Nie wiem, czy przeżyję tą jesień. W przeciwieństwie do moich roślin.


Muszę na początek coś wyznać. Coś bardzo osobistego. Bo ja zawsze szczera jestem, prawdę powiem, choćby mi obcięciem paznokci u stóp grozili (a one są przydatne). Nie nadawałabym się na dilera gwiazd, od razu podałabym pudelkowi całą listę nazwisk. Więc herbata kawa na ławę, trzask z otwartej i prawda między oczy: rozpadł się mój związek.

A był to związek przyjemny, otulający, jak łono matki bezpieczny (ale nie kazirodczy). Przeżywam, bo to była taka długodystansowa relacja, taka odkąd pamiętam. Być może czas zadziałał na naszą niekorzyść, coś się wypaliło, ogień wygasł. Przyszedł on, listopad, a we mnie nic nie drgnęło. NIC. Żadnej iskry, żadnych motyli w jelitach. Dupa blada i ciemna na dodatek. Zostały zgliszcza, wspomnienia i łyse patyki. Po piętnastu latach, boleśnie i nieoczekiwanie, rozpadł się mój związek z jesienią.

Cholera, ostatni raz tkwiłam w takiej melancholii po obejrzeniu Titanica, chociaż wtedy była też lekka nutka złości, że czemu im się ta tratwa większa nie trafiła, nie podpłynęło coś o ten metr szersze. A teraz nic, nawet tego nie ma. Próbuję wzbudzić jakieś kłótnie na dzielni, szukam zaczepki, cokolwiek, niech mnie ktoś obudzi. Poziom mej energii jest jak ten płomyczek pod garnkiem, gdy Gazprom właśnie zakręcił kurek- sięga jakieś pół centymetra na niezbędne czynności życiowe (jeść, pić, spać, jak tamago....tfu!). Moja Opatrzność nie zdążyła mnie podładować i teraz jestem jak ajfon na mrozie- co rusz się wyłączam. A może bardziej jak porządny alkoholik z przerwami w życiorysie. Zdaje się, że nie kontaktuję już nawet, co piszę. Boję się, że nie przeżyję tej jesieni. 

W przeciwieństwie do moich roślin. Cholera, zielona banda jako żywa. Udało mi się przez ten rok nie ukatrupić nic. NIC! I to bez żadnych fancy książek poradnikowych o podlewaniu. Przeżyły nawet okazy z hospicjum dla roślin (biedra) oraz te zgarnięte z 'oddam'. Widzicie ten rulonik nad papugą ze zdjęcia u góry? Tak, nowy liść w starym skrzydłokwiacie, który odebrałam od pani z Człuchowa. Zaprzyjaźniłam się z nimi, pokochałam moje zielone dzieci, a one dają czadu. W przeciwieństwie do mnie.


Zebrałam dzisiaj trochę rzeczy odnośnie roślin w okresie jesień- zima. Taka nasza jesienna rutyna między herbatami. Chcecie poczytać? Nie? Trudno, i tak napiszę.

1. STOPUJĘ NAWOŻENIE/PRZESADZANIE/PRZEKARMIANIE

I to nie jest 'niepotrzebne skreślić'. Na jesień i zimę najlepiej o kwiatach nieco zapomnieć (ale no nie tak dosłownie!). Brak słońca nie tylko nie sprzyja naszym mózgom, ale i zieloniakom. Od listopada do marca nie używam żadnych nawozów, biohumusów i tego wszystkiego, czego biedaki już nie strawią. Ostanie przesadzania planuję na piździernik, no chyba że jest sytuacja awaryjna, jak na przykład u mnie wczoraj, kiedy to rozrośnięta wężownica dosłownie rozsadziła doniczkę (wat?!).

2. REGULARNIE PRZECIERAM LIŚCIE

Do niedawna zabieg ten jawił mi się jako co najmniej dziwny- że po co w sumie. Potem, kiedy na zdjęciu widać było na liściu cały ten kurz, pomyślałam, że chyba jestem bliska rozwiązania tej zagadki. Przy okazji jesieni i zimy przecieram liście mokrą szmatką lub skórką od banana, co dodatkowo pozwala łapać kwiatom dosłownie każdy promień jakiegokolwiek słońca/jaśniejszego dnia.



