Najlepsza życiowa porada, jakiej kiedykolwiek udzielił mi mój terapeuta.


'Mój terapeuta'- to brzmi tak amerykańsko. Nagle przypominają mi się sceny z różnych seriali, filmów i Kardashianów naraz, w których kobiety nieustannie dzwonią do 'swoich terapeutów', żeby zapytać, czy aby na pewno mogą porozmawiać z byłym mężem. Jeszcze do niedawna słowo 'terapia' kojarzyło się bowiem albo z alkoholikiem na totalnym dnie, albo z fanaberią dla roztrzęsionych żon Hollywood. Dzisiaj okazuje się, że coraz więcej osób potrzebuje terapii. Coraz więcej 'zwykłych' ludzi.

Zdziwilibyście się, kim są niektórzy pacjenci szpitala psychiatrycznego. Wykształceni ludzie, z dużym domem i karierą, daleko od błędnego wzroku i kaftanów bezpieczeństwa. Kiedyś nie powiedziałabym o sobie, że jestem materiałem dla psychologa, dopóki nie skończyłam trzydziestu lat. To była jakaś magiczna bariera przejścia z różanego ogrodu do jakiejś podłej chaty w środku lasu. Czas, o którym mówi się 'najlepszy dla kobiety', jakimś trafem okazał się dla mnie wybitnie gówniany. Może nie podgrzewałam brązowej kostki na łyżeczce, za to doświadczałam wielu innych rzeczy, z którymi trudno sobie poradzić, kiedy właściwie nie rozumiesz, o co chodzi tej obłąkanej przestrzeni między uszami. Podobno po trzydziestce kobieta jest spełniona, wreszcie wie, czego chce, wygląda najlepiej w swoim życiu, chudnie od pizzy, chce się ciągle kochać na łące i wydawać swoją ciężko zarobioną, sześciocyfrową wypłatę. U mnie było zupełnie odwrotnie. Trzyletni kryzys wieku rozrodczego to ja. Chaos emocjonalno-egzystencjalno-zawodowo-wyglądowy. Po prostu pewnego dnia przyszedł sobie pod moje drzwi, zapukał nieśmiało, a ja, jeszcze życia nieświadoma, wpuściłam go uprzejmie. I jeszcze kawy zaparzyłam.

'Trzyletni'- to oczywiście nie jest tak, że to jak katar, przyjdzie i pójdzie po siedmiu dniach. Do dziś odczuwam pokłosie tamtego okresu, a kto raz doświadczył ataku paniki, ten wie, że potem już nic nie jest takie samo. Nie jestem zbytnią ekshibicjonistką jeśli chodzi o emocje, nie chcę tu wdawać się w szczegóły i nazbyt intymne opisy, ale dziś wiem, że moja natura jest wręcz podręcznikowym przykładem nadwrażliwości, z którą niełatwo się żyje. Świat, który wymaga od ciebie twardej dupy, pchania się do przodu, a tu się okazuje, że nie masz nic na swoją obronę, jakbyś zamiast skutecznej bariery lipidowo- informacyjnej miał jakąś skorupkę od jajka. Wtedy właśnie postanowiłam, że pogadam z jakimś terapeutą, jak przetrwać taki kryzys.

Jak się ogarnąć generalnie. W świecie produktywności i presji zarabiania ciężko jest bowiem wyhamować. Dorosły człowiek nie ma czasu na takie bzdury, na budowanie samoświadomości, na zastanowienie się, zrobienie bilansu i zrozumienie, co tu się w ogóle wyprawia. Musi robić na czynsz przecież. Musi też robić dużo, żeby dużo mieć. I nie mówię tego z przekąsem. Do dziś odczuwam wyrzuty sumienia, kiedy robię sobie dzień odpoczynku. Po pewnym czasie takiego tempa okazuje się, że twoje życie to głównie lęki, zmartwienia, rachunki, praca i raty. Dziś, kiedy mam wolne, staram się sobie powtarzać, że owszem, coś robię. Żyję po prostu.

Tego nauczył mnie dopiero mój terapeuta, choć byłam u niego raptem kilka razy. Dał mi jednak poradę, z której korzystam nieustannie. Powiedział mi, żebym się zastanowiła i wybrała najbardziej wciągające mnie zajęcie. Takie hobby, które uwielbiam, a jeśli takiego nie mam, to żebym wybrała coś, co po prostu lubię robić- każdy ma coś, co lubi robić. Powiedziałam mu wtedy, że kocham wnętrza. Urządzanie, przestawianie, czytanie o nich, oglądanie ich. Powiedział mi wtedy, żebym znajdowała na to czas choćby nie wiem co. 'Nawet w środku burzy bierz i rób'. Najlepiej codziennie. Albo kilka razy w tygodniu. Że to będzie moja mała medytacja, mój świat w kontrze do tego ponurego za oknem. Antydepresant bez skutków ubocznych i czysta heroina w jednym. Po tych kilku latach okazało się, że małe hobby może stać się olbrzymią pasją, a to jest coś więcej niż zwykłe zainteresowanie. To jest czasami jedyna rzecz, która potrafi w naprawdę chujowe dni postawić do pionu. Wyciągnąć z łóżka, przywrócić uśmiech i spojrzeć na wszystko nieco bardziej pozytywnym okiem. To też antidotum na dorosłą głowę, która ciągle się o coś zamartwia. Indywidualna siła przetrwania. Moc z trzewi, którą należy wybitnie czule pielęgnować.

