Być blogerką do siwego łona, czyli trzy najlepsze blogowe rady.


'Bloger'- modne słowo, które przeszło w społecznej świadomości prawdziwą ewolucję. Od nic nikomu niemówiącego egzotycznego wyrazu, przez synonim gratisów, paczek i postów za bluzkę, następnie po dziwnie lekkie zajęcie za zbyt dużą kasę, aż po realny zawód (z równie realnym wynagrodzeniem) okupiony pracą, sprytem, umiejętnością skupiania wokół siebie ludzi i biznesowym ogarem. I choć dla każdego brzmi to superfajnie, ja osobiście kilka razy rzucałam bloga w pizdu. Dokładnie cztery.

Nie ma chyba blogera, który rozwijałby swoje internetowe dziecko bez krzty wątpliwości po drodze i bez choćby jednego przebłysku o porzuceniu tego gówniaka gdzieś pod drzewem i szukaniu tak zwanej 'normalnej pracy'. Bo dla wielu, szczególnie dla poprzedniego pokolenia, blogowanie jest zajęciem trochę niepoważnym. Przynajmniej dla moich rodziców nim jest, o czym świadczy ich gorzkie i upierdliwe przypominanie mi o moich nieregularnych składkach emerytalnych (piszę tu trochę z perspektywy blogera i freelancera w jednym). W blogerze łatwo zasiać ziarno niewiary w siebie. Zbudowanie fajnej społeczności wokół bloga wymaga dużego zacięcia, tak jak i wielu innych rzeczy, na które wielu nie jest gotowych- wszystko przez mity o łatwej kasie i prezentach pukających wraz z kurierem codziennie do drzwi, najlepiej już od pierwszych miesięcy blogowania. Nie wierzę jednak, że nikt nie chciałby siedzieć w majtkach na łóżku i zarabiać na czynsz. To znaczy na pewno są tacy, dla których blogowanie nie jest marzeniem, ale nie wierzę, że jakiś bloger nie chciałby z tego żyć (nawet jeśli nie głównie z tego). Ja bloguję jakoś niecałe trzy lata i choć na tym polu praktycznie nic jeszcze nie osiągnęłam, to chciałabym radośnie zagrzać do walki tych, którzy z rozgoryczeniem na ustach powoli poddają się. A, i jeszcze jedno- jeśli zacząłeś swojego bloga głównie dla zysku, to lepiej od razu daruj sobie resztę tego postu.

1. TO, ŻE COŚ ZAJMUJE CI WIĘCEJ CZASU, WCALE NIE ZNACZY, ŻE PRZEGRAŁEŚ. 


Przeciwnie, już wygrałeś- w ogóle zacząłeś. Nie bałeś się wyjść ze swoim światem do ludzi. Jednak w dzisiejszym świecie, tak bardzo zdominowanym przez social media, dość łatwo można popaść w zazdrość. 'No jak to! Dlaczego ktoś, kto zaczął blogować razem ze mną, ma trzy razy więcej obserwatorów niż ja??'. Albo lepsze/ciekawsze/w ogóle jakieś współprace. Lajki i obserwatorzy, wredne clou tej imprezy. Mogą przesłonić oczy, generują zgubny mechanizm porównywania się. Niektórzy blogerzy traktują blogowanie jak wyścig szczurów. I te tajemnicze pogłoski zza światów, że na ogólnopolskich spotkaniach blogerów tylko ci najwięksi rozmawiają ze sobą. Dlaczego jest tyle kont oferujących kupnych obserwatorów? Bo jest na nich popyt, proste. Lajki jawią się jako ten złoty klucz do magicznych drzwi sławy. Klucz rozbójnika do pasa cnoty milejdi. Tak trudno szczerze pogratulować komuś dwudziestu tysięcy 'fanów', gdy u nas ledwie trzy, co nie? Jeśli tak, przeczytajcie sobie jeszcze raz tytuł tego rozdziału. Możecie mi wierzyć lub nie, ale staram się nie żyć dla lajków. Podkreślam: staram się. Bo też nie zawsze mi to wychodzi. Często blogowanie jest jak brodzenie w śniegu, jak zatwardzenie na granicy porodu. Też chcesz mieć, też chcesz robić, osiągać, zarabiać. I to już. Na wszystko jednak potrzeba czasu, a jedni potrzebują go dużo więcej niż inni. Mam doświadczenie w pracy z kilkoma agencjami, które wprost powiedziały mi, że oni już dawno nie patrzą tylko i wyłącznie na lajki. Dziś liczy się też przekaz, oryginalność, swój styl. Nie musisz mieć bloga dla wszystkich, możesz zostać w niszy i też czerpać z tego dużo i dobrze. A każdy ma swoją drogę do przejścia: gładką, prostą, krętą, a często wyboistą. Albo jak ja- całkowicie przez czarny las! :-))