3. STAWIAM WYŻEJ NOWE DZIECI

Ciężko mi się oprzeć kupowaniu nowych okazów, a teraz jakoś szczególnie- wiecie, że może chwycę coś na poprawę humoru i takie tam. Jeśli Wy też nie potraficie się oprzeć (jak ja w pmsie przed wsuwaniem boczku), mam takiego niusa- lokujcie nowe dzieci na jakichkolwiek podwyższeniach, kwietnikach, a nawet przy sufitach. W sklepach pełno jest sztucznych doświetleń, wielkich okien i wszystkiego tego, czego w bloku nie zaznasz. Ciemne mieszkanie może być dużym szokiem, a wiele piękności nie przetrwa i skończy jak Lindsay Lohan. Każdy promyk na wagę złota.

4. ZMIENIAM CZĘSTOTLIWOŚĆ PODLEWANIA

Jeśli wiosną i latem podlewam kwiaty co tydzień, teraz podlewam co dwa. Co tu dużo mówić- zbyt częste picie to najczęstszy powód umierania, i to nie tylko u ludzi. Zgnicie- no przecież nie chcemy tego. Moje mieszkanie jest na dodatek usytuowane na wschód, więc gdzie miałaby się podziewać zimą ta cała woda? A, no i co ważne, kaktusów wcale nie podlewam do marca. Dajcie im spać! Nawet jeśli zaczną wyglądać na nieco ususzone, wiosną ruszą z kopyta (to mnie uratowało przez zabiciem mojej metrowej euphorbii).


5. ROSZADY

Walczyły we mnie dwie siły- odsuwać od grzejników, stawiać bliżej okien, przestawiać i gmerać w położeniach? Otóż, moim zdaniem, lepiej nie. Rośliny dostosowują się do warunków dość dobrze, o ile te nie są zbyt często zmieniane. Ja nic nie ruszam, ale ja w ogóle już ich nie ruszam- od razu znajduję im odpowiednie miejsca, żebym potem nie musiała martwić się np. grzejnikiem czy przeciągiem. Kwiaty bliżej kaloryferów mogą mieć po prostu nieco szybciej sucho, warto to sprawdzać, plus walczyć z szu...szusz....z suchym powietrzem no. Bo susza tez może zabić, kto był choć raz na kacu, ten wie. Nawilżać liście, stosować nawilżacze powietrza, ewentualnie trochę zraszać. No i tyle!


Do następnego :-)

Share:

6 komentarze

  1. GenrGenera fanką jesieni i zimy nie byłam nigdy, ale od kiedy odkrylam witmajne D w tabsach, szłam jak burza przez cały rok. Jak na spidzie! Ale och, ta jesień też mi daje mocno w kość. Bezsens i smutek mnie wypełniają, czekam aż się wyleja ;) Z radością obserwuję jednak, że Twój brak w energii nijak nie wpływa na pisanie. Jak zawsze poprawiłas mi humor ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, dzięki Kochana <3
      Już mam zapasy D, kupiłam sobie wczoraj i będę się szprycować!

      Usuń
  2. Wow, ten u-kształtny kwietnik jest zarąbisty! <3
    Ale nigdy nie rozumiałam fascynacji jesienią. Moja druga połówka ją uwielbia i mówi: piękne kolory na zewnątrz, szarości i mgły; kolorowe liście, stukot deszczu o parapet; koc herbata i książka; swetry i płaszcze.
    Ja z kolei: no, ale jak akurat nie masz wolnego, to wychodzisz do pracy i jest ciemno jak w dupie, wracasz: też ciemno jak w dupie, a o 18 chce ci się spać. Można depresji dostać :P

    Miłego weekendu,
    Herse

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, też go lubię <3
      A widzisz, a ja zawsze jesień kochałam miłością pierwszą, a tu nagle taki trach, nic, dupa blada!
      Miłego i Tobie :-)

      Usuń
  3. Hospicjum mówisz? Ja od zawsze ratuje suszki z Biedry, Netto i Liroy. Czasem się nie udaje. Kiedyś chciałam zaadoptować małego klona, ale niestety nie miał kodu kreskowego i Pani sprzedawczyni prosto między oczy mi powiedziała, że pójdzie na śmietnik. Nie mogą mi takiego samotnika ani sprzedać ani dać. Serce mi pękło. Tropiki rosną w najlepsze. Z podarowanej zielistki stworzyłam "żłobek" i teraz mam dużo małych zielistek. Jedyne co mogę pozrzędzić to skrzydłokwiat nie chce kwitnąć tylko puszcz ciągle nowe liściory.
    Pozdrawiam serdecznie. Będę wpadać częściej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, no to pięknie, że je tak ratujesz, mnie trafia szlag, jak nie rosną, ale jak się odrodzą, to chociaż mam satysfakcję :-))

      Wpadaj jak najczęściej!

      Usuń