Na jakim etapie jest Twój związek z mieszkaniem?


Na etatach pozwalają szybciej skończyć robotę, kiedy na przykład szef ma urodziny, ja sobie zrobiłam wolne z okazji Walentynek. Nigdy w sumie nie obchodziłam tego dnia, ale jako szanujący się freelancer lubię sobie zrobić epicki day off, kiedy sobie chcę- wtedy czuję, że mam prawdziwą władzę. Dla podkreślenia rangi wydarzenia jem wtedy klopsy z ikei, a o niewyrabianiu z życiem myślę jutro.

Dzisiaj będę myśleć o związku. Ale nie o związku moim małżeńskim- tu nie ma co dywagować, jestem skazana na Starego, to mój współkredytobiorca. Dziś będę myśleć o relacji z moim mieszkaniem. Dobra, na pewno wielu się nad tym nie zastanawia, ja się niestety zastanawiam nad wszystkim. Nad tym też. Mój związek z mieszkaniem- jaka łączy nas więź? Pełna zgoda, z nieba lecą płatki róż, a ja wypuszczam z okna gołębia? Czy może bardziej ciche dni. W końcu po dziewięciu latach wspólnego pożycia namiętność może się nieco wypalić. Nasz układ został jeszcze dodatkowo zintensyfikowany, bo zaczęłam pracować z domu, z związku z czym spędzam w nim mnóstwo czasu. A to, wiadomo, jest jak praca ze swoim partnerem- z czasem nawet kanapka zaczyna nim smakować (oby tylko nie smakowała jak Mickey Rourke).

Gdybym miała opisać moją wersję wydarzeń według facebookowych statusów, byłoby to 'it's complicated'. Z jednej strony wnętrze jest dla nas w sam raz. Z drugiej jednak strony czuję, że nasyciłam się nim odpowiednio i odczuwam to kłujące mnie w tyłek uczucie o nazwie 'przeprowadzka'. Z czasem zaczęły wyłazić pewne cechy, na które na początku nie zwracałam uwagi, ale w końcu człowiek się zmienia, jego potrzeby też, co skutkuje innym obrazem sytuacji. Kiedyś zupełnie nie przeszkadzało mi to czy tamto, a dzisiaj mnie to konkretnie wnerwia. Na przykład w kółko kursująca winda albo przechodzenie przez te zamykane patia, żeby wejść do bloku. Plus wiele rzeczy, o których pisałam w poście o nowym budownictwie vs. stare bloki. Teraz może bardziej widziałabym się w mieszkaniu na parterze, a kiedyś jarało mnie, że nie mam nikogo nad sobą. To trochę potwierdza tezę o tym, żeby kupować własną nieruchomość dopiero wtedy, jak się jest na stówę pewnym swoich oczekiwań. Ale mam wrażenie, że to jest jak z dzieckiem- czy kiedykolwiek jest w ogóle właściwy moment? Po prostu decydujesz się i już, bo tak to można kalkulować latami. Dzisiaj może nie tyle zgrzyta mi samo mieszkanie, co okolica- idealną sytuacją byłoby wyjęcie go i wstawienie gdzieś indziej. Plus dwa metry w górę do każdej ściany.


Z drugiej strony jest to ciągłe dążenie do perfekcji, które mam w sobie i niestety nie potrafię go do końca wyrzygać. Ciągle chcę lepiej, więcej, inaczej, problem mam ze zwykłą akceptacją niektórych rzeczy. Wydaje mi się, że wszystko można bez końca ulepszać. A niektóre sprawy po prostu są. Czy mieszkanie nie jest czasem jak ten partner, który ma wiele plusów, ale Ty i tak widzisz te trzy wady? Czy nie lepiej jest po prostu zgodzić się na pewien stan rzeczy, wziąć wszystko na logikę i przestać wiecznie grzebać? To w końcu dach nad głową. Przy tym argumencie bledną jakieś tam wyimaginowane problemy typu widok z balkonu. Ale one są i gniotą jak ten groch pod dupą Śpiącej Królewny.

