Euforia mieszkania samemu (którą mam do dziś).


Po raz pierwszy w życiu zamieszkałam sama zaraz po maturze, kiedy wyjechałam na studia do innego miasta. Pamiętacie to uczucie? Ryczeliście? Mi się ulało kilka łez po drodze (z Mrągowa do Olsztyna raptem, ale zawsze). Wynajęłam sobie kawalerkę w centrum miasta, zrobiłam rekonesans najbliższej okolicy, zapełniłam lodówkę słoikami i usiadłam w zadumie. Po kilku smuteczkach (a może po kilku piwach?), wezbrała się jednak we mnie taka fala euforii, że niestety wszystkie wersalskie maniery wyniesione z domu nie utrzymały się na swoim stanowisku. Jezu, ze mną w mieszkaniu naprawdę nikogo nie ma. Bring it on mother fuckers!!

Pieśń pochwalna mi się na usta cisnęła, niczym wszystkie utwory Wagnera razem wzięte. Organizacja siebie w pierwszych latach studiowania przypominała mniej więcej blogowanie i bycie swoim własnym edytorem. Każdy dzień mogłam zacząć od wizyty w dwudziestu siedmiu szmateksach, co nawet kilka razy z sukcesem uczyniłam. Zlew pełen garów? Łóżko pełne kolegów? No problem! Mogę wracać w środku nocy, śpiewać na głos myjąc wuce i generalnie mam swoje własne klucze, których nie ma nikt inny. Dżizas, nie byłam w domu rodzinnym jakoś więzami spętana, nikt mnie nie szykanował ani nie tłukł, nie wiem, skąd i co, ale zew wolności, jaki poczułam po wyprowadzce, trwa we mnie nieustannie do dziś.

Jak byłam dzieciakiem, zawsze interesowały mnie 'dorosłe' sprawy. Ja też chcę mieć swoje dokumenty, też chcę sobie skitrać fajki za kanapą, no ej, no! Chcę mieć swoje własne pieniądze, gotować, co mi się żywnie podoba, a jak mi się nie podoba, to kupić se chińczyka, no i oczywiście nie sprzątać w soboty :-D I nie wiem, może jestem nienormalna, ale jaram się tym po dziś dzień (chociaż nie jaram). 

I nawet zamieszkanie ze starym, już w Gdańsku, nawet ślub i hipoteka tego nie zmieniły, każdy dzień i tak jest jak Evan McGregor w Trainspotting- jestem na mieszkaniowym haju i widzę wszystkie kolory naraz. I to zupełnie nie ma znaczenia, czy wynajmuję mieszkanie, czy mam własne, czy ten miesiąc strzyknął szmalem, czy sucharem, wizja samostanowienia czyni każdy mój dzień jakimś mocniejszym. Nie przejmuję się niczym i nikim, w zasadzie robię to, co chcę, co nieco konsultując ze starym, ale tak generalnie to po swojemu :-) Szczególnie w kwestii mieszkania. Mężowski pomaga mi rozbijać woskowe korki i zapuszcza mi krople do uszu, a mimo to nadal chce ze mną być? God, this is real! Resztę już musi zaakceptować i robić, zwozić i gipsować, no trudno, ostatecznie żonę wziął sobie sam.

Ten mieszkaniowy szał trwa u mnie nieustannie, ilekroć przestawiam sobie fotel albo maluję ścianę, zawsze sobie uzmysławiam, że jest to wolność, proszę ja Ciebie. To jest coś, na co wielu pewnie nie zwraca uwagi, a mnie się jakoś trzyma ten stan. Nikt mi w siatki nie zagląda przy drzwiach, sama swoim groszem dysponuję (źle, ale jednak). To się przenosi na inne dziedziny życia, wiecie, że z każdym swoim dniem naprawdę mogę zrobić, co zechcę i na jak dziki pomysł nie wpadnę, taki sobie zrealizuję. To jest ta euforia mieszkania samemu, to jest ten trans dorosłości, chociaż mam jeszcze dwadzieścia lat do obowiązkowej kolonoskopii (uff). 






Do następnego :-)

CONVERSATION

8 komentarze:

  1. Teraz przemówię z wyżyn wieku i doświadczenia;)- to wszystko co opisałaś (bardzo fajnie zresztą) to się dorosłość nazywa. Dorosłość i odpowiedzialność. Dorosłość i odpowiedzialność, ot co;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha ha, no świetny tekst!

    OdpowiedzUsuń
  3. To się nazywa odpowiedzialność z luzikiem w ramionkach, nie zmieniaj się

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, dzięki! Postaram się nie spróchnieć :-D

      Usuń
  4. A przede mną dopiero takie euforie i radość z mieszkania samemu, dlatego już nie mogę się tego doczekać i jestem pewna, że ja też zacznę zbierać graty :D Na swoim to można :D

    OdpowiedzUsuń

Instagram