Styl ekologiczny w czterech kuchennych krokach oraz jedna rzecz, której nie ogarniam.


'Godzina łaski dla świata', jak rzecze w tle mój obrazek z dzieciństwa, który przypadkiem znalazłam w kartonie z żenującymi zdjęciami ze studniówkowej toalety. Ten post godzinę czytania raczej nie zajmie, ale za to napisanie go zajęło mi o wiele więcej, gdyż temat z jednej strony na czasie, z drugiej potrzebny, by o nim mówić, z trzeciej jednak zajebiście uciążliwy dla blogera.

I to jest właśnie ta rzecz, której nie ogarniam, choć miałam ją zostawić na koniec, a tu jakoś tak sama przyszła, napłynęła mi przed nos i musiałam ją złowić. Blogerzy to dziwna grupa, do której się zapisałam, żeby mieć w życiu lżej, na polecenie terapeuty zająć czymś głowę, żeby nie rozmyślać o przemijaniu, ale widocznie nie ma takiej dziedziny, w której nie znalazłabym czegoś do dywagowania. Tym razem padło na ekologię. Temat ten fruwa gdzieś między nami, a my, blogerzy, zachowujemy się trochę jak ludzie w spożywczym, kiedy ewidentnie leży zgubiona dycha na posadzce i tylko skrępowane spojrzenia zdradzają, że nie wiadomo, kto ma się po nią schylić. Jak ugryźć temat eko, gdy się jest blogerem, a pewna grupa odbiorców czyha z czarnym notesem zatytułowanym 'hipokryci z sieci'. No bo przecież w jednym poście pokazujesz nowe krzesła, choć stare były jeszcze użyteczne, a w drugim piszesz o plastiku, Matce Ziemi i biednych fokach żywiących się kiepami. Jak jesteś blogerem wnętrzarskim, i w sumie każdym innym też, chcesz zmieniać, chcesz dekorować, chcesz serwować ciekawy kontent, no bo przecież zmiany to część naszego internetowego, freudowskiego, narcystycznego ego, wszak nuda na blogu, ciągle te same kadry, stylówki i rzeczy to śmierć dla zasięgów. Chcesz też działać z markami, które mają ładne rzeczy i jeszcze ci je dają, chcesz zarabiać na swojej pasji, choć czasem produkt nieciekawy, ale tylko głupi by nie brał, wreszcie chcesz po prostu działać wnętrzarsko i stylizować, układać, strzelać zdjęcia, inspirować, wyżywać się na swoim hobby, ale z drugiej strony patrzą na ciebie te reklamówki w lesie, brudne morza oraz zastępy ekoterrorystów. W sumie jak tak czytam raporty, to w zasadzie ekoterroryzm może i jest dziś jedynym wyjściem, ale z drugiej strony nie da się zatrzymać kupowania i nie ma świecie człowieka, który by sobie od czasu do czasu czegoś nie chciał kupić dla samej poprawy humoru. Bo dlaczego odmawiać mam sobie nowych jeansów z zary, gdy Hamilton w tym czasie snuje się na urlopie nowym, sześćset konnym SUV-em. I z nas dwojga to zapewne ja mam wyrzuty sumienia.

Zastanawiam się też, czy blogowanie o rzeczach ma dzisiaj sens, widzę, jak internetowi twórcy borykają się z tym tematem, bo z jednej strony na pewno widzą, co się dzieje, a z drugiej po co mają go dotykać, skoro zaraz zostaną posądzeni o obłudę. Kiedyś było jakby łatwiej, bo wystarczyło ciągle kupować, przebierać się i uskuteczniać dziki szał na sieciówki, a dziś takie zachowanie jest niemalże naganne. Niedawno Leandra Medine pokazała na swoim instagramie, jak zaśmiecone są nowojorskie ulice (głównie jednorazowymi kubkami ze Starbucksa), ale od razu musiała dodać, że nie jest hipokrytką, a wszyscy dobrze wiemy, jak konsumpcyjny jest Man Repeller. Może za każdym razem należy tłumaczyć ludziom, że pokazując coś, niekoniecznie musisz to mieć, tylko sobie po prostu wybierz coś, a reszcie daj spokój? Taka notka na koniec, małym drukiem albo rozwijalna ulotka do bio. Czy bloger jest odpowiedzialny za wysoki konsumpcjonizm? Social media bankowo. I rabaty.

