Urban jungle w praktyce (głównie mojej).


Realizacja założonego planu w postaci utrzymania przy życiu mych zielonych dzieci accomplished. Przeżyły: wszystkie. Zgony: nie odnotowano. Yay! Oczywiście nie wszystkie przetrwały tę cholerną zimę w pełnym zdrowiu, ale widzę cień szansy na pełne wyleczenie.

W temacie roślin ostatnio każdy ma jakieś porady, ludzie książki wydają, dzielą się sposobami, złotymi środkami i całą swą zieloną wiedzą tajemną. To temat gorący i jakże przyjemny. Nie wszyscy się wkręcili w urban jungle, ale tych nie rozumiem- kiedy zabieram z livingu wszystkie rośliny do wanny, robi się łyso jak u Majdana przed przeszczepem. No to są najpiękniejsze dekoracje, must have zwyczajnie. Jeśli nie szalona dżungla, to chociaż coś, cokolwiek. Green is good.

Wracając do porad, nasłuchałam się ich i ja, naspisywałam, nawypytywałam. I dziś zamierzam powiedzieć, jak to się zadziało w praktyce, czyli w życiu. Bo najlepiej jest grać w zielone trochę na własnych błędach, ufać intuicji, choć opartej na jakichś sprawdzonych źródłach. Znaleźć własne sposoby na swoje krnąbrne brzdące, bo to jest trochę jak z wychowywaniem dzieci- jak zacznie się wtrącać teściowa, to wyrośnie mały nicpoń. Niby wszystkie okazy z jednej rodziny, ale każdy przecież i tak inny. 

URBAN JUNGLE- CO SIĘ U MNIE SPRAWDZIŁO.


Nie trącaj! 

Oesuuuu, tak bardzo TAK. Jak już masz coś zielonego, najlepiej tego nie dotykaj. To znaczy dotykaj, ale tylko wtedy, kiedy MUSISZ (podlać przykładowo). A tak to nie kręć, nie trącaj, no i najważniejsze- NIE PRZESTAWIAJ DO CHOLERY. No właśnie, cholera. Wydawało mi się, że to, czy monstera stoi tu czy tu, to nic jej nie zrobi, w końcu to w tym samym pokoju się dzieje, no luz. NOŁ. Zacięła się od przestawiania i zero nowego liścia od grubo ponad roku. Kocham moje roślinki i teraz już tylko one powstrzymują mnie przed zmianami w domu- tak się boję o ich życie, że już wolę nie ruszać.

Nie podlewaj! 

Znaczy się podlewaj, ale nie kaktusy. Już ja wiem, czemu wszystkie moje kaktusiątka zdechły, a raczej zgniły jak twarz kreskówkowej Panny Młodej. Kaktus to roślina, a rośliny podlewamy przecież cały rok. NOŁ. Kaktusów nie podlewamy od listopada do kwietnia. Wcale. W kwietniu one się wybudzają niczym jeże spod liści, a na dzień dobry najpierw fundujmy im lekki prysznic zamiast kubła zimnej wody. Ja podlewałam je hurtem i potem miałam w doniczce jakąś zieloną papkę z kolcami. Uprawa kaktusów w naszym klimacie jest trudna, ale tylko dzięki tej zasadzie moja euforbia z działu 'oddam' przeżyła.

Tylko nie z kranu!

Nie zapomnę, jaką miałam beczkę z tych porad, że roślin nie podlewamy wodą z kranu. Buahahaha, no jeszcze czego, żebym się miała tak z jakimiś roślinami pierdzielić. NOŁ. Woda z kranu jest dla kwiatów za twarda. Teraz już mam taki nawyk, że w przeddzień podlewania odstawiam w dzbanie wodę przegotowaną i podlewam nią rośliny dopiero na drugi dzień. Przegotowana woda odstana- oto clou tej imprezy.




A CO SIĘ NIE SPRAWDZIŁO....


Za mokro.

Podlewać raz na tydzień, mówili. U mnie niestety okazało się to za dużo! Wszystko przez fakt, że mój kwadrat ma orientację północno- wschodnią, czyli raczej niewiele światła. Zimą w mieszkaniu jest zatem o wiele chłodniej, a my i tak jakoś specjalnie mocno nie grzejemy, bo nie lubimy. Woda z roślin nie wyparowuje w tym czasie tak szybko i często po tygodniu ziemia była jeszcze wilgotna (początkowo nie sprawdzałam tego, tylko zalewałam ją nową porcją). Najlepiej wyszło mi podlewanie raz na półtorej lub nawet raz na dwa tygodnie. Dopiero teraz, przy okazji wiosny i lata, zwiększę tą częstotliwość. I zawsze najpierw sprawdzam ziemię, czy aby na pewno jest wystarczająco sucha.

