Najlepsza metoda na szukanie staroci jest prostsza niż przepis na bulion.


Jako jedynaczka dorastająca pod czułym okiem mamy i babci, chowana byłam z daleka od prac domowych wszelakich, a już zwłaszcza z dala od kuchni- choć wyjaśnia to wiele trudnych momentów mojej inicjacji jako dorosły, to wtedy, ekhm, no cóż. Było zajebiście.

Nie tykałam nawet odkurzacza, cały swój wolny czas (czyli jakieś dwadzieścia cztery godziny) poświęcając gorącym i jednostronnym romansom z kolegami z klasy (wówczas 5F). To znacząco wpłynęło nie tylko na mój pogląd odnośnie związków ('jak się z kimś kiedykolwiek zwiążę, to tylko z dziewczyną'), ale przede wszystkim na postrzeganie gotowania. Gdybym wtedy była na etapie Pottera, czynność ta jawiłaby mi się jako magiczna kompozycja z łobuzerskiego notesu świntucha Snape'a, do przygotowania której moja matka najpierw chodzi na łąkę, potem bierze coś od prababki z obrazu, by na koniec uwarzyć coś w kolorze czerwonej fasoli, ale o smaku czarnej porzeczki, po zjedzeniu której wszyscy jednak nadal żyjemy, nie kurczymy się do rozmiaru Ibupromu i nie wyrastają nam na przykład dodatkowe genitalia. Wtedy jednak nie było Pottera, a J.K.Rowling robiła jeszcze na kasie w Tesco, więc mój ówczesny pogląd na gotowanie mogę opisać tak: nie wiem, nie znam się, głodna jestem. Uroczo tkwiłam w tym stadium do ślubu.

Człowiek bogaty żywi się w restauracjach, ale my, Jaworscy, nigdy nie jesteśmy bogaci, więc przyszedł ten moment, kiedy życie postawiło przede mną garnek, nóż i glutaminian sodu w geometrycznej formie. Wykonałam wtedy najbardziej rozpaczliwy telefon do matki: 'Mamo, jak się robi BULION??'. Przygotowana byłam na dyktowanie mi instrukcji grubości ulotki od tabletek antykoncepcyjnych, pot mi na czoło wystąpił, przypomniały mi się bolesne dyktanda na polskim, gdzie w ostatnich minutach jednak stawiałam skośną kreskę nad 'o' krzycząc w myślach: 'nie wiem, nie wiem kurwaaaaaaaa'. Matka jednak powiedziała mi coś, z czego korzystam do dziś: 'Wrzuć, co tam masz, Paula.' No, ale jak to. A gdzie mikstura od Snape'a? Gdzie kawałek chropowatej płetwy dinozaura, gdzie garść oczu dzieci sąsiada?? Wrzuć, co masz. To nie może być takie proste, 'co z pozoru proste, potem Cię wydyma'- tak mnie dziadek uczył. Zawsze szukam podtekstów, ukrytych zamiarów, zgniłych jąder pod różową pierzyną. Tym razem jednak przekaz okazał się prawdziwy, bez drugiego dna, a ugotowany przeze mnie bulion i tak był niejadalny wyszedł pyszny. 'Ha, i oto cała filozofia domowej kuchni', prychnęłam sobie zamawiając dwie hawajskie bez oliwek.

Teraz, jako ta dorosła i stateczna kobieta, co to niejeden bulion w życiu do kibla wylała, powiadam Wam: w aspekcie szukania staroci dysponuję ja poradą na miarę tej od bulionu. Bo co rusz ktoś się pyta, a to znowu pisze, więc żeby nie odpowiadać tym dwóm osobom odrębnie, odpowiem tutaj, zbiorczo. Otóż, moja złota zasada brzmi: 'Nigdy niczego nie szukaj'. Idź na pałę, a rzeczy same Cię znajdą. To mi pozwala oglądać wszystko, nie zamykać się na jedną kategorię i wydać więcej, niż zakładałam. Na przykład dzisiaj, zupełnie spontanicznie, czyli najlepiej, wstąpiłam do lombardu w Gdyni, gdzie znalazły mnie przeboskie marmurowe popielniczki. I tylko wypłata mnie jeszcze nie znalazła, ale jak tylko się w końcu ogarnie, to po nie wrócę.














Lombard w Gdyni, ul. Morska 105.

Do następnego :-)

Prześlij komentarz

4 Komentarze

  1. Hahahahhaha, zajebiste

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobre, dobre! Ja dziś z wora na gruz pod blokiem Psiółki wygrzebałam dwa wielkie kawałki granitu - chyba ktoś blaty robił. Póki co są u Psiółki na przechowanie - mam nadzieję, że się do nich nie przyzwyczai ;)

    OdpowiedzUsuń