Moje osobiste działania na gruncie ekologicznym są zakrojone na satysfakcjonującą mnie skalę. Kupuję mało, dostaję mało, więcej znajduję. Na blogerskim gruncie jestem rozważna do potęgi, choć ten temat nie daje mi spokoju, gnębi mnie podczas obiadu i źle przez to cholerstwo trawię, za to w kuchni obrałam drogę eko o wiele prościej i szybciej. Zrezygnowałam z zakupu większej lodówki, żeby zostać przy swoim rytmie codziennych małych zakupów, dzięki czemu nic nie wyrzucam i niepotrzebnie nie gromadzę, pożrę tyle, ile potrzebuję, choć przez to wśród moich gości panuje przekonanie, że permanentnie nie mam nic do jedzenia. I dlatego właśnie każę im się zapowiadać. Ostatecznie cztery znaczące kroki w rytmie eko poczyniliśmy ze Starym, które zostały z nami na stałe.

WYKORZYSTALIŚMY WORECZKI PO MOICH STANIKACH


To jedyne, co mi zostało po bieliźnie ekskluzywnej włoskiej marki, ale dziś nie używam ich do prania gaci, lecz do pakowania warzyw i owoców. Przeklęte foliówki na trzy morele poszły w zapomnienie, podobnie jak moje gęste włosy (vivat hashimoto). Widziałam już różne wersje takich worków, w tym z firanek (genialne) i te lidlowskie bawełniane, więc jakby opcji jest wiele. Najtrudniej w tym aspekcie miał Stary, bowiem na zasadzie odruchu długo długo znosił do domu banana w jednym worku. Ale powiem szczerze, że w Gdańsku jeszcze nigdy nie spotkałam nikogo ze swoim workiem, a jesteśmy w sklepach spożywczych dwa lub trzy razy dziennie (częściej, a mniej). Ostatnio byłam świadkiem afery, dlaczego na warzywniaku w Stokrotce nie ma żadnych woreczków oraz nie chciano nam wsypać ziemniaków bezpośrednio do naszej materiałowej torby. Także tego.

ŻADNYCH NAPOJÓW W PLASTIKU


Jeszcze w zeszłym roku, z racji tego, że Stary robił w wodzie, łoiliśmy całe hektolitry darmowego płynu w plastikach, jeszcze na dodatek w tych małych. Potem jednak zobaczyłam, jak się pięknie grzeją te buteleczki w trzydziestu pięciu stopniach, zanim ktoś ze sklepu namyśli się i przyjmie dostawę. Zaparzone i ciepłe, bleeeeee, skończyliśmy z tym jeszcze tego samego dnia. Całą sprawę załatwił dzbanek z filtrem i od roku nie tkęłam żadnej innej wody. Mamy bidony, a woda ma smak. Gazówek i tego typu drinków w zasadzie i tak nigdy nie piłam, więc łatwo przyszło, a i połowę rzadziej chodzę teraz na śmietnik (no chyba że po meble).

DUŻE PACZKI I UZUPEŁNIACZE



Czyli generalnie wszystko to, co można gdzieś wsypać, przesypać, samemu zmielić, a co pozwala na kupienie jednego większego opakowania zamiast kilku małych. Tak robimy z solą, siemieniem, wszelkimi pestkami, płatkami, herbatami. Niestety opakowania produktów spożywczych są głównie plastikowe i foliowe, więc chociaż tyle dobrego. Kupuję też duże uzupełniacze mydeł i płynów do naczyń, a potem wlewam je do fancy butelek.

GOTUJ TAK, ŻEBY MIĘSO SAMO ODESZŁO



Jestem fanką diety zgodnej z grupą krwi, więc dla mnie, posiadaczki grupy A mięso mogłoby w zasadzie nie istnieć, ale za to Stary (grupa O) to typowy mięsożerca. Na szczęście jednak opracowałam w naszym gospodarstwie kilka stałych przepisów, dzięki którym jakoś mimochodem praktycznie wyeliminowaliśmy mięso z naszego jadłospisu. Jeśli już wybitnie mamy na nie chęć, to zdarza się to nie częściej niż dwa razy w miesiącu, a tak to jedziemy na zasobach rynkowego warzywniaka oraz na geniuszu Jadłonomii i Jarzynovej.

***

Tyle na dziś mojego eko dumania. Dajcie znać, jak to jest z Wami.