Dążenie do doskonałości. Wszystkie te noworoczne plany, bycie lepszą wersją siebie. Każde case study, jakie tu wyczyniam, zawsze ma początek na mnie. Czy ja czasem nie traktuję swojego mieszkania jak siebie, ciągle patrząc na nie nieco krytycznie. Na dodatek te wszystkie wypasione wnętrza z instagrama- te przestrzenie, wysokie sufity i bakelitowe włączniki na surowej cegle. Mechaniczne porównywanie. O ile mogę ciągle remontować, to jednak pewnych kwestii nie przeskoczę- nie wyciągnę ścian, nie zburzę bloku obok, nie odkryję starych drzwi. Dzisiaj mam też takie wrażenie, że mieszkanie w bloku mnie jakoś ogranicza. Nie mogę mieć więcej psów, kupić wielkiej wyrzynarki. Jakby nie jest tożsame z tym, co chciałabym jeszcze zrobić. A może to właśnie życie społeczne mnie jednak najbardziej wkurwia, haha. Who knows, w końcu jestem z listopada.


Gdybym tak kiedyś nauczyła się przestać myśleć o tym, czego nie mam. Nie mam na przykład worka mamony, żeby realizować wszystkie swoje pomysły. W końcu dorośli ludzie nie gonią za czymś jak psy za śnieżką, tylko potrafią rozgraniczać sprawy ważne i ważniejsze? Tak słyszałam. A ja siedzę i rozmyślam, czy w stu procentach kocham moje mieszkanie, czy tak w siedemdziesięciu dwóch. Czy jak mu kupię kwiaty i pomaluję ściany, to będę je kochać na nowo, czy ten związek jest już przeszłością. A może jednak wskazana byłaby terapia i przezwyciężenie tych problemów natury nie-wiem-jakiej? Nie umiem podejmować decyzji głową, chociaż zawsze mi się wydawało, że jestem raczej racjonalna. Problem tkwi w tym, że w wieku trzydziestu trzech lat nadal dyrygują mną jakieś wichry namiętności. Jestem Konradem Wallenrodem wnętrzarskiej blogosfery. Dotykam ściany i słucham, czy moja dusza drży czy to raczej blender sąsiadki. 



Nie zostawiajcie mnie z tym i powiedzcie mi, na jakim etapie są Wasze związki z Waszymi mieszkaniami.

Do następnego :-*

Share:

32 Comments

  1. Jestem po rozwodach z kilkoma mieszkaniami, aktualnie weszłam w nowy związek z niewielkim domkiem, który też mi spędza sen z powiek, bo nie mam rzeczonego worka :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze to ujęłaś: 'po rozwodach z kilkoma mieszkaniami'.
      Ale to jest zawsze domek, choćby i najmniejszy. Zdobyłaś go, a już sam ten moment często jest nieosiągalny <3

      Usuń
  2. Kochana jak Ty genialnie piszesz! Czytanie Twoich wpisów to zawsze ogromna przyjemność. Uwielbiam Twoje poczucie humoru. Mój związek z mieszkaniem też przechodzi kolejne fazy od euforycznego zakochania do spokojnej przyjaźni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję! Spokojna przyjaźń też jest fajna!

      Usuń
  3. Ja w moim mieszkam dopiero od kilku miesięcy, ale i tak jest to burzliwy związek :D Raz myślę, że jest wymarzone i naj naj naj, innym razem że brakuje mu tego, tego i tamtego, jeszcze innym że samo mieszkanie jest najwspanialsze, ale szkoda, że nie jest już taką białą czystą kartką jak na początku, tylko ma różne błędy popełnione przez fachowców-remontowców, z którymi nic już nie zrobię :P Poza tym jest jeszcze mnóstwo niedoróbek, kartonów, kompromisów pomiędzy "to chciałabym" a "na to mnie stać". No i tak sobie trwamy w tym związku, który od początku jest pełen skrajnych emocji :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha <3 U mnie też jest zawsze pełno emocji, jakby nie mogło być po prostu dobrze i już :-P

      Usuń
    2. Ha, dokładnie :P Jestem właśnie na takim emocjonalnym rollercoasterze: od wczorajszej euforii, bo kupiłam nowe... serwetki:D, po dzisiejszą rozpacz, bo nie stać mnie na komodę, więc właściwie to całe mieszkanie jest jakieś takie do dupy... no bo jaki to wszystko ma sens, skoro nie mam komody...
      Albo już zwariowałam, albo wkrótce to się wydarzy :D

      Usuń
    3. Natalia, komode mam akurat do oddania,a nawet 2, jedna z szufladami i polka, druga z polka. Jesli mieszkasz na Podlasiu albo masz mozliwosc transportu odezwij sie tutaj i mozemy szczegoly dogadac !
      AzB

      Usuń
    4. Ha, no i takie biznesy to ja szanuję!