2. KAŻDY SZCZYT JEST DO OSIĄGNIĘCIA, JEŚLI TYLKO WCIĄŻ SIĘ WSPINASZ.


Mówiłam już, ile razy rzucałam bloga w pizdu? A tak, cztery razy. Albo może pięć? Zajęcie, które zajmuje tyle czasu, wymaga systematyczności, niemal ciągłego bycia online. Niektórzy cisną posty po nocach, bo dzieci i praca idą równolegle. No i niewiele z tego 'jest'. To znaczy jest: satysfakcja, przyjemność, no w końcu to pasja. Ale brakuje tego namacalnego 'jest'. Jakiegoś przelewu, może uznania w prasie, świetnej współpracy, dużego odbioru w postaci imponujących statystyk? Jakże łatwo to wtedy pocisnąć w cholerę. W końcu ileż można płodzić z samego siebie, po dwa, trzy razy w tygodniu. Ja też często sobie myślę: co to w ogóle jest za zajęcie, czy kogoś to w ogóle ciekawi? Szuranie starymi meblami po wciąż tych samych pokojach? A potem sobie myślę, że ja chyba w zasadzie to nie umiem nic innego. Dlatego dopóki jedziesz z tematem, jesteś w grze.

3. ZAWSZE BĘDĄ JACYŚ HEJTERZY, KŁAMCY I NIEDOWIARKI. I BĘDĘ TEŻ JA, MAJĄCA ICH WSZYSTKICH W DUPIE.


Z hejtem na blogu nie spotykam się często, ale i do mego worka wnętrzarskiej miłości wpadło kilka zgniłych jabłuszek. Że nie umiem nic porządnie napisać, a ton mam jak zbuntowana gimnazjalistka, choć przecie ze mię już stara baba. Że moje posty to obfocony naokoło jeden stary stół (oops, I did it again! Sorry not sorry). Że co ja tu pokazuję za śmieci i to jeszcze w kółko te same. Robię swoje. Ufam moim trzewiom. Zawsze będzie ktoś, kto stanie na mojej drodze i powie, że praca w ZUS-ie to przynajmniej jest stabilna posada. No i te jeb**e składki emerytalne tam są. Dlatego dopóki to ja widzę światło w moim własnym tunelu, mam te wszystkie złote rady głęboko między mymi pofałdowanymi pośladami. I planuję być blogerką do siwego łona, choć może kiedyś przestanę je widzieć. A wtedy naprawdę zostanie mi już tylko to aplikowanie do ZUS-u. I jeszcze wracanie do tego postu.

 
***

Hej, blogerska brać! Macie może w swoich zasobach jakieś złote myśli, które pozwalają Wam przetrwać? Zróbmy tu jakieś porządne i radosne święto naszej twórczej działalności. Zostawiajcie linki do swoich blogów i piszcie, jak Wam się to udaje. 

Do następnego :-)

Ekhm, tak, to moje nowe biurko ;-)) 

Share:

26 komentarze

  1. Tekst jak zwykle strzałem w środek tarczy :)
    No lubię Cię czytać! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja koncepcja bloga się wyczerpała, nie pożegnałam się jeszcze, ale nadzieja umarła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To może jakaś inna koncepcja? Nowa rubryka, przebudowa strony? Zawsze są jakieś możliwości. A może po prostu potrzebujesz odpoczynku, bo twórczy mózg się po prostu przegrzał.

