Dlaczego powinnam przemyśleć moją relację z łóżkiem.


A jest to relacja osobliwa, skomplikowana i nie wiem, czy nie silniejsza niż ze starym. Fakt, że jestem zawsze gotowa na drzemkę, jest już Wam znany- kocham spać i generalnie nie funkcjonuję poniżej dziewięciu przespanych godzin. Moim ulubionym momentem dnia, tuż obok obiadu i podziwiania wschodu słońca przy śniadaniu, jest moment, kiedy mogę bezkarnie rzucić się na nasze łoże. Problem tkwi jednak w tym, że ten moment następuje chyba za wcześnie. 

Kiedy wynajmowaliśmy kawalerkę, problem był ten sam, ale to była kawalerka, tymczasem w obecnej sytuacji mieszkaniowej mamy półtorej pokoju, z czego alkowa stanowi pomieszczenie osobne. Do tego wszystkiego dochodzi dopieszczony living z miękką sofą (no, obecnie te pieszczoty są nieco rozgrzebane, ale staram się), wygodny stół w kuchni (jeszcze nie wymieniłam gałek), przyjemny balkon z lampionami. I to wszystko na nic, bo już od godziny osiemnastej zalegamy w sypialni. Najchętniej to zalegalibyśmy tam już po obiedzie, szczęśliwie jednak ratuje nas przed tym stary i jego nieprzewidziane godziny powrotu z roboty. Bo gdyby tak wracał jak z urzędu, o piętnastej, to pewnie już o szesnastej pierdzielibyśmy w kołdrę. 


Mówiąc wprost, od popołudnia do późnych godzin wieczornych żyjemy na tym łóżku, robiąc na nim wszystko. Najczęściej jeszcze z psem. Nie liczę oczywiście dni, kiedy są jakieś inne zajęcia, mówię o dniach tak zwanych luźniejszych- nie mam planów, hyc na łóżko. Ciemno w livingach, ciemno w kuchniach, życie toczy się w sypialni. Nie powiem, żeby to była jakaś najbardziej nieprzyjemna rzecz na świecie, ale przeczy wszelkim regułom przeciwdziałania bezsenności- oglądanie netflixa na kołdrze, na pięć minut przed godziną zero, jest pewnie dalekie od terapeutycznego ideału. Kiedy w gazetach mówią o relaksacji i lawendzie pod pierzyną, u nas jest wariująca Franca ze swoją żarówiastą piłką, stary z nową płytą Wu Tanga i ja, cała na biało, z kolacją rodem z Masterchefa Juniora. Uskuteczniamy to wszystko, co w sypialnianym reżimie najgorsze. 


Przymiarki- duża powierzchnia na idealnej wysokości, żeby stary swobodnie mógł szykować się wieczorem jak księżniczka na bal. Czyli na jutro do roboty. W świecie idealnym oznaczałoby to ułożenie delikatnej koszuli i satynowego krawata, w naszej brutalnej rzeczywistości jest to fura średniej świeżości dżinsów, skarpet (nawet nie wiem, czy świeżych w ogóle), na to jakieś obłażące swetrzyska i gacie (no chyba świeże). Wszystko oczywiście fruwa luzem, gdzieś tam razem z półgołym starym i uradowaną Franką, że w końcu ma jakieś fajniejsze zabawki. 

Spożywanie- jedzenie w łóżku to mój nałóg, każdy pedant by mnie z niego natychmiast wyrzucił. Są w nim bowiem OKRUCHY, które nie wykazują skruchy. Są wszędzie, najczęściej oczywiście tam, gdzie nie powinny. Najgorzej, że Franka, która napatrzyła się na nas, również znosi tam swoje groszki i rurki, więc najczęściej są to okruchy jakichś jej ciastek o kurzym smaku. Kiedy dostanie smakołyk, no to nie zje go nigdzie indziej, jak na łóżku właśnie. Ostatnio sąsiadka coś do mnie bredziła, że jej trzyletni synek zasypia z ciastkiem w buzi, na co ja: 'O! To tak jak moja Frania!'.

Nasze wspólne kilogramy- i tu się rozchodzi o kwestię materaca. Miałam kiedyś materac tani, w granicach trzystu złotych (tani w sensie jak na materac), który rozbabrał się po kilku miesiącach. Zainwestowaliśmy więc kilka lat temu w materac wyżej klasy, powyżej tysiąca złotych, wysoki i porządny. I ten wysoki i porządny materac znosi nasze wielogodzinne harce, nasze kilogramy, sześć kilo Francy, książki, obiady, sprzęty, laptopy i ciuchy. Plus przewalanie się we wszystkie strony. Oczywiście dobry materac musi to znosić, ale kiedy wydajesz tyle kasy na jeden, kiedy wiesz, że taki wydatek może się szybko nie powtórzyć, a do tego masz to wszystko w nosie i nie szanujesz, to moje finansowe serce krwawi. 

Świeżość- tak, cała ta świeżość. Kiedy wstajemy około godziny 23, żeby wyjść z psem i oporządzić się do spania, nasz barłóg nie tylko nie wygląda, ale i nie pachnie. A raczej pachnie, ale zaduchem i wszystkim tym, co zjedliśmy i zdążyliśmy już częściowo zacząć wydalać. Do tego wiecznie zapocona Franka i jej uślinione piszczadła. Zawsze wietrzę przed spaniem, ale cała ta reszta, z wymiętoloną pościelą na czele, zamiast mnie zrelaksować, to mnie tak wnerwia, że jeszcze z pół godziny muszę posprzątać, inaczej w ogóle tam nie zasnę. 


Do tego dochodzi jeszcze rzecz taka- kiedy kładziesz się spać, wcześniej nie siedząc za długo na łóżku, wszystko wydaje się takie mięciutkie i wygodne, przykładasz głowę do poduszki i po prostu zapadasz w błogi sen. Ja mam ten moment (prócz zapadania w sen) gdzieś koło osiemnastej. Materac wydaje mi się taki boski, pościel taka świeża, a całość sypialnią idealną. Kiedy jednak przychodzi do spania, wszystko jest jakieś twarde, odgniecione, niewygodne, ughhhr! 

Ubrałam więc dwa dni temu nasze łoże w nowe ubranie, położyłam nowe poduszki i stwierdziłam, że zdecydowanie muszę jeszcze raz przemyśleć mój związek z tym łóżkiem. Bo fakt, że ono ma jakąś moc przyciągania, to wiem, ale że ja w tej relacji nie dominuję, to musi być coś nie tak.


Ciekawe, jak to jest u Was z tym życiem w łóżku :-)

Do następnego!

6 komentarze

  1. Oh uwielbiam spać, a od 8 miesięcy nie daje mi taka mała śliczna kropka ;) ale za to spędzamy mimo wszystko więcej czasu w łóżku , szczególnie lubię się tam z nią bawić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Łoże tętniące życiem. Trudno się dziwić, twoje łóżko ma tę moc, siłę przyciągania. Zamykaj sypialnię przed gośćmi bo też mogą się skusić:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie piszesz, uśmiałam się :)
    w naszej sypialni niestety to samo :P

    OdpowiedzUsuń