Metamorfoza dębowej witryny (według starego).


My ze starym jesteśmy zasadniczo jednostki osobowościowo identyczne. Normalnie nikt jeszcze mi tak w życiu nie przypasował jak on. Rozumiemy się w pół zdania, wystarczą nam gesty jednym palcem i już chwytamy wzajemne intencje. Uzupełniamy się też idealnie- gdy on nienawidzi rozwieszać prania, ja robię to chętnie, ale tylko w zamian za odkurzanie palet. Jesteśmy jak te marketowe puzzle z Pinokiem- on to te części z bocznym ząbkiem, ja te z dziurką. 

W jednym tylko aspekcie różnimy się dość znacząco, ale i przy tym dopełniamy w sam raz. Otóż ja nienawidzę wszelkiej dłubaniny i jestem jedną z najbardziej niecierpliwych osób, jakie znam. Wszelkie czynności, polegające na jakiejkolwiek manualnej i drobnej pracy, są dla mnie katorgą i z pewnością zrobię je jakoś na odwal. Jestem idealnym przykładem leniwego pracownika, któremu zawsze zlecało się zadania na ostatnią chwilę- nigdy nad nimi bowiem długo nie myślałam, lecz szukałam logicznej drogi na skróty. Stary za to czyni wszystko zupełnie na odwrót. Drąży i ściboli do usranej śmierci. Może tak gmerać i dłubać, rozbierać komputer na części i składać z powrotem, nawlekać kulki na szprychy, naprawiać i szukać przyczyny danego problemu. Lubi analizować i siedzieć nad czymś nawet wiele godzin, w ciągu których ja mogłabym ostrzyc całe osiedle. Gdybym była fryzjerką. 

Tak było z tą witryną, na którą stary napalił się bardziej niż ja i którą postanowił sam odnowić, bo ja, cytuję: 'machnę lipę'. Okeeeej, myślę sobie, rób! Jak to mówiła moja babcia: 'dla mnie jeszcze lepiej'. Zajęło mu to dwa dni. DWA dni, w ciągu których posprzątałam całe mieszkanie i zrobiłam jeszcze miliard innych czynności, podczas gdy stary pieczołowicie skrobał i woskował jedne drzwiczki. Natrząsałam się i pokpiwałam z tego mojego dziada, ale kiedy zaprezentował mi efekt końcowy, no to już niech mu będzie. Wyszły mu te rzeczy jak włosy z za krótkiego kucyka- no wszystkie!



Oto moja narożna witrynka w wersji 'before'. Dębowy mebel upolowany na olx za 50 zł, w średnio dobrym kolorze, lekko poplamiony u góry, ale ogólnie w super stanie. Najlepszy w niej jest fakt wyjmowanych szyb, bo na samą myśl o oklejaniu każdego szkiełka robiło mi się słabo (stary mówi, że mógłby kleić). Do metamorfozy witryny wybraliśmy farbę kredową Annie Sloan w kolorze French Linen. To szary odcień z kroplą khaki, co daje nam kolor nawiązujący do barwy naturalnego francuskiego lnu. Cały proces jest dokładnie taki sam jak w przypadku metamorfozy ramy, więc nie będę się już powtarzać. Tutaj też nie trzeba było nic a nic szlifować. Dwie warstwy farby, przecierka brzegów, wosk bezbarwny i na koniec połyskujący wosk miedziany. Et voila! Jeszcze metalowy dzyndzelek został zastąpiony porcelanową gałką z Zary Home. Mam w końcu witrynkę! I znowu obdarowałam siebie (oops).















Oryginalne produkty Annie Sloan zakupicie w sklepie PatyNowy, który był partnerem mojej metamorfozy. 

No i jak wyszło?

Do następnego! 

Tags:

Share:

8 komentarze

  1. no wyszło wyszło! ja mam bardzo podobną, tylko nie narożną i bez wyjmowanych szybek. Jakieś pół roku temu pomalowałam ją na żółto, ale tak się te cholerne szybki zapaćkały że póki co stoi w kącie i czeka na lepsze czasy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie też się tego obawiałam :-D
      Bierz się za nie, bo szkoda piękności do kąta :-)

      Usuń
  2. Pięknie wyszło, szary odcień piękny i wykończenie cudne. Gratuluję męża:)

    OdpowiedzUsuń
  3. no cudna, gratuluje męża, gratuluje witrynki ale najbardziej gratuluje tych dwoch dni!

    OdpowiedzUsuń