Szacun na dzielni i moja mapa trójmiejskich secondhandów.


Kiedy jeszcze byłam w wieku przedprodukcyjnym, moim celem było zlać się z najbardziej lubianym w szkole tłumem i zyskać jego akceptację. Wiązało się to ze ścisłym podążaniem za wiodącym trendem, piszczącym (z mojej strony wymuszonym nieco) ślinotokiem na widok tych samych chłopaków oraz na uskutecznianiu dokładnie tych samych rozrywek. Każdy dzieciak, który podejmował jakiekolwiek próby wyłamania się poza szereg, poddawany był swoistej szkolnej kwarantannie, polegającej na rzucaniu w jego kierunku pełnych dezaprobaty spojrzeń oraz kategorycznemu zakazowi rozmowy z nim. 

Powiem szczerze, że ciężko mi to szło, ale szkoła kieruje się swoimi regułami i trwanie w grupce ludzi popularnych i darzonych szacunkiem pozwala przeżyć w szkolnych murach jakoś lżej. Ci, którzy żyli poza szeregiem, borykali się zwykle z niezrozumieniem, odrzuceniem i samotnością. Każda lekcja była dla nich jak wybawienie od męczącej i dłużącej się w nieskończoność przerwy, spędzanej wespół z kanapką i podpierając olejną ścianę. Dopiero po kilku latach zrozumiałam, że usilne przystawanie do innych nie wiąże się z żadnym szacunkiem, a wręcz przeciwnie. 

Wygląd zawsze miał wtedy znaczenie kolosalne- to właśnie laski w woskowanych spodniach i z plastikowymi spinkami wiodły prym, od razu było widać, że słuchają Britney i jako pierwsze w szkole chodzą na solarium. Te, które z kolei chodziły na czarno, zawsze miały w uszach Slayera, Illusion albo Korna i wiadomo było, żeby dać im spokój i przenigdy nie zapraszać na domówki. Zabawne to takie dziś mi się wydaje, ciekawe, jakby to było w 'dorosłym' życiu, np. w pracy na lanczu: 'Ej, ten z działu IT ma dwa tatuaże, pamiętaj, nie gadamy z nim!'.


Dzisiaj (tak od liceum/studiów) to ja już mam zupełnie inaczej, a może wręcz odbiłam się jak wielka piłka plażowa w drugą stronę- sama sobie projektuję odjechane ciuchy, narażając się na spojrzenia pozostałych lokatorów, wszak mało kto pęta się po osiedlu w spódnicy z zasłony (tak, to ta z dzisiejszego wpisu, zrobiłam ją z zasłony, bo miała świetną falbanę na dole i była zwiewna). Prycham na ich myślenie. Co więcej, to wyzwalające uczucie okazało się być nader interesujące, bowiem okazało się, że stawiając opór względem popularnej ubraniowej powierzchowności, szacun należy nam się z miejsca. A jak nie szacun, to przynajmniej można budzić postrach. Pamiętacie tą babkę z gołębiami z drugiej części Kevina? No, to wypisz wymaluj ja! Jak zamachnę swoją kiecą z zasłony, to wszystkie dzieciaki od razu robią mi miejsce na ławce. 



Mam ja w szafie i znacznie lepsze kąski, co to je innym razem pokażę, ale dzisiaj, przy okazji nabycia owej zasłony, postanowiłam pokazać Wam, gdzie ja poluję w Trójmieście. Secondhandowo oczywiście. Nie ma tego wiele, Trójmiasto niestety znaczną wsią stoi, sprzedając ziemie zachodnim biznesmenom i inwestując tylko w centra handlowe (ile może być H&M'ów na metr kwadratowy?). Mam swoich miejsc zaledwie cztery, jest ich oczywiście nieco więcej, ale wyodrębniłam tylko te naprawdę warte uwagi. Jeden w Gdyni, jeden w Sopocie, dwa w Gdańsku. 



1. ALISE- moje zeszłoroczne odkrycie i naprawdę petarda. Sklep jest w Gdyni i jest przepełniony prawdziwymi perełkami. Ogólnie może wydawać się, że jest drogi i zawiera głównie odzież z sieciówek, ale zdecydowanie należy zagłębić się bardziej w jego czeluści. Sklep ma też konto na Allegro i to właśnie tą drogą tam trafiłam. Coś mi się obiło o uszy, że mają też sklep w Rumi.

2. VINTAGE INN- sopocki secondhand oraz komis w jednym, można bowiem oddać rzeczy do sprzedaży. Tu znowu jest całe mnóstwo metek, jeśli chcecie upolować oryginalną torebkę Moschino, walcie tu. Vintage Inn również oferuje całą gamę vintage'u totalnego, takiego wiecie, z lat 80- tych, idealnego na Sylwestra albo na ulicę, a co! (pamiętajcie tylko o tym postrachu).


3. Secondhand za Przychodnią Morena- podzielony na dwie strefy: pierwsza jest ta typowa, druga zaś bardziej wyselekcjonowana i droższa. Upolowałam tu całe naręcza kurtek i torebek. W dzień dostawy nastawcie się tylko na sceny z 'Gry o Tron' i walkę z dziarskimi emerytkami- tuż obok jest apteka z największą listą geriatrycznych hitów w najniższych cenach w mieście.

4. Secondhand na Starówce- taki typowy no name, jak sobie zwykły człowiek wyobraża szmateks, to właśnie ten to uosabia: góra szmat do grzebania plus targujące się pijaczki z Grobli. Ale wiecie, w takich miejscach czasami tkwi siła- tu akurat nikt nie słyszał o szaliku Acne, że to ten, więc chętnie sprzedadzą Ci go na wagę za trzy zety (true story).  



Jeśli jest tu ktoś z 3city, to ja będę wdzięczna za podzielenie się innymi adresami! 

Do następnego :-)  

12 komentarze

  1. Fajna ta kiecka! Kto to zgadnie, że z zasłonki?

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialna! NA wagę?

    OdpowiedzUsuń
  3. Moim ulubionym był ten przy ul. Władysława IV w Gdyni. Kiedyś wiele perełek z niego wynosiłam. Nie wiem jak jest teraz, bo niestety dawno tam nie byłam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajny wpis, myślałam, że ciucholandy nieco odeszły już do lamusa, ale jak się okazuje, wcale tak nie jest, super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Odeszły, bo nie wytrzymały konkurencji z molochami, gdzie ubiera się 90% ludzi. Wiele fajnych małych miejsc nie przeżyło, szczególnie w dużych miastach :-/ Ale jest wysyp blogerów modowych, to może znowu urosną w siłę, oby!

      Usuń
  5. Wrzeszcz: Klonowa i Wajdeloty :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Lubię lumpeks który jest przy przystanku Myśliwska w Gdyni (w kierunku centrum).

    OdpowiedzUsuń