Miałam ciężki miesiąc, ale zupełnie nie widać tego po moim mieszkaniu.


Wakacje zawsze były dla mnie mordęgą. Puste ulice mojej małej mieściny, najlepsi kumple gdzieś rozsiani po dziadkach. Niekończące się dni, rozlazłe jak rozgotowane spaghetti, jezioro o smaku zeszłotygodniowego rosołu, wszechobecne krótkie sukienki, kiedy ja kocham chodzić okutana w swetry. I ten przymus wyłażenia z domu, żeby 'nie kisić się w czterech ścianach'. A ja się właśnie kurna kocham kisić.

Do dziś lipiec i sierpień podszyte są tymi samymi gównianymi uczuciami. Urlopy i nic nie można załatwić, nawał turystów, którzy przejmują moją plażę. Nienawidzę letnich ubrań, palców wielbłąda w za ciasnych spodenkach, klapiących klapków i paluchów wyjeżdżających z japonek na boki. Tegoroczna fala upałów wyzwoliła z mojej osobowości same najgorsze cechy; do dziś mam wyrzuty sumienia, jak sobie przypomnę. 'Tylko spokój może mnie uratować', powtarzałam sobie co noc, zasypiając z wentylatorem między nogami. Lekkie ochłodzenie nie przyniosło mi jednak większej ulgi, bo w tak zwanym międzyczasie okazało się, że hashimoto zrobiło sobie sushi z mojej tarczycy, co ma jakiś sens, jak tak wezmę do kupy wszystkie te moje suche włosy, kolana i mózgi. Carrie i Big tkwili między dzikim seksem a dzieckiem, ja tkwię między glutenem a euthyroxem. Nie ma we mnie życia latem. Chodzę naburmuszona i generalnie jestem w rozsypce.

Czego na przykład nie można powiedzieć o moim mieszkaniu. Gdybym mogła je wyjąć z tego osiedla i ustawić gdzieś na łące z widokiem na wodę, byłoby idealnie. Jeśli dekor odzwierciedla osobowość właściciela, to cieszę się, że mój open space rysuje mnie obecnie jako osobę pogodną. Nawet pomimo faktu, że czuję się aktualnie jak kartoflany wór. 


Abstrahując jednak od mojego stanu wewnętrznego, czarnego jak szufladka w mojej pralce, skupmy się na tym nieco prymitywnym i brutalnym designie, jakiego dokonaliśmy ze Starym w dniu wczorajszym. Są takie olśnienia, które przychodzą niespodziewanie. Jak to, że lepiej jednak myć tarkę od środka. I ja takiego doświadczyłam, kiedy układałam ciuchy i został mi stos niepotrzebnych drewnianych wieszaków. Co powstało z czterech z nich, widzicie powyżej. Stoliko- kwietnik, którego elementami składowymi są raptem dwie deski od starego stołu i owe wieszaki, pozbawione haków i posprejowane na złoto (myślę, że układ wieszaków można samodzielnie wywnioskować ze zdjęcia). Zwieńczeniem ukończonej części relaksacyjnej w nowej wersji został obracany niski fotel ze skóry na krzyżowej podstawie, który znaleźliśmy na śmietniku. Jeszcze tylko nowa lamperia i muszę chwilowo odczepić się od tego miejsca, bo mój przedpokój w opłakanym stanie pilnie domaga się uwagi. Ciężki był ten lipiec, na szczęście nie widać tego po mojej chacie. 













Jak się Wam podoba nasz wieszakowy stworek :-) 

Do następnego!

Share:

8 komentarze

  1. No jak już wiesz - fotela zazdraszczam :) Stolik też się ciekawie prezentuje :) Jak zwykle SUPER ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. I za Cię kocham Paulino. Stolik i fotel super.
    P.S Mnie też lato potrafi zmeczyc hi hi
    Paprika4435

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!
      No szczególnie takie upalne lato hehe, pozdrowienia

      Usuń
  3. Fotel jest naprawdę świetny, choć z reguły skórzanych fiteliszczy nie cierpię:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Darowanemu koniowi w zęby nie zaglądam ;-)

      Usuń
  4. Ja właśnie ostatnio wychatrałam taki zestaw naczyń jak Ty masz talerz na ścianie. Nie mogłam przejść koło nich obojętnie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne muszą być, gratuluję łupu!

      Usuń