Wnętrzarskie zgrzyty, czyli stare meble w nowym budownictwie i metamorfoza stołu.


Ilekroć przeprowadzam jakieś starociowe transakcje na mojej klatce schodowej, zawsze widzę taki lekki dysonans na twarzy nabywcy. Trawi go jakiś taki niepokój, a twarz podobna do nikogo roztrząsa kluczową kwestię- taka zardzewiała szuflada w nowoczesnym bloku? A ja, jako że kocham wszelkie dramy i wyrywanie ze strefy komfortu, zawsze odpowiadam dumnie, że mam tego całą piwnicę.

Nikt się generalnie tego nie spodziewa. Tych starych pralek w groszkowej emalii, szpitalnych szafek zjedzonych przez rdzę, chwiejnych stołów z sypialni Gierka i całego tego śmietnikowego mandżuru w stylu dalekim od Doroty Szelągowskiej. Moje mieszkanie razem z tym moim osiedlem są jak Demi Moore i Ashton Kutcher- generalnie do siebie pasują, ale odległość w punkcie życiowej egzystencji zawsze powoduje to charakterystyczne mrużenie oczu, zwężanie ust i myśli w stylu: 'no nie wiem, nie wiem...'. Stare z nowym i babcie z Piątnicy już wznoszą oczy ku niebu. Każdy, kto przyjedzie na moją dzielnię, spodziewa się używanych taśm ledowych niźli reliktów sprzed ery Instagrama. Ubranek dziecięcych albo chociaż czegoś z Ikei. A tu mieszkanie na trzecim piętrze oferuje krzesła ze starej przychodni. Jeszcze z różowymi gumami pod spodem, wciąż pachnącymi (ach, lata 80. i słodycze nie z daktyli).

Takimi ścieżkami chadzają też projektanci wnętrz, których nie lubię dla zasady. Jak kupisz mieszkanie w czymś po 2010 roku, możesz być pewien karton- gipsu, szklanych parawanów, zabudowanej lodówki i czegoś szarego z granatem. Jeśli zaś staniesz się właścicielem mieszkania w starej kamienicy, znowu usłyszysz, że należy uszanować stylistykę budynku i nawet nie masz co marzyć o pomarańczowej kuchni na wysoki połysk. Po prostu wszystko musi ze sobą grać jak sukienka weselna z bolerkiem. Współczesne mieszkania pełne są podłóg wenge i ledowych punktów, stare mieszkania peerelowskich stolików i gramofonów. Oczywista oczywistość & fakt autentyczny.

A ja sobie lubię tak pomącić. Zawsze lubiłam. Już w podstawówce nosiłam nowe najki z męskimi jeansami z poniedziałkowej dostawy. Teraz za oknem mam świeży trawnik, a w środku barek nie pierwszej świeżości. Furtka na prywatne patio, a parapety w lastriko. Mój wewnętrzny eklektyzm wyszedł poza chałupę i teraz mam taki miks nowego i starego w postaci mieszkania pełnego gratów na osiedlu pełnym kamer. I tylko Stary raptem dwa lata starszy, ale po co mamy denerwować babcie.


Mój stary, drewniany stół, jeden z wielu, które zasmakowały mieszkania ze mną pod jednym dachem, przeszedł właśnie mały lifting. Generalnie odświeżyłam cały kąt jadalniany, ale stół dopraszał się o to od samego początku. Na pierwszy rzut oka może nie był jakiś wyjątkowo szpetny, dało się z niego korzystać, hardo występował nawet na zdjęciach, ale ostatecznie poszedł pod pędzel z dwóch powodów. Po pierwsze, stara emalia była gdzieniegdzie wytarta i nie było tego połysku, po drugie, były na nim takie miejsca, które mogły jednak odbierać apetyt i nie udało się ich umyć. A tak w ogóle to odnoszę wrażenie, że przy każdej metamorfozie trzeba się najpierw wytłumaczyć, że czemu teraz mój stół ma inny kolor. Otóż, po prostu raziła mnie ta dziewicza biel, która zupełnie do mnie nie pasuje. Nie że dziewicza, tylko że biel.




Lubię takie produkty, które wszystko robią właściwie za mnie, a ja nie muszę specjalnie epatować swoją cierpliwością i udowadniać wszystkim, jak bardzo jestem perfekcyjna (jestem bardzo). Lubię machnąć pędzelkiem tu i tam i być przy tym pewna, że i tak będzie ładnie. I takie są produkty marki Tikkurila. Po prostu robią swoją robotę z właściwym przeznaczeniem. Pokrywają, polepszają, chronią. Praca z nimi to odpoczynek, nic nie muszę lakierować, poprawiać. Moje najszczersze gratulacje, Tikkurila, zrobiliście farby doskonałe.



