Higiena, dyskrecja i Ikea, czyli najlepsze rzeczy, jakich nauczyła mnie mama.


Nadchodząca niedziela to jeden z tych emocjonalnych dni, które mogą jednocześnie napawać smutkiem, radością, tęsknotą, złością i generalnie całym tym wachlarzem uczuć, z którymi kojarzy się matka. Kto ma jednolicie tęczową relację ze swoją, temu koronę z piwonii (niestety więcej nagród nie przewidziałam). Między mną a moją mamą więcej ładunku potrafi się wytworzyć niż w starej suszarce niechcący wrzuconej do wanny.

Wszystko przez to, że moja rodzina jest ultramała, ja jestem jedynakiem, moja mama także, więc od zawsze żyliśmy ze sobą bardzo 'ciasno', blisko przy sobie. Do tego śmieszno- straszny los obdarzył mnie i moich rodziców najbardziej skrajnymi charakterami z możliwych, rozdając nam takie znaki zodiaku, że w niejedną niedzielkę leciały świeczniki. Ojciec dostał byka, mama koziorożca, a ja- jako ta esencja najlepszego- skorpionka, a co tam, niech ma dziewczyna co robić w życiu. Czasem tak patrzyłam na te wielopokoleniowe rodziny, co to zasiadają w trzydzieści osób do jednego stołu skleconego z trzech i dumałam, że nasza taka mikra, a potem sobie przypominałam, że przecież my potrafimy dać czadu za nich wszystkich- sama podczas świąt potrafię spokojnie robić za cztery osoby, które zapomniały wziąć leków. Emocjonalnie żywi jesteśmy po prostu, ja i moja mama nad wyraz nawet, więc na naszych łączach bulgocze często jak w bułgarskim gulaszu, czasem przerywa jak w Internecie z vectry, a czasem jest słodko i stabilnie, że aż podejrzanie. Nasza relacja dojrzała do tego momentu, że jesteśmy wobec siebie szczere, ulewamy sobie na bieżąco, żeby w środku niepotrzebnie nie kumulować i nie wzywać potem dzielnicowego, nie wisimy nad wyraz na sobie, ale wspieramy się przy okazji każdego okazjonalnego wykolejenia i awaryjnego pożyczania stówy. Jest to relacja bliska, ale z prawem do swobody, co udało nam się szczęśliwie wypracować po pięciu latach kłótni na messengerze.

Moja mama też sporo mnie nauczyła, ale to nie była ta nauka z gatunku sadzenia rzodkiewek czy pieczenia wieńca drożdżowego, bowiem nawet jeśli by chciała, mnie te rzeczy kompletnie nie kręciły i nie kręcą nadal, a jak mnie coś nie kręci, to niestety nie jestem w stanie tego wykonać. Moja mama nauczyła mnie rzeczy unikalnych. Takich, bym powiedziała, wizjonerskich, bo wiadomo, że dzieciak matki nie słucha, a potem się okazuje, że właśnie źle. Oprócz tytułowej higieny i dyskrecji, którymi cechować powinna się każda kobieta, i które ukazuje też moje zdjęcie w pianie, które kazałam jej zrobić, są też rzeczy inne, choć może i podobnego pokroju. Ileż ja na tej nauce skorzystałam, to już ja sama wiem najlepiej, no może nie na każdej, ale to tylko dlatego, żem o niej zapomniała.

NAUCZ SIĘ POZOWAĆ W KUCHNI, BO KIEDYŚ BĘDZIE INSTAGRAM


Śmiejcie się, opluwajcie swoje ekrany, ale nie potrafię znaleźć racjonalnego wytłumaczenia ani dla tego outfitu, ani dla zamysłu tejże foty. Prawda jest taka, że takich zdjęć pozowanych w kuchni mam całe setki, jeśli nie kartony. Mama brała za aparat i mówiła: 'pozuj!', co mi się strasznie podobało, lubiłam szczególnie te ujęcia w rajstopach. Nie rozważałam nigdy kariery modelki, ale moja mama- wizjonerka jakby przewidziała instagram, a nawet rajstopną kampanię by Ann dla calzedonii. Teraz nie mam żadnych problemów z pozowaniem w kuchni, ogarniam nawet zamachy spódnicami i samowyzwalacz jednocześnie. Choć już nie tak skąpo odziana, to jednak pewien skill pozostał.

NAJLEPSZE ĆWICZENIA ODBYWAJĄ SIĘ W DOMU, A KIEDYŚ BĘDZIE TEŻ YOUTUBE


Ja już wiem, skąd u mnie ta niechęć do wszelkich zajęć grupowych. Myślałam, że to może od tych mokrych śladów na sąsiednich legginsach, które lśnią między pośladami tuż przed moją twarzą. Albo od tych sal nieklimatyzowanych, w których panie nie pozwalają otworzyć okna z obawy przed wiatropyleniem. Że może to jednak z powodu niekomfortowych zajęć korekcyjnych w podstawówce, na które chodziłam ja, posiadaczka pierwszych cycków w klasie oraz sami chłopcy. Nie, już teraz wiem. To wszystko przez te szalone aerobiki, które uskuteczniałyśmy razem przed telewizorem, i które dla beki uwieczniał na kliszy ojciec. Ha, no i do dziś ćwiczę głównie w livingu (oczywiście jak mi się chce). 

