Pięć sposobów na sypialnię idealną, które polecali ekspreci, a których nie przyswoiłam.


Na dźwięk słowa 'ekspert' wzdrygam się naturalnie. Czasem mam wrażenie, że tylko przed profesorem Miodkiem czuję jeszcze jakikolwiek respekt, kocham bowiem ludzi tak czule pastwiących się nad językiem polskim, a tak to dramat- potrafię zakwestionować nawet tezy lokalnego urologa, któremu bezczelnie wydaje się, że zna mój pęcherz lepiej niż ja.

W dzisiejszym świecie bycie ekspertem trochę się zdewaluowało, szczególnie odkąd powstały mitingi dla tak zwanych twórców internetowych, na których nawołują do intensywnego networkingu, wymiany drinków na wizytówki oraz występowania w roli tak zwanych ekspertów. Nie wiem, czym różni się bycie Grażyną sprzed monitora, od bycia Grażyną sprzed kamery, bo czasem nie tylko mam wrażenie, że niczym, ale i całe zestawienie wypada jakby na niekorzyść tej drugiej. Nie chcę już nawet przywoływać śniadaniówek, w których- gdzieś między jajecznicą a nowym chłopakiem Julii Wieniawy- bełkocze coś na wysiedzianej kanapie jakaś kolejna wyrocznia. Czy wynika to z faktu, że ja mam ogólnie wrodzoną awersję do mówienia, co i jak mam robić? A może to po prostu za dużo reklam, w których jakaś pani z agencji o niby-że-eksperckiej aparycji tłumaczy leczenie grzybicy pochwy w trzy dni- nigdy się tego nie dowiem. I pomyśleć, że żeby wyglądać profesjonalnie i być ekspertem, zawsze zakładają im te okulary- jak ja mogłam świadomie zrezygnować z tak kompetentnego oblicza i wymienić je na soczewki.

Wróćmy jednak do meritum, bo jak już wjeżdżają pochwy i pęcherze, to robi się niebezpiecznie. Nie lubię wnętrzarskich ekspertów, cholera, jak ja ich nie lubię. Myślę, że moja ewentualna kooperacja z jakimś projektantem wnętrz zakończyłaby się szybciej niż z moim ostatnim stanikiem z Tchibo, który zerwałam z siebie sama po dwóch godzinach niemożności skupienia się na niczym, poza regulowaniem obwodu. Nie lubię też ludzi, którzy nie mają wiele wspólnego z byciem ekspertem, ale uparcie wbijają się w tą rolę- nie mylić tej refleksji z uprzejmym dzieleniem się własnym doświadczeniem, choć nawet i to nie tłumaczy pewnej byłej żony skoczka, która nagle ogłosiła się terapeutą i zaczęła od publicznego zażegnywania konfliktów między zwaśnionymi konkubentami. Sama unikam jak ognia takiego tonu, co jest czasem niełatwe, szczególnie przy postach sponsorowanych, które przypominają wtedy wygibasy na trzepaku pod blokiem. Na całe jednak szczęście dla społeczeństwa jestem samozwańczą stylistyką tylko własnej powierzchni.


Ekspertów od wnętrz zaroiło się jak od kleszczy, czasem ciekawe są te ich porady, czasem mniej. Przy okazji odświeżania sypialni przejrzałam sobie internety w poszukiwaniu jakichś ogólnych zasad, jak urządzić tą przestrzeń, która przecież alkową miłości i wyciszenia oazą, a już my dobrze wiemy, jak to naprawdę jest. Jedną z najważniejszych reguł, bo przewijała się ona dosłownie wszędzie, jest STONOWANY DEKOR. Ogólnie słowa 'spokój' i 'stonowany' są jakby kluczowe w tej historii, bo to ostatecznie świątynia jest do medytacji, a nie miejsce do czytania historii o Tedzie Bundym. Miałam kiedyś drzewko szczęścia z bursztynu i lampkę naftową, ale gdzieś niestety zaginęły i w mojej nowej aranżacji musiałam zastąpić je blaszanym szyldem piwnym ze złomu i starą miarką z rynku, zgodnie z którą niejeden Bogdan w swym domu pawlacze klecił. Fakenszyt, nie umiem w spokojny dekor.


