Jak odświeżyć starą ramę, czyli prezent dla siebie.


Bo właściwie dlaczego nie sprawić sobie samemu prezentu, zamiast tylko czekać na niego? My ze starym nie z tych, co sobie kitrają niespodzianki pod szafą. My gramy zawsze w otwarte karty- ja marzę o tym i o tym, a ja chcę to i to. Takim sposobem nie ma szans, żeby ktokolwiek był nieszczęśliwy, a i nie brakuje elementu ekscytacji, pomimo że dokładnie się wie, na co czeka. Ja jeszcze dodatkowo lubię sobie sprawiać prezenty, w końcu o relację samego ze sobą trzeba dbać najbardziej. 

Kocham rzeczy do domu i najczęściej sprawiam je sobie sama- no któż zna lepiej moje gusta. Uszczęśliwianie własnej osoby jest wpisane w moją psychikę, bo jestem z natury samonakręcającą się maszyną i jeszcze samowystarczalną na dodatek. Choć nie powiem, miło jest, jak to stary jednak wywierci czy odkurzy. No ale jednak od siebie dla siebie też jest fajnie. 

Sprawiłam więc sobie nowy obraz na ścianę, a jeszcze wcześniej wszelkie elementy, by tego dokonać. Po cóż kazać tej biednej rodzinie gmerać po starociach, jak oni nie umiejo, nie wiedzo i jeszcze na jaki bubel trafio. Niech lepiej karpia usmażą, bo ja z kolei do garów ochoty nie przejawiam. 

Obraz powstał z mapy, którą miałam kiedyś nad łóżkiem i ze starej drewnianej ramy. Rama sama w sobie jest świetna, ale jak już wspominałam, mam dość brązu w moim mieszkaniu. Ilość brązu w  brązie szkodzi mi na głowę, bo jeszcze włos i oko w tym kolorze posiadam i to też codziennie w lustrze widzę. Ileż można. Tak więc zrodził się pomysł, że ramę pomaluję na kolor współgrający z lamperią. 

Gwoli wyjaśnienia: za malowaniem mebli i rzeczy generalnie nie przepadam, ale nie poradzę nic na to, że większość staroci jest jednak niestety we wszystkich odcieniach brązu. Nie lubię też robienia mebli nowych na stare. Ale jeśli jest to staroć, który wygląda nieświeżo i jest w brązie, o tak, bardzo bardzo tak. Staroć już starzej wyglądać nie będzie, jedynie może być o niebo ładniejszy. 


Teraz będę malować nieco więcej, bo i za kolorem zatęskniłam, i jeszcze witrynka czeka w kolejce. Jeśli i Wy się borykacie z ilością brązu albo innego, gnębiącego Was koloru, mam prawdziwą gratkę i antidotum na ten wnętrzarski stres: farby kredowe. Nie wymagają szlifowania, zdejmowania starych powłok farby i lakierów z powierzchni. No czy to nie cudowne? Umówmy się, kto w warunkach domowych ma ochotę na opalanie starej farby albo katowanie się szlifierą? No hellooł, na szczęście są przyjemniejsze sposoby dla takich starociowych łasuchów jak my. 

Farba, która poszła w ruch przy mojej ramie, to farba kredowa Annie Sloan w kolorze Lem Lem. Produkty Annie są po prostu mistrzowskie, kto spróbował, ten wie. Przyjemne w aplikacji, w ciekawych odcieniach, a do nich całe mnóstwo niezbędnych akcesoriów wysokiej jakości. Odświeżanie tej ramy to była po prostu lekka i przyjemna praca, a efekt jest świetny! Po raz pierwszy miałam do czynienia z takim produktem i myślę, że poradziłam sobie całkiem okej :-) To dobra próba przed odświeżeniem dużej witryny, za którą zabiorę się jutro, gdzieś między pieczeniem ciastek a myciem okien. 



Cały proces używania tych farb jest bardzo prosty: najpierw dwukrotnie malujemy rzecz, z przerwą na wyschnięcie każdej warstwy (około godziny). Następnie, przy użyciu papieru ściernego (ja używałam pilnika i też się sprawdził) przecieramy te miejsca, z których farba naturalnie łuszczy się i ściera, ale też i te ozdobne, by bardziej je podkreślić, czyli wszelkie żłobienia (u mnie zdobienia na ramie). 



Następnie całość woskujemy, aplikując bezbarwny wosk Annie Sloan. Wosk nadaje fajne matowe wykończenie oraz chroni pomalowaną powierzchnię przed wodą i uszkodzeniem, dzięki niemu można mebel normalnie przetrzeć detergentem do kurzu, bez ścierania farby. Ja na sam koniec użyłam jeszcze miedzianego wosku do stylizacji, którym podkreśliłam te przetarcia. Moja rama była oryginalnie w kolorze brązowo- miedzianym, więc ten dodatek wypadł na koniec niezwykle naturalnie. I gotowe! 




Jeśli jeszcze do tej pory nie korzystaliście z tej metody, gorąco Wam polecam. Przepadniecie na bank! 




 Wszystkie oryginalne produkty Annie Sloan dostaniecie w sklepie PatyNowy, który był partnerem mojej metamorfozy. 

Ja jutro biorę się za witrynę, do malowania której ostatecznie wybrałam odcień French Linen, a Wam życzę spokojnego weekendu :-)

Do następnego!

8 komentarze

  1. Ha! Mam podobną ramę w piwnicy, może też z niej coś wymodzę?! Choć mi po głowie chodzi coś świątecznego... No nic, prześpię się z tym pomysłem. A u Ciebie jak zawsze pięknie, i z niecierpliwością czekam na witrynkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No polecam modzić, polecam :-) Świąteczne wersje to jak dla mnie szkoda zachodu, mało powisi :-)
      Dziękuję :-*

      Usuń
  2. A ja takie ramy traktuje zawsze na złoto i nie wiem dlaczego.Może to z potrzeby odrobiny luksusu a może dlatego ze lubie zestawienie złotej ramy z prl-owskim fotelem i np.metalowym szpitalnym taboretem.Uwielbiam jak meble zupełnie do siebie nie pasuja i sa jakby z innej epoki;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złoty klasyk ;-) U mnie czy brąz, czy złoto, jeden ciul, dość mam! :-D

      Usuń
  3. Czad! Świetny kolor. Ja też uciekam od brązu. W jednym domu przerobiłam na czarny, ale w drugim już chyba nie dam rady. Jednak z przyjemnością oglądam takie metamorfozy.

    French Linen jak najbardziej ok.

    OdpowiedzUsuń
  4. OMG, jaka piękna!!! Farby znam ze słyszenia, ale jeszcze nie próbowałam, trochę drogie jak dla mnie, niestety. Z prezentami tak samo robimy od lat, nie ma nic gorszego jak nietrafiony prezent:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie też pierwszy raz. Co do ceny muszę szczerze powiedzieć, że warto wydać- farba jest świetna, jedna z lepszych, jakimi malowałam, do malowania jakiegoś wymarzonego jednego mebla idealna, do tego bardzo wydajna ;-)

      Usuń