IKEA I CENNA NAUKA LOKOWANIA PRODUKTU


Nie wiem, czy ktoś jeszcze w dzisiejszych czasach robi sobie zdjęcie pod Ikeą, ale my robiłyśmy za każdym razem i mam takich dwanaście. Jako kobiety z małego mazurskiego miasteczka, żyjące głownie z zatowarowania pobliskiego sklepu 'Ludwik', po prostu nie mogłyśmy spać przed podróżą do Gdańska i okazją do kupienia każdego rodzaju tilajtów. Z każdego zdjęcia można łatwo wyczytać, czy zakupy były udane, czy też nie- na tym powyżej ewidentnie były udane, o czym świadczy mój thumb up. No i powiedzcie sami, kto mnie nauczył takiego wysublimowanego promowania marki, takiego lokowania produktu, że ja teraz wiem, co i jak oznaczać. Kto mnie zaraził miłością do szwedzkiej sieciówki, kto powiedział, że najlepsze zakupy to te do domu. Fenks mom.

NAJLEPIEJ MIESZKAĆ W CENTRUM, CZYLI PODUSZKA POD ŁOKCIE


No i to jest ta rada, z której nie skorzystałam, kiedy kupowałam mieszkanie w szczerym polu, a potem cierpiałam w autobusach do pracy. Powyższe zdjęcie to te bezcenne czasy, kiedy mieszkaliśmy w kamienicy w centrum miasta, dzięki czemu zawsze mogłam wracać ostatnia z imprezy, być pierwsza na nowej dostawie i z satysfakcją oglądać sobie Piknik Country z okna dużego pokoju i poduszką pod łokciem, o czym świadczy mój chytry i pełen kpiny dla stojących poniżej uśmiech. Dzisiaj pracuję z domu, więc to już nie taki problem, ale i tak jesteśmy uzależnieni od auta czy komunikacji miejskiej, która wygląda dużo gorzej, niż nam obiecywano. Jak mam jechać z dwiema przesiadkami w tej duchocie do jednego sklepu, to mi się zwyczajnie nie chce, a wtedy oglądam to foto i se pluję w brodę.

UWIERZ W BOHO CÓRCIA


Mówiła mi mama, kiedy zrezygnowana nie miałam pomysłu, za kogo chciałabym się przebrać na szkolne gry i zabawy przy Macarenie. I wtedy szłyśmy w cygankę aka boho, jak to mówi dziś jeden z najbardziej popularnych hasztagów na insta. Długa kiecka, wiązana w pasie bluzka niczym odzienie zdarte z jakiegoś opalonego Andrzeja i chustki we włosach, które dziś jakby znowu robią furorę. Wtedy niejedna się ze mnie podśmiewała, że tarotem to ja mogę co najwyżej swojego chomika nazwać, a dziś proszę- seksowne hippiski w zamaszystych swetrach z frędzlami i wcale nikt im nie mówi, że to jakaś romska tradycja. 

***
Ten post napisałam oczywiście z przymrużeniem oka, bo najważniejszą radą, jaką dała mi mama, jest to, żebym zawsze była sobą i ja z tego zajebiście ciągle korzystam.


Do następnego :-)

Share:

16 komentarze

  1. Cudne to! <3
    Muszę wyciągnąć jakieś swoje stare zdjęcia! xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha!Boski wpis :) Chyba mam nowego ulubionego bloga (trafiłam z insta, czemu tak późno???)
    Czy do Ikei w Gdańsku jeździliście jeszcze, jak była w Oliwie???To był czad!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, dziękuję! Najważniejsze, że znalazłaś właściwą drogę :-D
      Nie, już była na Matarni, ale to były początki <3

      Usuń
  3. Haha, o boże, wspaniały wpis, rozwalilaś system ❤️

    OdpowiedzUsuń
  4. super post i czasy fajowskie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytanie Twoich wpisów jest uzależniające! Czytając jeden, ląduję gdzieś 10 wpisów dalej i nawet nie wiem kiedy ten czas zleciał ;) chcemy więcej!

    OdpowiedzUsuń
  6. Na te świecące obcisłe spodenki do ćwiczeń mowiło sie u nas "lakry", oczywiście nie były tylko do ćwiczeń. Lakry + koszulka to była normalna szkolna stylówa. 🤩

    OdpowiedzUsuń
  7. Fajnie jest czasem spojrzeć wstecz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, ja często spoglądam, czasem za często.

      Usuń
  8. Jeju, dziewczyno, jak Ty super piszesz! Miałam nadzieję, że post się nie skończy, a jednak... :( I już wiem, skąd u Ciebie to zamiłowanie do kolorowych wnętrz. ;)

    OdpowiedzUsuń