Jak urządzić mały kąt wypoczynkowy, żeby czuć się w nim dobrze (i to bez jedzenia soczewicy).


Living tudzież salon to podobno najważniejsze pomieszczenie w domu. Wiecie, to nieustanne goszczenie przyjezdnych, wspólne oglądanie Sanatorium miłości, kilometry poduszek z wcięciem pośrodku, które są najlepszym dowodem na Twój stylistyczny cios, a także wszystkie te leniwe soboty z czipsami pomiędzy udami i obserwowanie zwiewnych pajęczyn na suficie. Podobno.

Początki były trudne. Manewrowanie fotelami, ustawianie tryliarda stolików kawowych, bardziej przodem do balkonu czy lepiej bokiem do kuchni, no i jeszcze żeby na przyjazd teściów dobrze wyglądało. Dużo pomysłów, jeszcze więcej fakapów, a najwięcej kabli. Był też krótki etap densfloru- dawajcie pod ścianę, parkiet na Sylwestra sam się nie zrobi. Wyzwolenie z tego livingowego pierdolnika było jednak prostsze, niż mogłoby się wydawać. Odbyło się szybko, bezboleśnie, jednodniowo, a i jeszcze trochę zarobiłam. Jak przystało na rasowego millenialsa (rocznik '85, ale podobno się łapię), roku Pańskiego dwutysięcznego piętnastego wyniosłam telewizor prosto w ręce nowego nabywcy. Jeszcze z radości dałam mu dwa przedłużacze i baterie do pilota. Ruch był krótki i szybki, ale uwierzcie- naprawdę cholernie trudno nam się było ze Starym rozstać z kanałem Al Jazeery, tęskniliśmy też długo za ekspertami od grzybic pochwy i higieny uszu oraz za radosnymi bobasami z pełną pieluchą. Tak naprawdę dopiero niedawno przetrawiliśmy to rozstanie.

Livingi zwykle tradycyjnym ustawieniem stoją- wszystko jest po prostu zwrócone do telewizora. Oto cała recepta, dziękuję, pozdrawiam. Odkąd jednak go nie mam, meblom ukazała się jakaś nowa przyszłość. Wcześniej przejawiały jakby wypalenie zawodowe, a teraz są jak napalony na awans stażysta. Przestałam też myśleć w kategoriach, że kanapa to przy balkonie, a stół tylko przy kuchni, po co mi wielka sofa, jeśli w ciągu dnia siedzę na niej może z godzinę, a wolę wieczorem zalec już w sypialni z książką, po co mi rozkładany mebel, skoro prawie nikt u mnie nie nocuje, a na koniec po diabła mi przeznaczać połowę mieszkania na salon przy dwóch osobach i psie, pracowitych weekendach i zespole niespokojnych nóg. Po prostu w końcu urządziłam swój mały living pod nasze potrzeby, nasz styl życia, nasze wygody i wyłącznie nasze gusta. Może i mały, ale przynajmniej wariat.

KOLOROWA SOFA



O kolorach w asortymencie sklepów mogłabym traktat na miarę Mikołaja Reja napisać. Nawet polska edycja Ikei wycofała moje dwie ulubione wydania sofki Knopparp, zamieniając żółty i pomarańcz na szary i granat. Psipadek? Jakoś nie sądzę, a może to tylko nadmiar rodzimych programów o urządzaniu. Pomarańczowa sofa dwuosobowa była moim priorytetem, ale przecież pomarańcz to głównie w pokojach dziecięcych bryluje, dorośli ludzie to inwestują w klasykę i skórzane czółenka, a w ogóle taki kolor to zaraz się znudzi i pieniądze oczywiście w błoto pójdą. Z pomocą przyszło mi allegro i sprzedawcy, którzy na szczęście skądś czerpią te pomarańcze. Dwa tygodnie czekania, dwie godziny skręcania (Szwedy to jednak zmyślne stworzenia), no i mam- moja pierwsza nowa sofa (wszystkie wcześniejsze były używane).

ELEMENTY W STYLU PRL



Stylistyka 100 pro PRL jakoś nigdy nie należała do moich wybitnie ulubionych, ot przewijały się u mnie jakieś takie pojedyncze gabaryty typu stolik czy komoda, ale nawet Zygmunt Chajzer nie namówiłby mnie, żebym w to poszła na całość. Niemniej jednak, skoro czasem lubię sobie żołądkową chlapnąć z ogórkiem, to dlaczego by i nie pójść znowu w lastriko. Niedawno robiłam taki parapet w sypialni, a skoro materiały zostały, to czemuż nie machnąć tego i tutaj. Zawsze to estetycznie klasa wyżej niż porysowany biały plastik, a i namiastka umytego okna jakby również.