Ostatecznie porzuciłam terapię, bo jestem takim przypadkiem, który musi sobie sam w głowie wiele poukładać, ale tej rozmowy nie zapomnę nigdy. Po jakimś czasie przypomniałam sobie taki jeden znany film i taki jeden tekst o tym, żeby zadać sobie zajebiście, ale to zajebiście proste pytanie: co lubisz w życiu robić? Wydałam sześć stów na pięć wizyt, a tu najlepszym terapeutą okazał się Laska.











źródło zdjęć: www.planete-deco.fr

Do następnego :-)

Mój tekst może wydawać się sporym uproszczeniem, ciężko było mi ugryźć temat bez wdawania się w szczegóły, mój stan emocjonalny był zachwiany, ale nie dotyczył depresji, która jest poważną chorobą i którą należy leczyć z pomocą profesjonalisty.

Prześlij komentarz

19 Komentarze

  1. Tak♥️ ja dopiero po latach odkopałam tę pasję i czuję się o wiele lepiej, również dzięki społeczności, która się tworzy wokół ☺️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda Ola, wspierający i zakręceni na punkcie tego samego ludzie też bardzo pomagają :-)

      Usuń
  2. Dzięki za ten tekst w PL to wciąż tabu i przylepianie etykietek. Sądzę że pokazała dzisiaj piękne wnętrze. Zachwyca się zarówno zdjęciami jak i słowami z tego wnętrza płynącymi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyskoczyłam z kapci. Siadlam i myślę.... Co mi się ostatnio nie zdarza, dziecię we mnie pochłonęło mi wszystko między uszami 🙈 Czekam na Twoją książkę kobieto!

    OdpowiedzUsuń
  4. 11 lat temu byłam u wróżki..nie pytaj dlaczego..bo to kręta i długa historia. Ale.ona powiedziała mi że idę obok swojego talentu i tego co powinnam robić. To był dla mnie mało szczęśliwy czas. Po ponad 3 latach od tego spotkania założyłam bloga wnętrzarskiego i z DIY. I wiem, że idę już dużo bliżej mojego talentu.Bo blog mimo iż nie jest top i czasami zastanawiam się czy ktoś zagląda w ogóle, to daje mi dużo radości i satysfakcji. Więc Ty wydalas na psychoterapeute a ja na wróżke ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ale kasa ostatecznie nie poszła w błoto i żadnej z nas :-D
      Ja czytam Twojego bloga! W ogóle wolę blogi niż instagramy i wszędzie zaglądam, czy jest coś nowego :-)

      Usuń
  5. Taaaaa... U mnie w rodzinie na słowo "terapia" wszyscy mają przed oczami Ryszarda R. i problemy z używkami ;) Terapia to wstyd i zło jakie... Ale myślę, że wielu z nas potrzebna jest rozmowa z kimś, kto zupełnie nas nie zna. Szkoda, że to tyle kosztuje, ale ginekolog też nie jest tani, a czasem zwyczajnie trzeba ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie też razem z trzydziestką wszystko się posypało i do dziś się odkopuje. Nie jest łatwo znowu wrócić na właściwe tory. Nawet teraz kiedy wszystko zaczęło się układać, a ja tulę pierworodnego to i tak zastanawiam się gdzie jest tamta dziewczyna, gdzie się zgubiłam? No nic, ciekawe co będzie po 40? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, czyli nie tylko ja tak miałam... Ja myślę, że później będzie lżej, może nawet wybuchniemy seksem jak Joanna Przetakiewicz :-))

      Usuń
  7. Mnie najbardziej wciąga pisanie i tworzenie na bloga, a po pracy nie mam na to żadnych kreatywnych sił :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyznacz sobie na to choć jedno popołudnie, na przykład w weekend, jeśli w tygodniu nie ma siły, to odpuść i odpoczywaj, ale nie zapominaj i koniecznie znajduj na to czas choćby raz w tygodniu <3

      Usuń
  8. Nie powiem proste, ale niełatwe ;)) Niby taka oczywistość, ale zwykle nieuświadomiona. Dzięki za tę poradę, jest "magiczna"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem ktoś zupełnie obcy musi nam uświadomić zupełnie oczywiste rzeczy, bo o nich najłatwiej zapomnieć.

      Usuń