Mój flirt z eklektyzmem to dziś dojrzały związek.


Każdy związek od czegoś się zaczyna. Od oglądania starych zdjęć Twojego chłopaka, jak za dzieciaka latał z gołym siurem po podwórku i z błotem na oczach. Od chodzenia do kina, ale nie na film. Od niewinnych przytulanek do Barry'ego White'a w Twoim pokoju, zanim jeszcze zrozumiecie, że Waszym powołaniem jest raczej szybka akcja na parkingu. Jednym słowem: każdy związek zaczyna się od czajenia. 

W dekorowaniu na przykład, są to dziewicze flirty na zasadzie: 'ach, wezmę teraz i wstawię do mego czarno- białego wnętrza żółtą świeczkę i poczekam, co się wydarzy'. Mieszkanie skąpane w jednym stylu jest jak pryszczaty nastolatek, który jeszcze nie miał dziewczyny, ale się właśnie do niej przymierza: nie wie za bardzo, od czego by tu zacząć, jak rozpiąć stanik i czy aby nie zapomniał wydepilować sobie klaty. Pierwsze podejście jest trudne, często bolesne i nieudane, no i raczej nie kończy się kosmicznym spełnieniem, po którym zostają tylko wypieki. Pierwsze podejście jest często jak pierwszy raz: choć krótkie i dziwne, to i tak masz ochotę na więcej. 

Z eklektyzmem zaczęłam flirtować dawno, ale długo to trwało, zanim się dotarliśmy. Wszystko przez to, że się czaiłam. Zastanawiałam, porównywałam i próbowałam definiować: czy mój styl, to jest to właściwe boho? Czy może bardziej vintage? A może industrial? Szukając właściwych określeń, zamykałam sobie drogę do wnętrzarskiego szaleństwa, które chyba podświadomie było moim celem. Wyjście poza ramy konkretnego stylu to długi i wkurzający proces, ale na końcu czeka nagroda: totalne wyzwolenie, które wygląda jak luźne cycki po całym dniu kiszenia w staniku. Albo po prostu, jak koniec walki o spełnianie warunków. Od teraz zasada jest jedna: if you like things, they go together. 

Oto moje wnętrzarskie credo, w którym zawiera się cała filozofia mojej wersji urządzania. Tam, gdzie na pierwszy rzut oka nic do niczego nie pasuje, pasować nie musi, wystarczy, że szczerze kochasz każdą z tych rzeczy. Koniec z dopasowywaniem, od teraz znoszę tylko to, co mi się podoba, na przykład: świecący globus, o którym wieki marzyłam, kolejny kawowy stolik, bo chcę móc wyciągnąć se pod nim nogi i emaliowane wiadro, bo nie ma dużych i ładnych doniczek. Nie myślę o synchronizacji i harmonii rzeczy, myślę o tej rzeczy. Mój skromny flirt z eklektyzmem wkroczył w fazę pełnego związku: już nikt nikogo nie pyta o zdanie, ale nadal kochamy się jak króliki. 












Do następnego :-)

Share:

4 komentarze

  1. taki globus siedzi w mej głowie od dawna ... myślę o nim intensywnie więc pewnie niedługo jakiś stanie na mojej drodze ;) miałam taki gdy byłam dzieckiem, ale tak długo się świecił, że aż się biedak stopił 8-) a co do reszty, zgadzam się w 100%, definiowanie - nie tylko przy urządzaniu mieszkania - strasznie ogranicza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żebyś wiedziała, ile w mojej siedział! Bite dwa lata. Grzebałam wszędzie, WSZĘDZIE, znalazłam kilka, ale to były jakieś małe (jakby dziecięce?) lampeczki. Tym razem się udało <3

      Usuń
  2. ej! ja też chcę taki globus! jak zobaczyłam taki po raz pierwszy w życiu, to marzyłam o takim, żeby mi wieczorem świecił i klimat robił ;) Ale miałam lampę z włókien szklanych - też dobrze :) PS: jak już wspominałam na fejsiku - wiadro wymiata!

    OdpowiedzUsuń