleluja, mam, w mordę jeża, czego triumfalnym wyrazem jest ten wpis oraz błogo dmuchający mi w czerep wiatrak. 


Choćby nie wiem co tam mądre ludzie z Doliny Krzemowej wymyślili, ja zostaję przy blogu. Nie chcę, żeby mnie zatchnęło od gonitwy za trendem, już wolę skupić się na tym, co lubię najbardziej. A najbardziej słowo lubię. Nie krzyczane w przebraniu pająka, nie w formie hasztagu, lecz w formie postu. Nowego wpisu na blogu. 

Amen. Plus jeszcze na koniec owoc mojej prądowej gehenny- nowy układ wszystkiego. Sprzedałam bowiem na olx mnóstwo gratów i pierdół, z dużym lustrem, akwarium i dywanem na czele. Stół, za Waszą radą, zmienił swój rozmiar na krótszy, kanapa stoi nieco bardziej na środku pokoju. Jeszcze kilka kosmetycznych zmian i będzie cacy, nawet sporo miejsca zyskaliśmy na tym naszym koszmarnym blokowisku.


No, to do następnego! 
(i oby z prądem i pod prądem już zawsze).

CONVERSATION

10 komentarze:

  1. Dobrze, że wróciłaś. Czekam na zmiany bo widzę, że pustawo się zrobiło dzięki olx. Zdjęcie z kuchnią mnie totalnie zachwyciło, cudo. Gdy siedziałaś przy świecach, ja łazienkę odnowiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :-* No pustawo, trza teraz zapełnić na nowo :-)) Widziałam dzisiaj! Chciałam skomentować, ale coś Twój blog u mnie słabo chodził. Wyszło mega!

      Usuń
  2. Uwielbiam tutaj do Ciebie zaglądać, także pisz, pisz i pisz jak najwięcej :-) :-) pozdrawiam J.

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, pisz, pisz,bo umisz :) P.S. akwarium i dywan dobrze, ale lustra żal. Iwona z Wawy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hyhy :-*
      Czyli na trzy dwa trafiłam, nie jest źle :-)) Lustro trochę właśnie duże było, ale planuję nowe :-) Pozdrawiam

      Usuń
  4. U mnie jest odwrotnie: od jakiegoś czasu mam awersję do blogów (przeglądam może 4 regularnie, w tym Twój), za to yt jest pierwszą stroną jaką rano otwieram. Unikam jednakże jakichkolwiek babskich kanałów - jak zobacze jeszcze jeden summer morning routine to mnie kawa zaleje. Obecnie są to reklamy kosmetyków, a nie filmiki urodowe, niestety :/ Lubię kanały książkowe (Wielki Buk), albo o piwie (Tomasz Kopyra), zerkam co tam nowego u Simon and Martina (w Japonii siedzą, taka jajowa parka, on jest Polakiem z pochodzenia), jak lubisz kryminalne sprawy to do posłuchania Stanowo jest spoko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to miło mi, że znalazłam się w Twoim zestawieniu :-)
      No, wiadomo, dla każdego coś innego, ja jak jeszcze coś oglądałam na YT to była to Zoella :-)

      Usuń

Instagram