Ostrożnie z odżywką.

Z odżywianiem jest jak z suplementami dla ludzi- zapodając sobie witaminek przy odpowiednim ich poziomie we krwi, szkody se tylko narobimy nie pożytku. Kupiłam ja odżywek, oj kupiłam, a na drugi dzień jeden kwiat był całkiem goły jak glaca Pazdana. Co za dużo, to niezdrowo, najlepszą odżywką jest a: woda po gotowaniu jajek (też odstana), b: wymiana ziemi co jakiś czas (w wyjątkowych wypadkach, z tym też lepiej nie przesadzać). 

Najlepiej na parapecie?

'Postaw na parapet', mówili. A no nie do końca. Wiele, naprawdę wieeeele gatunków roślin wprost nie znosi tak ostrego słońca, jakie wali prosto na ich liście zza nagrzanej szyby. Trzymałam kilka okazów przez chwilę na parapecie okna przy jadalni, czyli tam, gdzie mam w mieszkaniu słońca najwięcej. I dostały brązowych przebarwień niczym skóra po solarium. Najlepsze stanowisko? Półcień.



Kto też ma jazdę na rośliny? Co się u Was sprawdziło, a co nie?

Do następnego!

Share:

10 komentarze

  1. No u mnie, wiadomo, dżungla. Kocham doniczkowce. Gdzieś u mnie na fejsie jest fotka robiona tuż przed przeprowadzką - jak zgromadziłam je w jednym miejscu to dopiero do mnie dotarło ile tego mam :D Aha, jeżeli mogę się wtrącić - jak nie chcesz mieć ciemnych plam na blacie tego mebelka, to nie stawiaj doniczek ceramicznych ani takich spodeczków - ceramika jest porowata i oddaje wilgoć długo po podlaniu, ja tak sobie załatwiłam komodę, musiałam cudów wianków dokonywać, żeby te plamy usunąć. Wiem, że plastik jest nietenteges, ale na meblach podstawiam pod doniczki tylko takie spodki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem wiem, to tylko do foty postawiłam akurat te ceramiczne, zwykle stoją w innym miejscu, a tu puszki ;-))

      Usuń
  2. Aha, generalnie stosuję te same zasady co Ty, czyli nie ruszam, nie przestawiam, no chyba, że muszę, przesadzam na wiosnę, tępię ziemiórki oraz prowadzę z moją dżunglą rozmowy na temat. Jednego doniczkowca mam od 20 lat, przeżył ze mną jakieś 11 przeprowadzek, żyje i ma się dobrze :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O cholera, ciekawe czy i ja dożyję z moimi takich czasów :-D

      Usuń
  3. U mnie w zasadzie wszystko się sprawdza. Mam rękę do roślin, chociaż zamordowałam kilka lat temu ceroopegię, której o zgrozo dość długo szukałam :( Pilea zanim weszła na blogowe salony stała w mojej kuchni i chyba nie było jej tam za dobrze, bo postanowiła się rozstać z życiem.
    Oczywiście w jednym i drugim wypadku to moja wina, bo nie dbałam o rośliny (np. nieregularnie podlewałam)
    Poza tym u mnie rośnie wszystko. Mam już naprawdę stare okazy odziedziczone po babci i sporo nowych kupionych pod wpływem impulsu.
    Tak naprawdę marzy mi się zimowy ogród, który zimą zastąpiłby mi brak zieleni na zewnątrz (trochę nadrabiam zimozielonymi w ogrodzie, bo zieloności wszelakie uwielbiam bezgranicznie).
    fajnie, że moda na rośliny w mieszkaniu wróciła. Dom bez kwiatów jest niezwykle pusty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo pusty! Kiedyś nie miałam ani jednego okazu, teraz już sobie nie wyobrażam inaczej <3

      Usuń
  4. Dzięki za porady! Przydadzą się!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla moich roślin najlepsza opieka to brak opieki ☺ -czyli nie ruszać i podlewać rzadko,mam dużo sukulentow brak wody dobrze im robi, jeden nawet zakwitł w tym roku a myslałam ze zdechnie.Moje rośliny rosną w osłonkach, nie cierpię podstawek, wszyscy mi mówili że tak się nie da ale ja zapominam podlewać wiec wody zawsze mają na styk i rosną jak szalone.Najbardziej lubię te z małych sadzonek, które teraz mają po pół metra, taka dumna mama jestem 😊 Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, że i u mnie to się sprawdza? Najlepiej nie gmerać w nich za często i nie tykać, niech sobie żyją w spokoju! :-D

      Usuń