      Usuń
    5. AzB dziękuję bardzo za propozycję! :)) Udało mi się już coś wykombinować, żeby małym kosztem zorganizować sobie komodę, no i niestety nie jestem z Podlasia i nie mam możliwości transportu, więc nie będę mogła skorzystać, ale i tak dziękuję :))

      Usuń
    6. Ufff, kamien z serca,ze Gospodyni nie pogoni z bloga za takie wpisy :)
      Pytanie tylko czy Natalia zajrzy i odpisze.
      AzB

      Usuń
    7. Jeeej, dodałąm tu odpowiedź, a widzę że jej nie ma, chyba coś źle kliknęłam :)
      AzB, a masz możliwość podesłać mi zdjęcia na maila? :)) natka.wiewiora@gmail.com
      Niby nie mam możliwości transportu z Podlasia, ale jakby komody okazały się jakieś wymarzone, to może udałoby się coś zorganizować :D
      Dziękuję pięknie za propozycję <3 <3

      Usuń
    8. Pogonić?? Miód na moje oczy taka wymianka!!

      Usuń
    9. Natalia wysle je dzis wieczorem albo jutro jesli Ci to nie przeszkadza. Nie wiem czy beda wymarzone. Moze na razie je opisze : obie maja po 40 cm glebokosci, jedna szerokość 90 cm i 105 cm wysokosci a druga 100 cm szerokosci i 90 cm wysokosci. Obie sa na nozkach. Sa ciemne, chyba wenge (?), ale maja wstawki jedna koloru jabłoń ( szuflady i front drzwiczek ), druga, ta wezsza ma 4 drzwiczki z jakas ciemna wstawka, ale to juz nie wenge.Sa w niezlym stanie. Meble staram sie szanowac. Aha, niestety nie sa to komody drewniane, wiec nie wiem czy sie skusisz :) A i jeszcze jedno - stolika kawowego nie potrzebujesz ? Ma mniej wiecej 60X60 cm, sciete rogi i tez jest wenge.
      AzB

      Usuń
  4. U nas aktualnie cisza po burzy ;) był pomysł na przeprowadzkę w jakąś fajniejszą okolicę, ale tak na prawdę tu gdzie mieszkamy mamy wszędzie blisko, przede wszystkim mąż do pracy, do komunikacji i do centrum też niedaleko. No i nigdzie już nie będzie tak "tanio", bo ceny wynajmu poszły bardzo w górę odkąd się wprowadziliśmy. Był pomysł kupienia czegoś swojego, ale boimy się kredytu w € ... Póki co zostajemy, i tak przestawiam i szuram tymi meblami, i kombinuję jak zasłonić okienko do wydawania posiłków między kuchnią a jadalnią ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, to okienko to jest tak naprawdę super sprawa!

      Usuń
  5. Weź, mi się po 5 latach na swoim w bloku marzy rzucenie tego wszystkiego w pizdu i ucieczka na wieś do starej chaty z ogrodem, kury, huśtawka na werandzie, te sprawy. I nie wiem, marzyć dalej i próbować realizować, czy kopnąć się w du i siedzieć w wielkim mieście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to samo mogłabym i Ciebie zapytać, bo też mi się podobne myśli pałętają pod czaszką.... Realizacja tego wydaje mi się karkołomna i droga, a z drugiej strony też tak siedzę i nic nie robię w tym kierunku.

      Usuń
  6. Ja żałuję że mieszkania się magicznie się powiększają jak się pojawia nowy członek rodziny Brakuje mi wysokich sufitów dużych okien ale tak ogólnie to kocham moje m 😊 jesteśmy już razem 9 lat i cierpliwie znosi moje wymysły i kolejne dziury w ścianach Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to tyle co i ja z moim! Domyślam się, że to musi być niezła reorganizacja.

      Usuń
  7. Ja jestem w zwiazku z rozsądku, a moze nawet z przymusu, z moim domem z lat 70 tych. Po wielu wspólnych latach doszliśmy do jako takiej równowagi, ale początki były trudne. Odwrotnie do większości mam problem z za dużą przestrzenią. Przed nami remont generalny parteru (mieszkamy na piętrze, a tam wiele lat pomieszkiwala babcia) i ciagle pytanie czy warto? Fajnie byloby zamienic stare okna na wielkie przeszklone drzwi balkonowe i otworzyć przestrzeń, ale to kupa kasy ( a tak lubie podróże i znowu nie, bo drzwi, okna itd itp) no i kto to bedzie sprzątał. Dla przeciwwagi ogladam sobie mini domy na barce i w przyczepach i tam mi się serce rwie. Tylko czy u nas mozna mieszkac na barce? No i mam chorobe lokomocyjną, to nie wiem jak z tym bujaniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, że duża przestrzeń też może sprawiać trudności, choć mimo wszystko nie nazywałabym jej 'problemem' haha <3
      Oglądałam ostatnio na YouTube filmik o dziewczynie, która mieszka na barce w Londynie- jakie to tam popularne jest! Ludzie mieszkają z małymi dziećmi i w ogóle. Szkoda, że u nas nie ma takiej mieszkaniowej swobody, tylko tradycyjnie, jak ze wszystkim...