'Metamorfoza stołu', jakkolwiek szumnie to brzmi, to tak naprawdę jedno przedpołudnie i trzy warstwy wodorozcieńczalnej emalii akrylowej Tikkurila Everal Aqua Gloss 80 w przepięknym kolorze Crystal z nowej kolekcji Tikkurila Color Now 2019 (to dokładnie odcień G371). To farba najnowszej generacji, która tworzy specjalną powłokę na malowanej powierzchni, która ją zabezpiecza przed uszkodzeniami. Dzięki niej mebel jest całkowicie odporny na mycie, co w przypadku stołu w jadalni ma olbrzymie znaczenie (przecieram go praktycznie po każdym posiłku). Dla ukazania tego genialnego efektu, specjalnie zrobiłam to zdjęcie poniżej. Czy to jakiś motylek przysiadł na zielonym listku? A może jakaś niedoszła lejdi zgubiła swój gumowy tips? Nie, to emalia do drewna, która kapnęła mi na panele. Dzięki powłoce przypominającej kauczuk, mogłam ją po prostu 'odkleić' od podłogi. 



Odcień G371 Crystal jest w zasadzie chłodnym błękitem, ale w zależności od światła nabiera nieco zielonkawych tonów. Wysoki połysk powłoki doskonale rozświetla kąt i odbija poranne słońce. Do tego kilka kolorowych krzeseł, obowiązkowo ciemniejszy i miły w dotyku dywan w stylu vintage, na którym jasny błękit idealnie się odcina. I gotowe. Stary mebel w nowej odsłonie. Wiekowe drewno i nowy kolor. Współczesna paleta barw i używany stół sprzed lat. Nowe budownictwo i stare rzeczy. Lubię takie zgrzyty.


















Jak Wam się podoba zmiana?

Pochylmy się też nad tym zielonym, patchworkowym dywanem w stylu vintage <3 Pochodzi on z mojego ulubionego królestwa domowych tekstyliów, czyli sklepu Vella Home.

Do następnego :-)

Post powstał we współpracy z marką Tikkurila.

Prześlij komentarz

12 Komentarze

  1. Aaa jak przecudnie Ci to wyszło <3

    Haha mam to samo :D Nowy blok, fą fę, a u mnie na wejściu około 70-letnie fotele kinowe, które mało że są stare, to jeszcze NIE SPEŁNIAJĄ ŻADNEJ FUNKCJI. Nie dość że nie mam w zasadzie przedpokoju, więc szafy brak, to jeszcze na jedynej ścianie, na której chociaż jakaś szafka na buty mogłaby stanąć, ja mam te fotele i jeśli chodzi o ich funkcję, to śpią na nich koty. A w oczach odwiedzających widzę czasem tylko "Takie marnotrawstwo miejsca, taki brak funkcjonalności, takie obdrapane drewno, no zdurniała chyba" :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale dywan jaki! ❤️

    OdpowiedzUsuń
  3. Blog odkryłam niedawno i pokochałam miłością wielką. Wszystkie te porównania, słowotwórstwo, rytm frazy, ciętość języka i zajmująca treść. O wnętrzach, ale czasem tak jakby przy okazji ważnych spraw. "Połknęłam" wcześniejsze wpisy w dwa wieczory i wciąż sprawdzam, czy są już nowe.
    A stół świeży, lekki i pasuje do tej niezwykłej mieszaniny.
    Pozdrawiam, Justyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ mi miło, dziękuję! Wpadaj jak najczęściej ❤️

      Usuń
  4. Czy taki malowany mebel trzeba wcześniej jakoś przygotować? Czy można jechac prosto z puchy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy od powierzchni- jeśli jest to mebel np. w okleinie czy pomalowany jakąś ciemną farbą, wtedy warto użyć farby gruntującej, natomiast mój stół jest drewniany i był biały, więc spokojnie jechałam prosto z puchy :-))

      Usuń
  5. Może w ten weekend też sobie coś pomaluję... ? Taaaaa... Chyba paznokcie ;) Piękny kolor, chociaż myślałam, że może zdecydujesz się na jakiś mocniejszy odcień ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Początkowo miał właśnie taki być, ale potem wybrałam ciemniejszy dywan i jakoś tak zginąłby na nim, teraz bardziej się odcina ;-)

      Usuń
  6. Bardzo ciekawy kolor - wyszło super! :)

    OdpowiedzUsuń