Historia rzeczy, które chciałam, bo inni je mieli.


Miałam kiedyś taki czas, on krótki nie był. Czas, w którym szczątki mej zakupowej równowagi odbiegały ode mnie żwawym kroczkiem. Nie bardzo się skupiałam na gustach własnych, lecz zasadniczo bazowałam na wyborach innych, łudząc się, że przypasują i mnie. Był to moment, kiedy odwiedziłam Gdańsk i przełknęłam pierwszego w życiu klopsika. Były to chwile, kiedy to postanowiłam pokazać, że ja też mam. Wyobraźnia ma, niczym ta mazurska polana, usiana była niezłymi kwiatkami i jeszcze nawożona skutecznie pretensjonalnym gustem. 

Miałam taki etap w swym wnętrzarskim życiu i tylko boskiej Opatrzności dziękuję, że czuwała nad mym wewnętrznym półgłówkiem, nie dając mu w łapę instagramu czy innego bloga. Jakby to światło dzienne ujrzało, to nie wiem, w końcu Internet nie zapomina. Był to etap osłodzony rzeczami, które ostatecznie udało mi się od piersi odstawić lub szczęśliwie nie kupić ich wcale, ale one przy mnie były, nawet jeśli tylko w mej głowie, wierzcie lub nie. Zanim dobiłam do wnętrzarskiego portu, miotałam się po lawendowych szkwałach i brodziłam po kostki w ledowej wodzie. SRSLY. 

1. Mieć wielki telewizor. JAK NAJWIĘKSZY. 

 


No tak, brakowało jeszcze, żebym postawiła go w oknie, jak Pawlak, a co, niech wiedzą, że u mnie też kolorowy jest. To stanowczo umysłowa resztka po spędzaniu każdych wakacji na wsi. Im większy telewizor, tym bardziej podkreślony status rodziny, najlepiej niech jeszcze gra na cały regulator. Mam naprzeciwko takich starszych sąsiadów, co mają plazmę na pół ściany i już nawet rekomendowanej przez okulistów odległości nie zachowują, bo mieszkanie za małe, więc siedzą z nosem w ekranie (gorzej jak obraz jest dynamiczny, pewnie mają w domu dużo maści na skręty szyi). No, to kupiliśmy se ze starym i my tako plazme. I ona była w naszym obecnym mieszkaniu (sic). Człowiek ostu od kapusty nie odróżni, ale pięćset programów z 'Tańcem na lodzie' na czele już tak. I już prawie zostałam królową Al Jazeery, na szczęście jednak zreflektowałam się, że w tej całej plazmie zwyczajnie nic dla mnie nie ma. Od sześciu lat żyję więc zupełnie bez telewizora, co dla wielu rdzennych mieszkańców mych rodzimych okolic wciąż jest nie do ogarnięcia.

2. Kilometry fancy taśmy led. 

 


Łatwo mi się teraz śmiać, ale pamiętam, jak gnaliśmy ze starym po taką do marketu, że mało nam mięso od żeber nie odpadło. Wszędzie widziałam te taśmy, kurde, jaki to bajer! Gasisz światło, a tu taki nastrój zostaje, kosmiczny niemal. Szczególnie stary się jarał jak mój pierwszy papieros, powoli i długo. Faceci lubią takie różne gadżety, nie? No i dobre jak ktoś się boi spać w ciemności. Zielone, czerwone, żółte! Pamiętam, jak stary kleił je pod szafki na kolanach. Mieliśmy taki podświetlony szpaler, można było Jacksona tańczyć, co za energia. Ostatecznie zerwaliśmy z taśmami, kiedy ledowe mieszkanie pojawiło się w 'Miłości na bogato'.

3. Wszystko na biało. 

 


To był etap nieco późniejszy, jak już naczytałam się, że białe dla Polaków idealne, bo z extra Szwecji pochodzi, a oni tam, proszę ja Ciebie, się przecież na rzeczy znają. No i jak pierwszy raz weszłam do Ikei. Oesu, przeglądając album 'Ikea the book' o historii ich wzornictwa, aż żal mnie bierze. Takie cuda mieli w latach 50- tych, nawet Verner Pantone dla nich robił. Kiedy jednak w 2008 roku wpadłam w sidła tej emdeefowej bieli, to poślizg miałam jak na lodowisku. Jeszcze przed kupnem mieszkania w 2010 roku miałam biało przed oczami, tak strasznie chciałam mieć na nowym taką gładką taflę pod stopami, a na niej białe witrynki i białe komódki. I ściany i firany. Ostatecznie z wyboru podłogi nie jestem super zadowolona, ale i tak dobrze, żem jej takiej śnieżnej nie walnęła.