BOHEMIAN MEETS INDUSTRIAL



To jest właśnie to określenie, którym mogłabym spokojnie opisać mój styl. Kocham industrialne dodatki! Są jak szczypta chilli w czekoladzie. Albo sól morska na lodach. Przełamują ten ultrasłodki, kobiecy look, jakiego nie lubię. Stolik na hydraulicznych rurkach, który pierwotnie robiłam do kuchni (przepis na jego wykonanie znajdziecie TUTAJ), dzisiaj towarzyszy pomarańczowej sofie oraz koszykowi żeliwnemu, który dawno temu zgarnęłam z olx (to stary kosz na piłki golfowe). Niedawno kupiłam też to wielkie zielone Pe, które stoi na podłodze (litera ze starego szyldu sklepowego). Miks, który jest najlepszą odpowiedzią na najczęściej pojawiające się pytanie na insta: 'Co na taki wystrój pastelowy mówi Twój mąż?'. Sprawcie sobie coś z industrialu, niejeden wnętrzarski maestro odpuści.

DYWAN W STYLU VINTAGE



Dywany na otwartej przestrzeni mieszkania są idealne do tworzenia stref. Dzięki nim, kiedy wracasz po pijaku do domu, zawsze będziesz wiedzieć, gdzie stoi kanapa (wtedy potrzebne są dywany o różnych wysokościach runa, chociaż nie wiem, czy po pijaku będziesz w stanie je wyczuć). Mam w kuchni mały oryginalny dywanik vintage z tureckiej wełny, ale znalezienie odpowiednio dużego egzemplarza bez resztek obiadu z lat osiemdziesiątych, bez dziur po popularnych bez filtra albo chociaż bez zapachu dezodorantu Kobako, naprawdę może graniczyć z cudem. Dlatego jeśli chodzi o dywany, kupuję je nowe, świeże i wytarte przez producenta, a nie przez czyjeś zrogowaciałe pięty. Mój dywan o niskim runie, z frędzlami i delikatnej kolorystyce pochodzi ze sklepu Vella Home, gdzie pani Agnieszka dobierze Wam dywan jak Andrzej Wierzbicki grzywkę.

GALERIA ŚCIENNA


Musi być eklektyczna i taka najlepiej na całą ścianę, po sufit. Co to znaczy 'eklektyczna galeria ścienna'? To znaczy wszystko to, co wpadnie Ci w oko i chcesz to mieć na ścianie. Nawet za cenę wbicia w nią kolejnej paczki gwoździ. Moja galeria jest jak gra w Monopoly- ilekroć zaczynam z nią grać na nowo, po trzech godzinach już wiem, że i tak nie skończę. Co rusz coś dokładam, coś odejmuję. Teraz dołożyłam wielki drewniany różaniec z Lourdes i pociągnęłam ramki aż pod sufit. Na szczęście na takiej wzorzystej tapecie nie widać dziur.

RESZTA MAJDANU


Czyli jakieś pufki, obowiązkowo rośliny i wszystko to, co sprawia, że chcesz się śmiać nie wypalając ani jednego dżointa. Lubię moją zieloną pralkę i stare wrotki. Barek, o którym pisałam TUTAJ, stoi sobie teraz na pograniczu livingu i kuchni, dzierżąc śmiało wszystkie nieumyte jeszcze gary. Do pełni livingowego szczęścia brakuje mi jeszcze tylko niewielkiego i niskiego fotela, ale jest już upatrzony, czeka tylko, aż dosięgną go moje chytre macki i przerobią pod naszą modłę (co nastąpi w następnym tygodniu).

Oto mój kąt wypoczynkowy A.D. 2019. Ukończony, można spokojnie udać się na plażę.








Do następnego :-)

Tags:

Share:

11 komentarze

  1. Przepiękne kolory, a pomarańczowa sofa wymiata ❤️

    OdpowiedzUsuń
  2. Zazdroszczę Ci pozbycia się tv Mój mąż to by chyba szybciej mnie się pozbył 😧 Więc próbuje zmieniać mój kacik zawsze pod to pudło i kombinuj tu kobieto jak ustawić kanapę co by było chociaż trochę inaczej Pozdrawiam Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no nic na siłę. Mój sam wyszedł z tym pomysłem. Pozdrowienia :-)

      Usuń
  3. Klinika Bieli23.04.2019, 22:22

    Też nie mam tv, szkoda mi było zasłaniać ceglaną ścianę. Fajny yen Wasz kącik

    OdpowiedzUsuń
  4. O zasłonach chyba gdzieś pisałaś, ale spytam: skąd?? I fajnie masz, że dziur po gwoździach nie widać. No i w ogóle fajnie masz! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja odpoczywam w ciągu dnia tylko chilami - kiedy śpi córka. Nie rozsiadam sie, tylko półdupkiem coś gdzieś czytam - nasłuchuję z obawą, choć 2 sofy w salonie zapraszają..

    OdpowiedzUsuń