Jak jeden rynek odmienił moją relację z rzeczami.


Jeszcze dziesięć, piętnaście lat temu nostalgia mną targała. Nad wyraz wylewna byłam w stosunku do krzeseł, głaskać potrafiłam okopcony garnek, bo to w nim pierwszą zupę żem spaliła. Może nie że zaraz w płacz uderzałam na widok boleśnie wygiętego widelczyka, bo kotlet wyszedł za suchy, ale zdecydowanie coś we mnie drgało i to wcale nie był niedobór magnezu. Moja relacja z rzeczami była silniejsza niż z koleżanką, która regularnie pożyczała mi stówę. Wszystko to przemienił on. Rynek.

Pamiętam, kiedy go odkryłam. Łzy w oczach miałam, jakbym gdzieś tam, pomiędzy Zenkiem bez zęba a petem bez filtra znalazła swoje miejsce na Ziemi. Wciąż nie wiem, czy Gdańsk nim jest, ale rynek na pewno. Mogłabym tam mieszkać, lubię nawet rynkowego inkasenta, a to już o czymś świadczy. Zanim moja spocona stopa po raz pierwszy dotknęła jego bruku (to przez te tramwaje, wtedy jeszcze bez klimy), błądziłam gdzieś po galeriach handlowych, w których odnaleźć swojej duszy nie umiałam. Panie w Seforze zawsze patrzyły bacznie, czy czasem nie chcę czegoś małomiasteczkowo gwizdnąć, wszak do galerii handlowej wypada się wyszykować, ostatecznie to dzisiejsze świątynie. Rynek to inny świat. To ostatni bastion walki z kapitalistycznym wieprzem, ogniwo w łańcuchu zrównoważonego obrotu towarem oraz moja osobista mekka, w której na własną rękę uskuteczniam terapeutyczne grzebalnictwo, przez które zapomniałam już, jak się w normalnym sklepie elegancko wieszaki przesuwa. To jest dopiero mentalny rollercoaster. Te emocje, ta hala rybna tuż obok próbek Diora, te bezpośrednie zwroty ('Panie, co pan pierdolisz, jaki antyk'). Tu nie trzeba silić się na męczącą kurtuazję i uskuteczniać sztywne small talki rodem z windy. Tutaj możesz być sobą- ziewnąć, podrapać się po dupie, a nawet puścić jakiegoś niezobowiązującego bąka. Praktycznie jak w domu, tyle że w staniku.

Rynek totalnie przetransformował moją relację z wszelkimi rzeczami, jeszcze zanim na dobre odkryłam olxa. Nie tylko jestem stałym klientem, ale i czasem sobie wyprzedaję tam to i owo, co mi w domu zalega. Wiele się tam nauczyłam i to nie tylko jak otworzyć okiem butelkę z kapslem. Przestałam się przywiązywać do przedmiotów, polubiłam spontaniczne wymianki, nie mówiąc już o tym, o ile mniej kupuję dziś w zwyczajnych sklepach. Zaczęłam inaczej patrzeć na ceny, które teraz jeszcze bardziej mnie załamują. Dobrze wiem, ile i co mogę znaleźć na rynku z pięcioma dychami w kieszeni, a ile życzą sobie popularne sieciówki za bangladeskie wazony. Moje mieszkanie też przeszło totalną transformację. Kocham łączyć nowe rzeczy ze znaleziskami z rynku, dzięki czemu i jedno, i drugie zyskuje jakby inny wymiar. Ostentacyjnie też dodam, że niektórzy na rynku zupełnie nie wiedzą, co sprzedają (sorry not sorry). Niedzielne wypady na rynek stały się już u nas niejaką tradycją. Wczoraj na przykład wróciłam z posterem reklamowym Theophile'a Steinlena. To chyba nie jest oryginalny plakat, ale oryginalny wydruk, w dodatku w ramie ze szkłem i sygnaturą. Rzuciłam się na niego jak emeryt na miejsce siedzące i jeszcze bezczelnie utargowałam dychę (z trzech na dwie). Kocham rynek. Kiedyś wykupię tam sobie miejsce na swój nagrobek. To będą  moje osobiste Powązki. Tylko trochę tańsze.






















Do następnego :-)

Share:

16 komentarze

  1. No zaszalałaś ;) Też chcę taki rynek. U mnie we wsi tylko pchli targ z nadętymi sprzedawcami antyków "nie dotykać" :/ Ale może jeszcze coś znajdę... Jak już znajdę dom do urządzania oczywiście ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Gdańsku też szału nie ma, raptem tylko ten ryneczek w niedziele, ale też same duperele są, na szczęście jest jeszcze olx :-)

      Usuń
  2. Jak córcie kocham Chyba bym tam zamieszkala Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę przyznać, że jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego typu miejsc, prawdopodobnie z lenistwa, ale na Twoich zdjęciach zobaczyłam tyle pięknych perełek, które idealnie wkomponowałyby się w nasze minimalistyczne mieszkanie, że aż zakiełkowała u mnie myśl, żeby wybrać się do Gdańska. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem w domu,,,,,,
    Uwielbiam myszkować.

    OdpowiedzUsuń
  5. O matko, te niebieskie talerzyki... muszę kiedyś zrobić podejście do krakowskiej Hali Targowej, kiedyś zobaczyłam panią sprzedająca małe, brudne maskotki, popłakałam się i poszłam do domu :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo, ja jak widzę te babuszki z małymi bukiecikami, to mam dokładnie do samo i wszystko od nich biorę

      Usuń
  6. Za mało na tym rynku bywałam, kiedy mieszkałam w Trójmieście, choć raz nawet w roli sprzedawcy. Teraz za to z wielką lubością podbijam okoliczne flohmarkty i poluję na perełki. Podoba mi się ten klimat, lubię dawać drugie życie rzeczom i cieszę się, że staje się to modne. Ale masz rację, w Trójmieście brakuje takich miejsc. Było jeszcze Sopotello przez jakiś czas, ale pazerność organizatorów skutecznie zabiła potencjał tej miejscówki :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz, nigdy nie dotarłam na to Sopotello, a tuż po imprezie :-/

      Usuń
  7. Ten rynek marzeń to w Oliwie czy we Wrzeszczu? :-)

    OdpowiedzUsuń
  8. A nnie zachwyca ten lubiezny owoc kaki. Totalnie widzę go u siebie na ścianie, tylko Gdańsk tak daleko...

    OdpowiedzUsuń