Jak ładnie podać śniadanie (bo miłość jest trochę nudą).


W tym roku obchodzimy ze Starym ósmą rocznicę ślubu. Brzmi zatrważająco. Brzmi staro! Trąci starym dobrym małżeństwem, naftaliną i wiszącą wargą. Bo wiecznie jest jakiś nacisk, by nieustannie podsycać ogień i dokładać do pieca jakimiś frywolnymi majtami, bo inaczej Stary na pewno nam zwieje ('gołe siksy zastąpiły mi komiksy'). 

Po ślubie naczytałam się, że muszę szybko jakoś ogarnąć życie domowe i erotyczne na glanc, bo najgorsze, co może się parze przydarzyć to nuda. Bezwzględnie należy jej przeciwdziałać, nawet kosztem wyimaginowanych problemów i sztucznie organizowanych awantur, jakoby mężczyźni kochali zołzy. Z drugiej strony, jak to mówi Madzia Gessler, o męża należy nieustannie dbać i być trochę gejszą- masować stopy, drapać za uchem, pytać, czy chce kanapkę do łóżka czy może do wanny, kąpiele z olejami nastawiać i generalnie oporządzać takiego. I nie tylko, że baba, on też musi! Musi się w kółko starać, kipieć seksem, rzeźbić sześciopak i być zawsze ogolony. Kitrać się w łazience, kiedy ma wzdęcia i w ogóle nie może pokazywać takich nieatrakcyjnych rzeczy przed damą. A potem człowiek boi się już siedzieć z nieumytą głową i niepowyrywanymi brwiami, boi się, co to będzie, oj, co to będzie, jak go druga połówka jego jabłka czy innego ogórka zobaczy z zielonym gilem do pasa- czy to znaczy, że to już? Znaczy się, odpuściliście. Goodbye my love.

I ja trochę odpuściłam, ale cały ten regulamin i skumałam, że miłość w swej najlepszej postaci to ta zwyczajna nuda. Nuda at its finest. Że siedzimy pół dnia cicho, zagapieni w swoje książki. Że jak robimy zakupy, to wiemy, że on nie lubi pomelo, a ja oliwek z papryką. Że nasze małżeństwo chodzi jak szwajcarski zegarek, bośmy sobie (samo jakoś wyszło) tak przyziemne rzeczy między sobą podzielili- ja robię wszystko co w domu, a Stary co poza nim. Że możemy sobie pomilczeć, zająć się sobą. A jak coś się dzieje, to rzucamy wszystko i jesteśmy sobie wsparciem. Że niby rutyny w związku trzeba za wszelką cenę unikać. Dla mnie ta rutyna to jest całe clou imprezy. Najlepsza część. Mówimy sobie często 'kocham Cię', ze sto razy dziennie. Obiad, mycie naczyń, włączenie płyty, 'kocham Cię', beknięcie, zabawa z psem, 'kocham Cię', dyskusja o Nanga Parbat, spacer, 'kocham Cię'. Podobno mówienie tych słów często, powoduje ich wyświechtanie, bo to przecie trzeba sobie tylko przy Wieży Eiffla wyznawać. A my mówimy często, jakby to był jakiś zwykły element dnia, jak wyrzucenie śmieci. Dla mnie dobry związek to kanapki z serem, szacunek, przyjaźń i trochę nuda. Bo co mi po tych majtach frywolnych, kiedy jak przychodzi kicha w życiu, to nie ma  się na kim zawiesić (albo jak już w nich po prostu nie wyglądam).


Takie śniadanie razem na przykład- zwykła sprawa, zwykłe życie, proste rzeczy. Najlepsze. Ta codzienność razem. Odkryłam niedawno sposób, jak nawet taką owsiankę, która wygląda jak kupa i smakuje jak papier, zamienić w coś ładnego. Wykrawacze do ciasta, simple as that. Nawet Stary dałby radę, żeby mi w niedzielę albo w jakieś inne Walentynki takie ładne jedzenie podać. Płatki owsiane gotowane na wodzie z odrobiną mleka roślinnego, do tego owoce, ziarna, orzechy, co tylko. No i te wycięte w kształt rodem z painta plasterki. Czary mary i wygląda to zupełnie fancy, pinterestowo. I ja wcale nie muszę być okładana dildo i latać nad Seatlle.




Tylko nie piszcie mi teraz, że Wy na Walentynki uczycie się jakiegoś seksi układu choreograficznego! 

Do następnego <3 

Share:

4 komentarze

  1. Gratuluję. Moja nuda małżeńska też kwitnie i co najmniej raz dziennie mówimy kocham. Nie lubimy się rozstawać, nawet gdy robimy coś osobno. Owsianka jak dzieło sztuki. Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj też nienawidzę się rozstawać. pozdrowienia!

      Usuń
  2. Te gwiazdki to jest mistrzostwo..Ewa

    OdpowiedzUsuń