Grzejnik zamiast Australii, czyli duże zmiany na salonach!


Wcale nie chciałam nic zmieniać, przestawiać ani ruszać. Ale kąt jadalniany był jakiś do jedzenia i pracy za ciemny, w ogóle miejsca było za mało, ta zieleń lamperii jakoś strasznie zaczęła razić mnie w oczy, kanapa jakaś taka nieprzytulna przy tym balkonie z widokiem na drugi balkon się stała i generalnie okazało się, że dużo rzeczy jest nie tak, plecy nas bolą z niewygody i dusze z tego stylistycznego zgrzytu. Dobra, dosyć. Kogo ja chcę oszukać.

Po prostu wstałam i stwierdziłam, że przestawiam. A zrobię se od nowa, a co. Wszystko dobrze było. Cholernie dobrze. No ale przecież kilka dni wolnego i trzydziestostopniowa lampa na zewnątrz nie mogą zostać ot tak po prostu zmarnowane na jakieś jezioro. Zamiast poświęcić wolny czas na pielęgnowanie małżeństwa, które po ośmiu latach od podpisania papierka ma prawo być już nieco zatęchłe, ja się wzięłam za tapetowanie. A nic tak nie prowadzi do rozwodu, jak tapetowanie. Na nic wcześniejsze doświadczenia, na nic zahartowanie jeszcze z lat szczenięcych, gdzie klej palił w nos jak siki słońca. Tego nie da się przewidzieć, nie da zaplanować. To po prostu musi się stać- przeklęte jarzmo awantury zaklęte w pięciu paskach papieru. Nawet miałam plan, że przykleję to sama, na co Stary odrzekł, że w moim wykonaniu to na bank będzie grzejnik zamiast Australii. A więc to on zaczął. I to jeszcze zanim w ogóle zaczęliśmy cokolwiek kleić. 


Uparłam się na wielką mapę, której naoglądałam się na pintereście. Ogromna fototapeta, na tle której stanie stół. Nowy stół (#dontjudgeme). Wymyśliłam sobie model prostokątny, na wąskich nogach i koniecznie rozkładany, co w moim budżecie nie było takie oczywiste. Bo szukanie idealnego stołu jest jak szukanie idealnego chłopaka- czasem musisz po prostu przelecieć pół miasta, żeby cokolwiek ustrzelić (choć osobiście nie praktykowałam tej metody- owszem, chciałam się trochę zabawić w damskiego Casanovę, ale niestety trafiłam już za pierwszym razem). Całe dwa tygodnie zajęły mi łowy, aż w końcu z całego tego meblowego bagna wstydu wyciągnęłam to drewniane, czekoladowe cudo z rozkładanym blatem. W tak zwanym międzyczasie polowałam jeszcze na tapetę. 

Bo tapeta też musiała być ta konkretna. Po pierwsze, musiała być matowa, a nie taka chamsko śliska. Musiała też być trochę w stylu vintage, ale broń Cię jakikolwiek boże, żeby udawała starą. Stara też być nie mogła, bo wszystkie są brązowe albo żółte. A ja wymyśliłam sobie kolorową, ale też z określoną, trochę pastelową kolorystyką. Po naprawdę przytomnym researchu w sieci ostatecznie zdecydowałam się na dokładnie TEN MODEL, w rozmiarze 250/175 cm. Mapa przyszła do mnie w formie jednej rolki, którą należało porozcinać w wyznaczonych miejscach, plus z całym tym ekwipunkiem, który widzicie na zdjęciu powyżej (na stronie sklepu można zakupić od razu wszystkie niezbędne akcesoria, co jest fantastyczną opcją dla takich wygodnickich jak ja). Ja wiem, że można wygładzić tapetę ścierą i kleić ręką, ale spróbujcie tej szczoty w połączeniu z packą. Odlot, mówię Wam, od razu mniej epitetów leci. 



Wszelkie nierówności pod mapą są niestety efektem mojej fantastycznej ściany, którą może jednak należałoby wyburzyć i postawić od nowa, żeby znów była gładka. Ja jednak nie szukam tego rodzaju doskonałości, lubię ściany chropowate i poorane jakąś radosną stylistyczną twórczością. Dlatego ostateczny kształt mapy jest dla mnie tak samo idealny, jak idealnie to wszystko teraz wygląda: połączenie starego z nowym, różnorodne krzesła, rozkładany stół z PRL-u i jakże radosna kolorystyka. Pozbyłam się póki co zielonej lamperii, ale na tą prostopadłą do mapy ścianę na pewno ją przywrócę, tylko tym razem w jakimś dużo jaśniejszym kolorze. Ławka też jeszcze czeka na pomalowanie. Uff, jest co robić.

A, no i Australia jednak wyszła nad grzejnikiem.  
















No i jak? Dobrze jest?

Do następnego :-) 

Post powstał we współpracy ze sklepem internetowym BIMAGO.

Share:

16 komentarze

  1. Superowo! No i piękny bohater pierwszego planu - bananowe krzesło. Ściana obok rzeczywiście prosi o jakiś kolor.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze,to mało powiedziane! Pięknie! Pozdrawiam Jola

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie się podoba nawet bardziej. Choć jak dawałaś zajawki pomyslałam ze bedzie gorzej ;p Ale zrobiło się tak jakoś... hmm. przestrzenniej ? Jakby cały świat się mógł zmieścić w tych małych kątach ;) <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ja tak właśnie czułam, że po zajawce będziecie załamani :-D
      Ale też myślę, że ogólnie wyszło naprawdę spoko, długo chciałam mieć taką mapę na całej ścianie. pozdrowienia :-)

      Usuń
  4. Jest bardzo ladnie, lekko i radosnie.Pozdrawiam
    paprika4435

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest super,jasno i optymistycznie To gdzie teraz kanapa ? Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Kanapa w miejscu stołu, przy niebieskiej tapecie.

      Usuń
  6. Uwielbiam Twój cięty język i ironię...po prostu jak zwykle you nade my Day 😀

    OdpowiedzUsuń
  7. Fakt, weselej się zrobiło. Nadal jest ciekawie. Piękne zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
  8. A w Australii nawet w zimie ciepło ;) Lubię Twoją odwagę i pomysłowość wnętrzarską :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń