Niekuchenna kuchnia i barek ze starego hokera.


Znacie już tę moją kuchnię na wylot, z resztą jak i całe mieszkanie, ale ostatnimi czasy przybyło tu trochę nowego ludzkiego towarzystwa (hej!), to dziś nastąpi mały kuchenny upgrade. W związku z tym, że moja kuchnia jest, jaka jest, mam wrażenie, że od czasu do czasu muszę się z niej 'wytłumaczyć' (oczywiście z przymrużeniem oka), szczególnie przed nowymi osobami, których zawsze dziwi brak kilku, że tak powiem tradycyjnych, rozwiązań. 

Kocham kuchnie na otwartym planie, zwane dziś potocznie aneksami. Nie kochałam ich szczególnie, dopóki z taką nie zamieszkałam, bowiem dotychczas obcowałam z kuchniami w postaci osobnego pomieszczenia, co oczywiście też miało swoje zalety (szczególnie przy braku zmywarki). Odkąd jednak poznałam smak aneksu, a także od kiedy wiem na pewno, że moim docelowym i wymarzonym domem jest przestronny loft, już nie wyobrażam sobie mieszkania w formie małych, zamkniętych pomieszczeń. Otwarty plan w mieszkaniu to jest to. To jest światło, powietrze, oddech, zwiększona przestrzeń dzienna. To jest możliwość zmywania/gotowania i rozmowy, to jest jakaś tam namiastka tego mojego wymarzonego, industrialnego wnętrza. O ile jednak raczej nie przestrzegam jakichś tam wnętrzarskich reguł, że tam pięćdziesiąt centymetrów w tą i półtora metra tu, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że kuchenny aneks to jednak jest sprawa dość wymagająca. No nuda, wiem, ale co zrobić. 

Wszystko rozgrywa się o widok z tak zwanego salonu. Niepozmywane gary, mnóstwo dupereli, nieładne opakowania- oto, co mnie drażni, w związku z czym wciąż jestem w kuchni na ścierze. Nie lubię wiszących górnych szafek (a i na dwie osoby plus pies nie mamy znowu aż tyle rzeczy), ale gdybym się na nie zdecydowała, pewnie byłyby jakieś gładkie. Wszelkie szprosy potęgują wrażenie przeładowania, otwarte półki też, chyba że są ładnie zagospodarowane i niezagracone.  Póki co jednak obywam się bez górnych i cieszę się z tego faktu ogromnie. 

Lubię, kiedy kuchnia jest taka trochę 'niekuchenna'. Są w niej elementy salonowe- kwiaty, rośliny, jakieś ładne dodatki, fajne puszki. Lubię też, kiedy między aneksem a salonem stoi coś w rodzaju niedużego 'rozgranicznika' powierzchni- jakaś wysepka kuchenna czy barek. Nie dla pustych densflorów, tak dla dobrego zagospodarowania. Jakoś tak lepiej jawi mi się aneks, gdy coś tam go trochę od reszty oddziela.

Jeszcze do niedawna tym czymś u mnie był stary stół, który ostatecznie sprzedałam, potem na środku był mój biały wózek, bom kupiła szpitalną szafę, ale odkąd szafa zmieniła lokalizację i z czasem pojawi się w nowej konfiguracji, a jadalnia została urządzona w tym kącie, zostałam niejako z niczym na środku. Jako że tak być nie może, postanowiłam wziąć się za jakieś DIY. No i padło na hoker. 




Tak naprawdę to chciałam wyszperać coś nowego, jakiś taki wysoki drewniany stolik czy coś, jednak nie było mi to dane i nic stosownego nie wpadło mi w ręce. I wtem przypomniał mi się mój wysoki hoker w okropnym kolorze wenge, co to go za darmo wzięłam z likwidowanej apteki. Nie zrobiłam mu jednak porządnego zdjęcia 'before', ale uwieczniłam go w swej naturalnej postaci na moim instagramie. Jak widać, obraz brązu i rozpaczy. 

Zrobiłam z niego taki mini- barek, który oczywiście nie jest stricte ani barkiem, ani tym bardziej jakąś wyspą do przyrządzania potraw, służy bardziej celom dekoracyjnym, wizualnemu oddzieleniu przestrzeni, a także, jak się później okazało, składowaniu owoców, bowiem udało mi się upchnąć mu między nogami metalowy koszyk. 

Najważniejsze w tym procesie było pomalowanie stołka, wiadomo. Do tego celu użyłam kredowej farby Annie Sloan w kolorze French Linen- coś między szarością a beżem. Jak widać, barek miał metalowe elementy, a i sam w sobie był lakierowaną płytą, dlatego zwyczajna farba nie dałaby mu rady. Farby kredowe są idealne, bo nic nie trzeba szlifować. Nic a nic, dwie warstwy i gotowe. Potem szukałam czegoś, co sprawi, że będzie jednak bardziej kuchennym barkiem niźli kwietnikiem, wpadłam więc na pomysł wieszaków. Kupienie nowych minęło się z celem, za dużo mam kartonów z resztkami wszystkiego w domu, zrobiłam je więc z kawałków skórzanych spodni (które pocięłam przy okazji tego projektu), a w nich dyndają wieszaczki z Ikei, które miałam kiedyś na szynie na ścianie (jak dobrze, że jednak niczego nie wyrzucam). Tego typu skórzane elementy są dziś na czasie, więc się mimochodem dobrze zgrało. Na deser cudem zamocowałam koszyk, bo zupełnie nie miałam pomysłu na półkę poniżej. 

I gotowe! Aneks trochę odświeżony, trochę odjęłam, trochę dodałam. Stary mi zawsze mówił, żebym nie robiła więcej DIY, bo to w moim wykonaniu nie wygląda, ale tym razem stwierdził, że barek przypomina jakiegoś gotowca z Ikei. Po dłuższym zastanowieniu uznaję to jednak za niewielkie słowa uznania.  
















Tym razem odkurzyłam kratkę do zdjęć. 

No i jak, podoba Wam się?

Buziaki!

Tags:

Share:

14 komentarze

  1. super kuchnia i stołeczek też !

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście wygląda jak dizajnerski stołek prostu ze sklepu Masz dar dziewczyno tak trzymaj Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie to wymyśliłaś, mebel wygląda "zawodowo". Gdzie się podziała witryna?

    OdpowiedzUsuń
  4. łeeee no super! Ja bym taki stołek - stolik przygarnęła ;) Jestem tu od niedawna, więc dopiero poznaję zakamarki, ale też mi się marzy kuchnia bez górnych szafek <3 fajnie tam u Was :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ten blog to rewelacja pod każdym względem
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  6. Normalnie padłam z wrażenia ze zrobiłas takue Diy ale jak Cię znam szybko to zmienisz bo Ty kochana musisz miec szlachetnego starocia i basta;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee, za dużo staroci to nie mój styl ;-)

      Usuń