      Usuń
  8. Jaki etap ? Nienawisciomilosc a potem odwrotnie.Raz je lubie,a zaraz potem nie znosze i pukam sie w glowe z pytaniem : gdzie ja mialam oczy jak je kupowalam ? Moze jak zrobie remont, odgruzuje i uporzadkuje to ta hustawka sie skonczy. Na razie rzadza skrajnosci, a do tego przyczynia sie tez znaczna ilosc idiotow we wspolnocie mieszkaniowej mojej kamienicy.
    AzB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, 'nienawiściomiłość' <3 Idealne określenie.
      W naszej też jest pełno idiotów, to już chyba nie zależy od rodzaju mieszkania :-P

      Usuń
    2. Fakt, nie zalezy, ale do mieszkania czasem zniecheca, niestety ...
      AzB

      Usuń
    3. Nawet bardzo zniechęca... :-(

      Usuń
  9. O borze liściasty O_o Kiedy mieszkaliśmy na 37m2 z parapetem i wycieraczką z chopem, dwójką szarańczaków, świnką morską, kotem i warsztatem tkackim to wyprowadzka na większy metraż wydawała mi się szczytem marzeń. Obecnie mamy około 100 ze skosami, chop dorobił się gabinetu, szkodniki sporej nory a ja pracowni w OSOBNYM pokoju, to niestety cierpię znowu :( Bo z jednego warsztatu zrobiły się cztery (albo pięć, jakiś czas temu straciłam rachubę) a pracownia jest jednowarsztatowa. Trzeci raz w tym roku jeżdżę po niej z meblami i sprzętem żeby wcisnąć jeszcze jedno krosno :/ I qrka, cobym nie robiła to ściany nie chcą się dać rozepchąć. A wiecie co jest najgorsze?! Że jakby jednak wyszła rozbudowa która mi się marzy, to ja dokładnie wiem na co mi wtedy miejsca zabraknie :(((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O cholera! No, ale warsztat tkacki rządzi się swoimi prawami. Na 37 m2 to dopiero musiało być wesoło z tym majdanem!

      Usuń
  10. Kupiliśmy mieszkanie dwa lata temu. Wymarzone - praktycznie bez kompromisów: kamienica, salon połączony z kuchnią, duży balkon, dobra lokalizacja. Zakup był najszczęśliwszym momentem. Potem rok remontowaliśmy, co zburzyło zupełnie nasz rodzinny spokój - prawie się nie widywaliśmy (facet albo remontował, albo wyjeżdżał na delegację). Przeprowadzka też była krytyczna - nie sądziłam, że tyle przez te lata razem uzbieraliśmy rzeczy. Oczywiście kasa remontowa szybko się skończyła, więc pierwszą noc spędziłam na podłodze, a zęby myłam pod prysznicem (brak umywalki). I tej pierwszej nocy poczułam miłość. Było super. Ciągle jeszcze nie mamy kuchni z prawdziwego zdarzenia i szyby prysznicowej, ale cała reszta większych zakupów jest ogarnięta. Ale...pojawił się stres związany z kredytem, z abstrakcyjnym strachem o drewniany strop, z sąsiadem na górze, który chodzi jak słoń, z poczuciem, że chyba nigdy nie skończę się urządzać - brakuje dodatków, które stworzą klimat.Ni jest źle, ale czuję się przytłoczona. I jestem bardzo ciekawa co mnie czeka dalej. Macie taką listę emocji, wzlotów i upadków?

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja po kolejnej przeprowadzce tym razem z kontekstu wsiowego do miasta Treviso ( Włochy)z mieszkania w bardzo malutkim bloku z wielkim ogrodem do mieszkania z lat pięćdziesiątych 😊wysokie przestronne pomieszczenia i stary parkiet😊na czwarte piętro bez windy.

    OdpowiedzUsuń