Czy naprawdę się zmieniamy, czyli na co przepuszczam ostatnie pieniądze.


Przeczytałam jakiś opublikowany w sieci raport, że aż 80% z nas robi porządne noworoczne postanowienia. Plany te jednak są aktualne tylko do marca, a do końca roku jest w stanie w nich wytrwać zaledwie 5% społeczeństwa. Zastanawia mnie, czy to świadczy o tym, jak bardzo nasze marzenia są nierealne, jak słaba jest nasza wola, a może o tym, że tak naprawdę wcale nie jesteśmy w stanie aż tak się zmienić, jak nam się wydaje. 

Styczniowe postanowienia zwykle mają znamiona jakiegoś milowego kroku: schudnę dziesięć kilo, definitywnie zerwę z gównianą pracą, przeprowadzę się do Londynu i będę zawodowo piekł bułki. Od pierwszego dnia nowego roku tak bardzo chcemy odmienić nasze życie. Wraz z pierwszą wystrzeloną w niebo petardą z Biedry wyobrażamy sobie, że oto właśnie teraz nagle staniemy się kimś innym. Kimś, kto nienawidzi siłowni, ale teraz ją pokocha. Tym, kto wielbi fajki, ale teraz właśnie je definitywne rzuci. Tym, kto nienawidzi ludzi, ale teraz właśnie stanie się jednostką najbardziej społeczną na świecie i bardziej towarzyską niż Paris Hilton. Bo tak sobie właśnie postanowiliśmy. 

Ja postanowień nie robię. Robię miejsce na spontaniczne decyzje i wiem, że życie potrafi popłynąć zupełnie własnym torem, przy okazji zabierając mnie ze sobą. Mam też od długiego czasu jeden długi plan, który nie ulega przeobrażeniu, jak tylko 31 grudnia wybije północ. Nie twierdzę też, że życia nie da się odmienić, bo się da i to bardzo, ale tylko wtedy, kiedy jedziemy na decyzjach opartych o nasze wewnętrzne cechy, upodobania i możliwości. Można być przecież tylko lepszą wersją samego siebie.

Nie mówię, że będę teraz pakować na siłce. Że nagle moje mieszkanie stanie się osiedlową meliną towarzyską i nie będę już taka pedantyczna. Że teraz będę sobie robić paznokcie żelowe, a nie przepuszczać ostatnie pieniądze na starocia. Bo ja właśnie przepuszczam je głównie na starocia. Żebyście widzieli, jak w Wigilię ciągnęłam z antyków ten wielki kufer, choć jeszcze nawet nie miałam żadnych zakupów. Nawet nie wiedziałam, co my w ogóle zjemy w te święta :-D Od pierwszej liceum tak robię- trzymam w piekarniku swetry i pamiętam tylko o nowych dostawach w szmateksach. Nienawidzę gotować i nie lubię oglądać filmów, których nie znam. Nie żal mi stówy na wytarty kufer, ale na szampon za 40 zeta już tak. No to przecież teraz nagle nie stanę się kizią mizią ubraną w Guess od góry do dołu. Już w podstawówce nienawidziłam dzieci, kleciłam swoje półki ze sznurków i miałam gdzieś pierwsze włosy na nogach. Dzisiaj, dwadzieścia lat później, pomimo kilku życiowych zakrętów, bolesnych przejść, fajnych doświadczeń, a nawet pomimo męża, zupełnie nic się nie zmieniłam.

Akceptacja własnych ograniczeń i osobowościowych cech ułożyła mi życie i teraz wszelkie plany robię w oparciu o nie. Nie próbuję stać się nagle kimś, kim nie jestem. Bo my się wcale tak bardzo nie zmieniamy. Mamy jakieś tam spadki formy, skręcamy często nie tam, gdzie trzeba. Ale ten w nas to nadal ten sam dzieciak, który kocha cukierki i jest najsłabszy z wuefu. 







Do następnego :-)

4 komentarze

  1. Zgadzam się z każdym słowem. Wgl ladnie piszesz ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez się nic nie zmieniłam i nie lubię postanowien, chociaż chcę się nauczyć grać na gitarze, o! :P
    pozdrawiam,Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to powodzenia! Wymiatać na elektrycznej- dream! <3

      Usuń