      Usuń
  3. Ekhm, to się wstrzeliłaś, bo mnie coraz częściej dopada zniechęcenie. Tak lubię to swoje miejsce w sieci, ale nie przynosi mi nic poza zarwanymi nocami :/ I niezadowolonym mężem, bo zamiast się nim zająć to kwitnę przed komputerem. Naprawdę lubię blogowanie, ale ciężko rozwinąć skrzydła, gdy nawet nie masz całego mieszkania, a tylko jeden pokój (a Twój blog z założenia jest "homestylowy"). Na IG ciągle tylko te same kadry - już nawet mnie to nudzi... Mogłabym zrobić coś nowego, ale nie mam gdzie tego upchnąć, a sprzedawać nie umiem za cholerę... Eh, ciężkie jest życie blogera... :) Jak chcesz to wpadnij: https://soledosheaven.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze to znam...
      Twoja strona jest świetna! Możesz np. rozszerzyć ją o inne kategorie, zawsze to więcej możliwości. Ciężko jest prowadzić blog typowo wnętrzarski, od którego wszyscy oczekują spektakularnych metamorfoz, a tak się przecież nie da. Ja w poszukiwaniu weny dużo grzebię po zagranicznych stronach, takich jak ManRepeller czy Refinery29. NYC to jest wprawdzie zupełnie inny świat, ale dużo można podpatrzeć. Powodzenia!

      Usuń
    2. Podłączam się.
      Z wnętrz, jakie ja mam do pokazania, właściwie pozostaje jedynie pokój dzieci, chociaż w sumie częściej robię zdjęcia projektów DIY czy dzieciom w ogóle - lifestyle bardziej, niż wnętrza - bo i ileż można podobne, jeśli nie te same kadry wciskać...
      I mnie momentami się odechciewa, bo jakieś tam współprace są, ale raczej barterowe, nie zarobkowe... A reszta świata (czyt. rodzina czy niektórzy znajomi) patrzą na mnie jak na jakąś wariatkę, co zamiast domem i dziećmi, klika sobie w necie, głupoty robi... i weź tu miej parę do działania ;)

      Usuń
    3. Nie patrz na rodzinę czy znajomych, oni najszybciej podetną Ci skrzydła. Z mojej rodziny to tylko Stary pokłada we mnie nadzieje, reszta patrzy krzywo, ale nie zwracam na to uwagi!

      Usuń
  4. Jesu, tekst o mnie. Mam bloga, porzuciłam go w zeszłym roku, teraz zaluje i chcialabym do tego wrocić. Tylko czy ktos jeszcze o mnie pamieta? hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wrócić zawsze możesz, przecież to Twoje miejsce :-)) Jak nie pamiętają starzy, przyjdą nowi, nie martw się tym.

      Usuń
  5. Ja uwielbiam Twój styl! Zdaję sobie sprawę ile czasu musi trwać napisanie tak gęstego tekstu, który potem czyta się zaledwie przez moment, a czasem pewnie scrolluje by tylko podejrzeć zdjęcia. Normalny człowiek potrafi pisać naprawdę dobrze tylko o tym, co najbardziej go interesuje, a to pewnie nie zawsze jest najbardziej opłacalne. W każdym razie dobra robota :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja dopiero zaczynam, ale Twój tekst bardzo dobrze mi zrobił. Zapraszam do https://www.instagram.com/pannabotaniczna/

    Kiedyś miałam wnętrzarskiego bloga i to zacięcie. A później zaczęłam robotę w redakcji magazynu wnętrzarskiego i po pewnym czasie zaczęłam rzygać tekstami o wnętrzach. Bo ile można pisać o tym i w pracy i po pracy. Blog umarł i trochę ja też. Brakowało mi tego, dlatego małymi kroczkami wracam do swoich korzeni. Już nie będzie o wnętrzach, bo branża w pracy wciąż ta sama, lecz tym razem o roślinach, które kocham i za czas jakiś chcę przemienić we własny biznes. Także...nie ma co się poddawać, tylko czasami trzeba znaleźć inne rozwiązanie. Jak nie można drzwiami, to trzeba kurde oknem! Piona!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po takiej historii no to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć Ci powodzenia!