Do następnego :-)

Prześlij komentarz

11 Komentarze

  1. Śliczne fotki. Tak- bloger jest odpowiedzialny. Ale Ty przecież głównie zdobycze z Zielonego Rynku pokazujesz- drugie życie i tak dalej. Uważam, że jesteś w porzo. (mój mąż też nie może opanować pakowania dwóch bananów do foliówki- ale pracuję nad nim-;)) uściski!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze to napisałaś, z resztą jak zawsze, bez moralizowania. Bloger jest odpowiedzialny, jedna reklama czy polecenie od czasu do czasu jest okej, ale każdy post sponsorowany to sorry, dla mnie juz too much. No i oznaczanie tych współprac, a nie jak niektorzy.
    Ściskam, uwielbiam Twój blog

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie do ujęłaś.
    Mam wrażenie, że dawno minęły czasy gdy wchodziło się na bloga poczytać i pooglądać, co kto zrobił, wymyślił, przerobił... Dziś niestety na sporej grupie blogów koniec posta to hasło na zniżkę iluś tam procentową, na kolejny zajebisty produkt, który absolutnie jest nam potrzebny do życia.

    Co do eko jestem zupełnie na tak, staram się ograniczać na maxa te plastiki, Wielekroć używam woreczków foliowych, które kiedyś wzięłam w sklepie, a co się da ładuje po prostu do koszyka na sztuki. Długo jeszcze będzie trwała ta przemiana ale i tak jest progres bo wiele osób przychodzi do marketów z własnymi siatami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no coś tam jeszcze niektórzy robią, ale faktycznie niewiele tego. Ja niestety rzadko widuję kogokolwiek ze swoją siatką, na moim osiedlu nie widziałam chyba jeszcze nikogo, może rozpocznę jakąś akcję edukacyjną dla lokalsów czy coś hehe :-)

      Usuń
  4. Klinika Bieli21.08.2019, 16:46

    Woreczki muszę sobie sprawić, bo już dość mam nienawistnych spojrzeń kasjerek, kiedy jabłka są luzem, pomidory luzem i nawet czasami ziemniaki, zawsze mnie pytają czy nie było woreczków, a ja zawsze z uśmiechem odpowiadam, że były. Tak samo jak Ty staram się dbać o środowisko i mam wyrzuty sumienia gdy zapomnę swojego bidonu i muszę kupić plastikową wodę. A dziś całej chemii powiedziałam stanowcze nie i zrobiłam sama płyn do dezynfekcji i płyn do szyb, od następnego tygodnia działam nadal i zrobię proszek do prania i płyn do naczyń. Wiem, że to kropla w morzu, ale też wiem, że nasze środowisko jest w takim stanie, że nawet mała kropla to wielkie wiadro wody😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i pięknie! Też mam w planach własne środki do sprzątania. Pozdrowienia!

      Usuń
  5. No i masz babo placek! Są tematy gorące i dlatego nie wiadomo, jak je ugryźć, żeby się nie sparzyć ;) Też staram się być eko, ale czasem zwyczajnie mi nie wychodzi. No i trudno-świetnie. Ale się staram! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Starać się to już bardzo dużo. Pozdrowienia :-)

      Usuń
  6. U nas w okolicy chyba spora świadomość, bo ani kasjerzy się nie dziwią, a i ludzie w większości mają swoje torby albo biorą zakupy w starych kartonach z marketu. One się walają często na półkach, gdy ludzie już wezmą z nich wszystkie produkty, a obsługa nie zdąży jeszcze wymienić na nowy pełny, i można sobie brać. One i tak idą na śmietnik.

    Co do blogowania, to mnie na youtubie ostatnio zaskoczyło, bo pod filmem o sprytnych rozwiązaniach do kuchni ktoś właśnie napisał, że konsumpcjonizm, że fuj, i takie tam. Zdziwiłam się, bo to nie był film pt „ta kuchnia jest teraz trendy, musisz ją mieć”, tylko „jak zrobisz szuflady zamiast szafek, to więcej ci się zmieści, a jak brakuje ci miejsca na półkach, możesz wstawić półkę wstawianą” i mam poczucie, że a) odbiorcami takich treści w dużej mierze są osoby, które i tak planują remont, więc lepiej, by zrobiły go porządnie niż byle jak, b) takie rady mogą pomóc „odpicować” starą kuchnię, tak by gruntowny remont jeszcze odłożyć w czasie. Ale jak widać, dużo zależy od samej interpretacji odbiorcy 🤷‍♀️

    OdpowiedzUsuń