Chcę tak mieszkać, nigdy więcej pracować- case study open space'ów.


Dużo obcych wyrazów w tytule, więc gwoli wyjaśnienia: case study to jedno z trzech rzeczy, które zapamiętałam ze studiów z socjologii, a open space to taka przestrzeń bez drzwi. Jednym słowem: będę dziś uskuteczniać zupełnie amatorską i bardzo subiektywną analizę otwartych przestrzeni, na które trafiałam głównie z przypadku, ale które zaskakująco dużo powiedziały mi o mnie samej.

Open space to dziś modne zjawisko na płaszczyźnie zarówno zawodowej, jak i domowej. Robimy tak mieszkania, żeby być bardziej razem, mieć wizualnie więcej powietrza oraz optycznych przestronności, czyli móc na bezpieczną odległość zabawiać gości zza kuchennej wyspy, udając przy tym, że to gotowania jest tak strasznie dużo, a także pilnować dzieci, żeby znowu nie zjadły czegoś, co nieoficjalnie wyszło z kota. Open space w kategorii harówy buduje się, bo jest taniej. Cztery duże szyby, trochę betonu na podłogę i już możemy mówić o 'nowoczesnej przestrzeni biurowej sprzyjającej burzom mózgów oraz społeczno- kreatywnym interakcjom'. Zaznałam i jednego, i drugiego. Oba warianty spadły na mnie dziwnie losowym trafem, ale ostatecznie spadły, co daje mi prawo, by się swobodnie wypowiedzieć.

Żyjąc w małym mazurskim mieście, mieszkając w kamienicy oraz pracując na państwowej posadzie (a także nie mając jeszcze Instagrama), nigdy nie wizualizowałam sobie, że mieszkanie może być generalnie jednym wielkim pokojem (nie licząc kawalerki, którą, nomen omen, też zaliczyłam), a w pracy można nie siedzieć w pokoju jedynie z panem Waldziem, fanem mazurskich papierówek oraz kanapek z salcesonem, tylko z całym urzędem naraz. Korytarze oraz pomieszczenia to były dla mnie naturalne warianty architektonicznej egzystencji na obu obszarach i dopiero przeprowadzka do Trójmiasta wskazała jakieś inne możliwości. Po różnych epizodach w reklamie oraz po trzech latach pracy w galeriach handlowych trafiłam na open space korporacji finansowej, gdzie utonęłam na niespełna cztery lata, a w międzyczasie kupiłam mieszkanie bez ścian między kuchnią, jadalnią i livingiem. Polizałam tego loda o smaku otwartości i przestrzeni. Ten ostatni smakował wybornie, jak truskawki pod ciepłym masłem. Pierwszy jak bigos. Jak sztywny, zimny bigos, o którym zapomniałeś, a w lodówce nie ma już nic innego.

Jako osoba w siedemdziesięciu procentach introwertyczna nieustannie zadaję sobie pytanie, co skłania pracodawców do umieszczania dwudziestu ludzi przy jednym stole. Oprócz oszczędności rzecz jasna. No i tego zmrużonego, kontrolnego oka, któż to tak często chodzi do kibla. Czy chodzi o łapanie wzajemnych fluidów i wspólny doping do targetu? A może to te pizza piątki przy szklanym bufecie? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem, gdyż opuściłam te mury, tak samo, jak estrogen niedługo opuści moje. Z pełną świadomością oraz wszelkimi konsekwencjami powiadam: open space to było moje najgorsze zawodowe doświadczenie (choć niektórzy ludzie byli całkiem spoko- myśl, że tkwimy w tym gównie razem, dodawała mi sił). A może i życiowe nawet.


Otwarta przestrzeń do pracy to koszmar, który skutecznie mordował wszelkie moje chęci do pracy. Brak jakiejkolwiek prywatności, możliwości koncentracji, skupienia, mnóstwo ludzi wokół, którzy wydzielają ilości ciepła na miarę starych kineskopów. I nie tylko ciepła. Ludzkie przestymulowanie, które zamiast maleć wraz ze wzrostem przyzwyczajenia do środowiska, nasilało się wraz ze spadkiem motywacji. I wciąż towarzyszyło mi okropne uczucie 'bycia na widoku'. Skupisko kilkudziesięciu różnych osobowości, gdzie jedne wyraźne się wybijają swoją ekspresją, mając generalnie w dupie otoczenie, a inne w związku z tym muszą się 'wyłączyć'. Muszą ściszyć nie tylko swój głos, ale i generalnie siebie. Stłumić swoją kreatywność i indywidualność. W korporacji po prostu nie ma miejsca na indywidualność. Open space sprowadza ludzi do jednego mianownika. Taka współczesna fabryka puszek pomidorowej Campbella- przyjść, napełnić, wyjść. Taka forma sprzyja bycia w trybie, z pięcioma minutkami przerwy po każdej godzince. Nie umiałam tak funkcjonować. Nigdy nie powiedziałabym, że forma biura może mieć jakikolwiek wpływ na mnie, bardziej skupiałam się na wypłacie i czy kierownik mnie specjalnie nie wkurwia, ale open space okazał się dla mnie tak negatywną przestrzenią, że na koniec wkurwiali mnie wszyscy. Nawet ci, którzy nic mi nie zrobili. Nawet chłopak od poczty mnie wkurwiał, choć przychodził tylko raz w tygodniu i w ogólnie się nie odzywał. Na koniec tęskniłam już nawet za panem Waldziem i jego salcesonem.

Open space w mieszkalnej formie? GIMME THAT. Jedna wspólna przestrzeń, na której każdy robi to, co chce. Żadnych oddzielnych gabinetów i gościnnych, mogłabym mieć drzwi tylko do wuce. Chociaż, tak patrząc na mnie i Starego, to nawet i tego nie. Sypialnia, stół, kuchnia, wszystko razem, a w tym wszystkim ja, cała na biało, brylująca wśród gości, których nie zapraszam. Domowy open space to nieoceniona wspólnota- po równo śmierdzimy rybami z obiadu, wydalamy i jemy naraz oraz kolektywnie oglądamy największą finansową wtopę Orlenu. Coś pięknego! Jeśli czujecie ze mną podobne wibracje i też macie te dni, kiedy wolicie swoje rośliny od innych obywateli, błagam, nie idźcie w ołpen spejsy, nawet za cenę owocowych wtorków i karty na siłownię, na którą nigdy nie pójdziecie. Wyburzajcie za to własne ściany, ciśnijcie dwójki na oczach małżonków i otwierajcie okapy na kanapy. Mówię Wam to ja, socjolożka, która za to case study nigdy nie dostałaby dyplomu.







źródło oraz więcej zdjęć tutaj.

Do następnego :-)

Prześlij komentarz

8 Komentarze

  1. Ty książkę wydaj kobieto

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jako psycholog i z tytulem nawet.-) rowniez pracowalam w roznych biurowych powiedzmy konfiguracjach i tak zgadzam sie z autorka posta. open space byl koszmarem i nigdy wiecej nie chce tak pracowac i na razie nie musze. uf

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak wychodziło w moim życiu, że najpierw miałam 60, teraz 85 m prawie otwartej przestrzeni, uwielbiam otwarte mieszkania, co prawda tą osiemdziesiątkę kocham o wiele bardziej! Wszyscy się widzą i słyszą dla mnie to rewelacja, czuję że jesteśmy razem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam Twój styl. Co do tematu - żyję dokładnie na odwrót. W mieszkaniu mnóstwo ścian a w pracy open space, którego szczerze nie cierpię:(

    OdpowiedzUsuń