      Usuń
  7. Ja też robię swoje i nie przejmuję się innymi. Sprawia mi to dużo przyjemności!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja bloga mam od 8(!) lat, ale dopiero od niedawna odwiedza go ktoś więcej niż moja Siostra. Nadal jednak nie zarabiam na nim i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Blog wymaga DUŻO pracy, ale ja bez mojego bloga i moich drobiazgów nie umiem żyć! Jak nie tworzę, to szukam inspiracji. A kiedy czuję, że mam ochotę to rzucić w pizdu robię sobie przerwę bez wyrzutów sumienia ;) Jak masz chęć, to zapraszam zszafyodzyrafy.blogspot.com - obecnie mam przerwę na szkolenie i wakacje, ale i tak zapraszam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ło matko, staż jak w starym dobrym małżeństwie! Ja też tak mam- jak nie bloguję, to i tak nieustannie szukam, przeglądam, grzebię. Pasja jest silniejsza od wszystkiego ;-))

      Usuń
  9. Przybijam piątkę.

    Czasem mam takie momenty wielkiej siły i chęci, pary do działania, że nie wiem... I dwoję się, troję, a potem... nic. Albo odzew tak nikły, że zaczynam w siebie wątpić. Sił ubywa, bo wieczorami albo nocami pracować mogę, a wiadomo - mąż marudzi, a nocek wszystkich zarwać też nie sposób, bo przy dwójce aktywnych dzieci trzeba jednak jakoś wypocząć, akumulatory podładować...

    Sposoby radzenia sobie z tym? Nie wiem, czy są jakieś złote rady, reguły dla każdego...
    Ja czasami luzuję, by na nowo poczuć siłę, ale jednocześnie nie zarzucam pomysłów, spisuję je i staram się być bardziej zdyscyplinowana - jak coś zaplanuję, łatwiej mi to ogarnąć, choć bywają dni, kiedy i z tym nie najlepiej...

    Ech...
    Trzymam kciuki i do przodu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami po prostu trzeba odpoczynku, kreatywna praca potrafi zmęczyć i wypruć człowieka. Plus oczywiście tak zwane 'zwykłe życie' tuż obok, też nie zawsze lekkie i przyjemne.
      Piąteczka!

      Usuń
  10. I te tajemnicze pogłoski zza światów, że na ogólnopolskich spotkaniach blogerów tylko ci najwięksi rozmawiają ze sobą. - ja myślę, że to wrażenie się bierze stąd, że rozmawiają ze sobą ludzie, którzy się po prostu znają. I faktycznie dobrze byłoby zadbać o większą integrację na konferencjach, impro by się tu super nadało:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale skąd się znają? Oto jest pytanie ;-) Niezwykle rzadko osoby 'duże' i 'znane' odwiedzają miejsca niszowe, raczej zostawiają komentarze u tak samo 'dużych'. Choć oczywiście to nie jest regułą.

      Usuń
  11. Temat rzeka... Ja porzucałam blog już kilka razy i nie wiem jak to z nim będzie np. za pół roku. To trochę jak jazda na rollercoasterze - raz mam szczyt weny, a zaraz potem totalny zjazd ze zniechęcenia. Porównywanie się z innymi bywa bardzo demotywujące, dlatego czasem przypominam stwierdzenie "przegrani skupiaja się na wygranych, a wygrani na wygrywaniu" - obrzydliwie górnolotny, ale pozwala spojrzeć na swoją pracę z innej perspektywy i przypomnieć sobie, co jest moim celem - a jest nim działalność okołoblogowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, można by mówić na ten temat i mówić... Twój tekst dobry, zapisuję sobie.

      Usuń
  12. Dla mnie możesz szurac tymi meblami do końca świata i jeden dzień dłużej ☺ Agnieszka

    OdpowiedzUsuń