Letnie warstwy to najlepsze warstwy (o ile nie trzeba szorować pięt).


Lato to taka pora roku, która powinna (cholera, nie cierpię tego słowa, ale tu jest akurat niezbędne) kojarzyć się z odpoczynkiem. Z takim rozluźnieniem na zasadzie wypuszczenia brzucha na pasek. Tymczasem aura wokół lata zrobiła się nieco spięta. O lecie musisz myśleć już generalnie zimą, bo inaczej nie zdążysz do lata. Nie zdążysz rozbić, ubić, zetrzeć, odtłuścić i wyrwać, a jak nie zdążysz, to już lepiej od razu skasuj Instagram.

Latem wszystko rozbija się o warstwy i najgorzej, że nie o te ciuchowe tu biega. Chodzi o warstwy zbudowane z pizzy, kukurydzy i starej skóry. O te falujące ramiona, zimowe opony i podwójne pięty. Czasem też o te pośladki jak dwa SpongeBoby. O owłosienie typu męskiego, które zimą generalnie jest mocno zdystansowane w stosunku do maszynki, latem zaś staje się obiektem najbardziej nienawistnego mrużenia oczu, jakiego nie widziałam od podstawówki. Zima to cudowna pora roku. Nie trzeba myć okien, a cellulit można upchać pod spandeksem. Lato to nie jest pora na relaks. Wakacje? No może we wrześniu, jak tylko uporam się ze swoimi pachwinami, mocno w stylu filmów erotycznych z lat osiemdziesiątych. Cholera, lato mnie stresuje. Trzeba w trzydziestu stopniach piec ciasta z truskawkami, używać gratisowych bibułek matujących i spinać pośladki. A już my dobrze wiemy, jak wyglądają dwa ściśnięte SpongeBoby.

Wymiana warstw w sferze wnętrzarskiej to pikuś i za to właśnie dziękuję Opatrzności, że trzy lata temu postanowiłam jednak założyć blog o takiej tematyce, a nie na przykład beauty, bo teraz, zamiast radośnie obżerać się ciastem szparagowym, ślęczałabym spocona jak okna w pekaesie nad swoimi stopami, a tak po prostu nie kupuję sandałów. Wymiana warstw w aspekcie dekorowania to jest dziesięć minut przed śniadaniem. Cyk, pyk, jedno zdejmujesz, drugie kładziesz, dziękuję, pozdrawiam. Gdyby można było tak prosto wymienić sobie pięty. Po prostu odkręcasz stare, przykręcasz nowe. I jakie zero waste- naturalny, choć lekko zrogowaciały nawóz dla ziemi. Ale w życiu nie ma lekko. Przykro mi, branżo beauty. A może i nie.


Balkon to jest jedyna strefa mojego mieszkania, w której głośno i wyraźnie odzywa się moja praktyczna natura. Nieraz powtarzałam i powtarzać będę, iż nie będę szukać potem rzeczy po sąsiadach. Nadmiar pierdół i latarenek to nie jest ten kierunek. Nie jest nim też pieczołowita układanka do zdjęcia albo siedzenie na krześle z wyprostowanymi plecami. Na balkonie lubię się rozwalić i siedzieć na ziemi. To miejsce, gdzie chrzanię zajęcia korekcyjne na kręgosłup. Nie posiadam suszarki bębnowej ani wielkiego tarasu, także może w ogóle nie powinnam nazywać go balkonem, a raczej obszarem relaksacyjnego lawirowania między gaciami a drzwiami do mieszkania. Niezbędne dodatki i butelka wina, czyli wszystko, czego mi trzeba, a jako że ciężko się siedzi na krześle po winie, to postawiłam na miękkie poduchy w wodoodpornych poszewkach, które swobodnie traktuję jako siedziska. Duże, wygodne, w kolorze jeansu, a do tego są przyjemne w dotyku, bo nie jest to cerata a'la poduszka, tylko fajna tkanina z wodoodporną warstwą. Nie wiem jeszcze, czy jest odporna na wino, ale na dzisiejsze ulewy jak najbardziej. Tego typu poduchy do używania na zewnątrz znajdziecie TUTAJ.





Czy koc to rzecz kontrowersyjna latem? Tak, ale nie polskim latem. Tak naprawdę używam ich cały rok, ale na lato chowam głęboko w czeluści mych śmietnikowych szafek te wełniane i wyjątkowo grube, a zastępuję je miękkimi pledami z frędzlami, które nie tylko przydają się wieczorami na balkonie, ale są też moim ulubionym instagramowym dekorem- pięknie dyndają na oparciu sofy (jak na przykład u JEN). Wełniany grubasek, który od samego patrzenia podnosi temperaturę, może nie jest najlepszym wyborem (szczególnie w taki dzień, jak wczoraj), więc wymieniam go na model w stylu 'lato w Skandynawii'. Albo w Polsce. Mój egzemplarz niemieckiej produkcji oraz wiele innych modeli pledów wyjątkowej jakości znajdziecie TUTAJ.




Onto the floor- czy wymiana chodnika, kiedy pięty jeszcze zimowe, ma sens? Otóż ma, trzeba tylko nosić kapcie. Chodniki to moja miłość i najlepszy patent, kiedy nie możesz już patrzeć na swoje panele, ale budżet pozwala ci co najwyżej na tackę sushi z Żabki. Dopóki nie wymienię ich na drewno, będę je kładła, gdzie popadanie, a potem też, bo i tak mi się podobają. Wełniany kilimek, który zdobił podłogę w kuchni, wylądował na czyszczeniu, a teraz mam portugalski dywan, który powstał z powtórnie przetworzonej mieszanki bawełnianych tkanin. Jest o wiele cieńszy, a do tego drukowany we wzór popularnych portugalskich płytek. A jak nie masz kasy na portugalskie płytki, połóż sobie dywan z recyklingu. Mój kolorowy egzemplarz znajdziecie TUTAJ.



I na koniec moja ważna, influenserska porada: jeśli chcesz wymienić tekstylia zimowe na letnie, nie wahaj się i zrób to teraz. Bo to jest jak z tymi puchatymi ramionami- olewasz, olewasz, a potem dzieci się z ciebie śmieją, że też mają takie skrzydełka.



Do następnego!

Sponsorem tego wpisu jest marka Vella Home - właściciel sklepu internetowego z wyjątkowej jakości tekstyliami do domu.

Prześlij komentarz

6 Komentarze

  1. Tak, zgoda - lato to mordercza pora, ale truskawki i maliny godzą mnie z nimMam pytanie o dywan - ten pleciony ze słomki. Czy gdzieś można takie coś nabyć?

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie nurtuje pytanie co to za roślinka na ostatnim zdjęciu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, nie wiem za bardzo, dostałam gratis w obi, może begonia? Tak, to chyba może być begonia

      Usuń
  3. Ten niebieski stolik jest niesamowity :)

    OdpowiedzUsuń