4. DRYŃ DRYŃ, PAULINA JEDZIE.

 


Nie jest to rzecz wnętrzarska, ale nie mogłam o niej nie wspomnieć. Potraktujmy to jako kategorię: 'design rzeczy'. Rower. Ale rower nie byle jaki, tylko ROWER. Jak jeszcze raz spojrzycie na Vina i wyobrazicie sobie tam mnie, to scena jakby żywcem wyjęta z jelitkowskiej ścieżki. Jesuuuu, ja już nawet wtedy w Gdańsku mieszkałam.... Chciałam jakoś zwalić na to, że wpływ Britney czy coś, ale no niestety, byłam już młodą kobietą, nie dziewicą nawet, za to na różowym rowerze z wielkimi białymi oponami, uroczym białym koszyczkiem i błyszczącymi frędzlami przy kierni. Ba! Ja nawet zamiast dzwonka miałam trąbkę. Nie wyróżniał mnie wzrok dziki ni suknia plugawa, wyróżniał mnie ten bajk. Cholera, faktycznie, oglądałam kiedyś na Vivie Paris Hilton i Nicole Richie w welurowych dresikach, to mogło być to. W każdym bądź razie ten rower widywałam w gazetach jako hit (nie w gazetkach HIT), miały je amerykańskie dziewczyny, no to jak i mnie przyszło taki brać, no helloo, no nie bralibyście? Rzuciłam więc swego górala i wcale nie było mi żal, miałam sprzęt, jakiego mało na ścieżkach było. W sumie rozumiem, czemu.

5. IKEOWSKA SOFA W RÓŻE. 

 


No dobra, kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Wydaje mi się, że każdy o niej marzył. Jak wszedł katalog z tym pokryciem, myślałam, że zwariuję. Już wtedy bujaliśmy się z naszą wielkim fioletowym dwumetrowcem, więc zakup nowej sofy odpadał. Jeju, jakie to śliczne. Mogliśmy być ze starym jak pośród ogrodu ta królewska para. Jeszcze wtedy miałam pomalowane ściany w kuchni na lawendowo... No i znowu byłoby jak na herbatce u Bukietowej, tym razem już for real. Widziałam, jak ludzie wynoszą hurtowo te pokrycia, plan nawet miałam, żeby zszyć dwa i wcisnąć na naszą, stary może to potwierdzić. Zazdrość mnie zżerała na widok tych róż w świetle świec, trzy moje koleżanki z pracy już ją miały. Zastanawiałam się, czy to jeszcze kanapa, czy może już problem egzystencjalny. Pozostałam jednak lojalna wobec własnego kraju i ostatecznie klapłam na swej fioletowej sofie polskiej produkcji. Jej też już w sumie nie mam, ale z pewnością pobyła z nami dłużej, niż pobyłyby te wersalskie ogrody.

***
Lista wyznana i nawet nie będę się pytać, czy macie swoje, bo już wiem, że TAK :-)
U mnie jesteście bezpieczni, więc zróbmy tu porządną imprezę w komentarzach.

Do następnego :-)

10 komentarze

  1. Poza taśmami led, reszta jest na mojej liście + kilka innych perwersyjnych zachcianek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no,biel była... reszta nie ale popatrz na ten szezlong jest piękny !!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jest! Tylko zupełnie nie w moim stylu :-D

      Usuń
  3. Uśmiałam się tak, że mi "mięso z żeber się odkleiło"- dobre. Kanapa w kwiaty i mnie kiedyś wpadła w oko i na szczęście wypadła, dzisiaj bym nie kupiła. Poza tym schaby chick pałętał się po domu, a i lawendy śmędy jeszcze, ale to z neta zaraza. Od znajomych nie miałam inspiracji. Chciała też tak bardziej parysko, wieże Aifla (nie wiem jak się pisze, sorki)i francja elegancja, ale to nie moja bajka i szybko przeszło. Ledy nie robiły na mnie wrażenia, u siebie bym ich nie widziała zupełnie, białą podłogę mogłabym mieć, więc mnie masz:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, a był jakoś przez chwilę i u mnie taki 'wielkomiejski' szał, ale ja chyba poszłam w Niu Jorka, też mi szybko przeszło :-P

      Usuń
  4. Ja niestety, jak 3/4 mojej rodziny, postanowiłam sobie walnąć wielki narożnik na ćwierć mojego dziennego pokoju. Właśnie zamierzam się z nim rozstać po roku tylko nie wiem co na to mój stary bo zdaje się, że jeszcze mu się to w głowie nie mieści. Poproszę o trzymanie kciuków za pomyślne zakończenie jego bytu u mnie.
    Dominika Woźniak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki Domi! Nie dla wielkich gabarytów!

      Usuń