Internety grzmiały też jak Gandalf, aby UNIKAĆ GÓRNEGO ŚWIATŁA, a najlepiej w ogóle z niego zrezygnować. Nie mam jakiegoś problemu z lampami sufitowymi, naprawdę. Może nie w każdej sytuacji je stosuję, wiadomo (chodziło mi o odkurzanie, świntuchy), ale w sypialni zapalam je bardzo często, bowiem tamże składowane są nasze podomki, bielizny i inne barchany, a musicie wiedzieć, że wybieranie majtek na nowy dzień wygląda u mnie jak na początku filmu 'Diabeł ubiera się u Prady'. Nie ma nic gorszego niż niewygodne gacie, poza tym prowadziłam ścisły ich podział, zanim Marie Kondo zjadła swoje pierwsze California roll. Jak to 'zrezygnuj z górnego oświetlenia'. Jeszcze szczególnie wtedy, kiedy jest ono wiklinowym koszykiem, który dotąd dzierżył klapki remontowe, a teraz pięknie rozprasza światło niczym żaluzje słońce na Bali.


Przechowywanie ubrań w sypialni od zawsze budziło jakieś emocje, że nasiąkają smażonym jajkiem i w ogóle, ale eksperci od urządzania ujęli to jako WIZUALNY CHAOS. W ogóle oni mają chyba jakiś problem z oczami- to światło, ten dekor, teraz chaos ubraniowy....nie wiem, coś jest nie tak. Co złego jest w tym, że po przebudzeniu widzę wszystkie swoje kolorowe spódnice i od razu po połknięciu letroxu mogę poczuć jakąś życiową dumę, choćby nawet taką, że żadna z nich nie kosztowała więcej niż dwie dychy. Część moich rzeczy leżakuje teraz w szklanej witrynie, która swego czasu była w kuchni. No i je, cholera, widać. Ale mogło być gorzej- początkowo ta szafka miała być na staniki. To dopiero byłby chaos. I to nie tylko wizualny.


Duże poruszenie wzbudza też okno w sypialni. Szczególnie jeśli masz ją usytuowaną od strony wschodniej, czyli jak ja. Kocham poranne promienie i światło ranne jest dla mnie the best. Ale nie dla nich. Przed słońcem trzeba uciekać, chronić się i generalnie SZCZELNIE ZASŁANIAĆ OKNO. Powiem Wam w sekrecie, że zasłon w sypialni dorobiliśmy się po ośmiu latach łysej szyby. Przez ten czas wszyscy nasi sąsiedzi zdążyli już skorzystać z wnętrzarskich porad odnośnie relacji słońce-żaluzja-sąsiad i tak się obstawili roletami, że doprawdy nasze w ogóle stały się zbędne. Ale powiesiłam ostatecznie bawełniane kremowe zasłony, żeby nie było, chociaż tak prześwitują, że uznajmy, że jest to jakieś tam spełnienie punktu o stonowanym dekorze.



Ostatnia rzecz, ale za to ta zasadnicza i najbardziej surowa w ocenie- KOLOR ŚCIANY. Opinie są dwie: ściana w ciemnym odcieniu, żeby było przytulniej albo ściana klasyczna, żeby było... klasycznie? Spokojnie, o, żeby było spokojnie. Nie ma co rozjuszać się przed spaniem, jeszcze się pościel na podłogę wykopie albo psa pod sufit zacznie podrzucać, nie mówiąc już o figlach- miglach (fu). Ja zdecydowałam się na ścianę białą oraz ścianę w kolorze, który wypatrzyłam na jednych takich spodniach. Wcześniejsza szarość poszła precz, a zawitał kolor zupełnie inny- jaki, to już sobie sami zobaczcie tutaj.

Tymczasem serwuję Wam jeszcze trochę sypialnianych kadrów, a sama udaję się w objęcia mojej świątyni czytania, oglądania i przybierania na wadze.
















Do następnego ;-)

Share:

12 komentarze

  1. Świetne dodatki, ale piszesz obłędnie, mogę czytać i czytać 🖤

    OdpowiedzUsuń
  2. Pisałam już, że kocham? Uwielbiam!!! Te kolory, te spódnice za szkłem... Ja podobnie traktuję konwenanse, mody i ekspertów, no i oczywiście "co ludzie powiedzą". Ośmielam się przesłać BUZIAKI.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie! O co chodzi z tą awersją do górnego światła?! My mamy pierdylion lampek i lampeczek "nastrojowych", ale górne być musi i basta!
    Także ten... Z ekspertów tylko profesor Miodek 😁
    Pozdrawiam, Ola

    OdpowiedzUsuń
  4. Drzewko z bursztynu... pamiętam!!!👍😉😁 a kto z takiej miarki nie układał literek... ten chyba nie miał dzieciństwa, hehe. Super tekst👏😘

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam na twoje wpisy jak na Gwiazdkę Popieram robienie sypialni pod swoje gusta Twoja wymiata Pozdrawiam Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja ostatnio mam odwyk od programów wnętrzarskich. Powodów jest wiele, a jednym z nich jest taki, że nie mam teraz co urządzać i to mnie wkurza - kulturalnie pisząc. Ale: od zawsze mam górne światło i od lat mam otwartą szafę, tak więc ten... ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń